Starając się wczoraj wieczorem zasnąć w łóżku zwróciło moją uwagę, że gdy dwie godziny wcześniej szedłem ulicą poczułem dotkliwe zimno. Przypomniałem sobie o tym, bo w łóżku poczułem podobny chłód. Zazwyczaj po prostu odkręciłbym kaloryfer i nie zwrócił na to uwagi, ale świadomość zimna okazała się przytłaczająca. Odkryłem – w nocy z 2 na 3 lutego – że jest zima i naturalnym jest, że jest zimno. Nieco inną sprawą jest, dlaczego poczułem to dopiero teraz; co sprawiło, że dokonałem tego odkrycia dopiero teraz. Skupiam się tu na samej niespodziance tego spostrzeżenia. Gdyby warunki na to pozwalały, to zachichotałbym przypominając sobie durną czytankę z podręcznika do japońskiego, o równie „spektakularnym” odkryciu. Jednak przyczyna, która sprawiła, że owego wieczoru obudziłem się z hibernacji i zastałem zimę, i zdziwiłem się nią, nie pozwalała mi się śmiać. Niemniej faktyczność (a może faktualność?) tego chłodu była zbyt realna, by się jej oprzeć.
Nareszcie zrozumiałem, że tylko dzięki ciepłu swojego ciała jestem w stanie odczuwać chłód, dzięki bólowi potrafię docenić ukojenie – zrozumiałem wreszcie, że byt kształtowany jest przez nicość, bo to poczucie braku uświadamia mi egzystencję, przypomina, perwersyjnie wręcz wbija w świadomość przekonanie o tym, że coś było, i że teraz czuję, że czegoś nie ma. Tylko dzięki temu, że czegoś nie ma doceniam, że coś jest lub było – tylko dzięki temu, że wychodzę i rozstaję się z kimś, jestem w stanie docenić, gdy spotykam się z tą osobą następnego dnia. Ciągłe trwanie byłoby tylko przyczynkiem do znużenia, zaś powtarzalność uczucia braku prowadzi do zrozumienia bytu. Byt (dla-siebie) byłby niczym bez nicości, to znaczy nigdy nie potrafiłby osiągnąć esencji, nie miałby możliwości odkryć wartości bytu bez doświadczenia braku tegoż.
Jak niewiele i wiele zarazem trzeba, by dokonać odkryć tak prostych, poczynionych przez ludzi już dużo wcześniej, ale by dokonać ich dla siebie samego. W tym momencie pewien francuski filozof mógłby, w moje miejsce, głośno zachichotać nad japońską czytanką, ale przeszkadza mu w tym to, że nie żyje. A ja, zbulwersowany odkryciem, zniesmaczony nie tyle jego konsekwencjami, co świadomością braku, nicości, nie mogę nawet nasikać na jego grób. Nie chodzi tu o fizyczną niemożność wybrania się do Paryża, ale o szkodę, którą takie postępowanie by przyniosło. Otóż bezczeszczenie czyjegoś grobu jest tylko tryumfem właściciela – sam fakt, że posunąłbym się do tego, by uczynić coś tak, z punktu widzenia zmarłego, zupełnie nierelewantnego, byłby tylko afirmacją jego osoby, jeszcze jednym tryumfem za grobu. Otóż próba zemsty na czymś lub kimś, co nie istnieje, jest absolutnie daremna. Taka próba zbezczeszczenia jedynie podkreślałaby to, z czym próbuję się nie zgodzić; oznaczałaby, że autor myśli, z którą walczę w taki właśnie sposób, jest autorem myśli słusznej, i im bardziej próbowałbym zaprzeczyć, tym bardziej przyznawałbym temu rację.
Wolno mi być może wszystko, ale nie zmienia to faktu, że w obliczu pewnych spraw, pomimo całej swojej wolności i wszystkich możliwości wyboru, pozostaję całkowicie bezsilny. Wobec pustki nicości jest się absolutnie bezsilnym.