Chińskim zwyczajem zamiast 10-osobowej grupy intermedia te dostała mi się 6-osobowa dziewczęca grupka na poziomie „Do you like pandas?” – ale, co by mojej rozpaczy końca nie było, jedno z pierwszych (poprawnych) zdań, jakie usłyszałem na lekcji było: „I think you’re very handsome” – ach, bose, jak ja uwielbiam jak oni dobrze kłamią. No w każdym razie można powiedzieć, że w miarę przypadliśmy sobie do gustu. Niemniej, gdyby nie osoba mojej pekińskiej asystentki zwanej Emma, kontakt z syczuańczykami byłby mordęgą wypełnioną milczeniem.
Na uwagę zasługują również popołudniowe „activities”, z których pierwszym był tzw. „fashion show”, na który dzieci w każdej z grup musiały wystroić dwoje wybrańców przy pomocy kolorowych wstążek, kleju, mazaków, gazet, kolorowego brystolu itp. Moją jaźń jednak wciąż zajmował następujący problem – zgodnie z rozkładem dzieci powinny mieć (i twierdzą, że mają) po 16 lat. Jednakże prosta obserwacja anatomii przeczy temu faktowi. Moje dzieci w Pekinie (te, które co niedzielę uczę inglisza) mają po 12 lat i zdecydowanie biologicznie odpowiadają owej młodzieży z Syczuanu. Co więcej – od kiedy normalne 16-latki bawią się taśmą klejącą i kolorowymi mazakami? Jednakże moje podwójne Aniołki Charliego przystąpiły do zabawy z niesłychanym zapałem. Jako całkowite beztalencie artystyczne postanowiłem im jedynie przygotować element lingwistyczny – wynabzdurzony opis przygotowanych kiecek, za który też w konkursie dostawało się punkty. Naturalnie najprostsze, co przyszło mi na myśl było oczywiście „beyond comprehension” dla moich złotek. Cytowanie Shakespeare’a sobie daruję.
Drugiego dnia odbyła się „Aukcja”. Plan był prosty – każda z 10 grup otrzymuje 1000 dolców i próbuje kupić jak najwięcej. Co by gra nie była zbyt wynaturzona wprowadzono jednak pewne ciekawostki – co kilka sprzedanych przedmiotów miał pojawiać się reporter zwiastujący różne katastrofy w wyniku, których niektóre przedmioty ulegały zniszczeniu. W zgodzie ze swoim sumieniem przyjąłem oczywiście z radością pozycję jednego z owych niszczycieli – ach ileż popularności mi to przysporzyło. Do kupienia było też kilka innej klasy „przedmiotów” – kolejno: LOVE, FAITH, FORGIVENESS i - O Matko Buddyjska! Zapomniałem czwartego! - Chyba indoktrynacja w moim przypadku okazała się lekko nieskuteczna.
No w każdym razie idea polegała na tym, żeby nasze pluszaczki zrozumiały, co jest najważniejsze w życiu. Fakt, że z europejskiego punktu widzenia powinny raczej uprawiać seks, a przynajmniej oglądać porno, malować się, albo popijać piwo jest w Chengdu absolutnie irrelewantny. Tu umysłami włada siła dużo potężniejsza niż The Great Chinese Firewall. Dla przykładu następująca historia. Najważniejszy jest fakt, że główne zdarzenie trwa mniej więcej 5 sekund. Słownie PIĘĆ – niemniej jest kwintesencją mojej podróży i miodem na strapione serca ludzi uciskanych przez kapitalizm. Otóż jedną z grup na zajęciach trzeciego dnia postanowiłem zabawić grą w „20 questions”. Idea prosta – jedna z osób wymyśla znaną wszystkim postać, a pozostałe próbują zgadnąć stawiając pytania zamknięte. Wymyślający odpowiada tylko „Yes/No/Don’t know”. Pytający stawiają pytania w stylu: „Is it a man? Is he Chinese? Is he an artist?” itd.
Jako, że w poprzednich grupach szło im zbyt dobrze z Konfucjuszem, a Krzysztofa Kolumba trzeba było najpierw przetłumaczyć na ichniejszy to sięgnąłem po coś mniej oczywistego – sławnego Du Fu, który w Chengdu spędził 4 lata swego wygnania i napisał kilka sławetnych wierszy, z których naturalnie nie znam ani jednego. Zastanawiałem się jak szybko na to wpadno. Okazało się jednak, że zbiło ich to trochę z tropu. Zapytali więc, czy żyje, a ja im na to, że nie. Zapytali więc, czy jest politykiem. Ja na to, że „oh, well, not really” – w końcu Wiki twierdzi, że poeta, a że wygnany z powodów politycznych to średnio relewantne.
I w tym momencie następuje owe 5 sekund. Następuje zbiorowe nieporozumienie w grupie – moje „not really” do nich nie dociera – za to łączy ich coś innego. Przez 1 sekundę mogę obserwować jak ich spojrzenia zbiegają się w jednym punkcie, następnie do moich uszu dobiega głośne szuranie – w ciągu 0,5 sekundy cała 7-osobowa grupa nr 5 wstaje ze swoich krzeseł. Moje źrenice lekko poszerzają się zaskoczone nagłym zwrotem wydarzeń – i wówczas – w nagle nastałej po szurnięciach krzeseł głuszy rozlega się gromkie „毛泽东主席!!!” (Przewodniczący Mao Zedong!!!) Ów krzyk przebrzmiewa w moich uszach około 1 sekundy, gdy nagle zauważam, że studenci grupy 5 – dwóch „Bad boys” i 5 dziewczynek zajęli swoje miejsca. Teraz następuje moje 1,5 sekundy, w których pierwsze 0,5 sekudny zajmuje niedowierzanie, kolejne 0,5 sekundy ślinienie się z szeroko rozdziawionej paszczy, a ostatnie ułamek poświęcam na dojściu do zmysłów i gorączkowemu rozmyślaniu – czy uznać tą odpowiedź? Czy można nie uznać TAKIEJ odpowiedzi? Jednakże z całą siłą i wdziękiem laowaia odpowiadam, że nie. Dalsza zabawa jednak już straciła coś na wartości. Musiałem im pomóc dojść do rozwiązania, gdyż ich entuzjazm wypalił się w chwili, gdy zaprzeczyłem temu nieodgadnionemu aktowi zbiorowej świadomości. Wówczas na zegarku było już trzy po dwunastej. Pora podziękować i zakończyć; w końcu czeka obiad. Ja zaś obiecuje sobie, że jutro spróbuję tego samego w innych grupach. Ja to chcę przeżyć jeszcze raz – to jest jak narkotyk – te 5 sekund moje życia było lepsze niż jakikolwiek orgazm. To było jak zbliżenie się do majestatu ponadczasowej chwały…
Kurtyna!
Koniec aktu drugiego.
W następnym odcinku – Bierzemy misia w teczkę! – czyli 3 dni rozrywki po 4 dniach pracy – czyli krótkie rozmyślanie jak Bóg powinien był stworzyć świat.
Kącik japonisty – ostatnie 2 znaki w tytule posta są tożsame z naszym 万歳.
"Smutek był formą, a szczęście treścią. Szczęście wypełniało przestrzeń smutku." - Milan Kundera "Nieznośna lekkość bytu"
Nowy Świat
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chengdu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chengdu. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 11 lutego 2010
Chengdu II - 毛泽东主席万岁!
Labels:
Chengdu,
English,
faith,
forgiveness,
friendship,
love,
Mao Zedong
czwartek, 4 lutego 2010
Chengdu I - Rekrutacja pand zakończona
Wprawdzie mam do napisania pół tuzina innych rzeczy, ale post ten będzie o mojej niedawnej wyprawie do Chengdu na całych 7 dni, w ramach angielskiego obozu językowego i pomagania dzieciom z chińskich wioch. Będzie w miarę chronologicznie. Pekin opuściliśmy 27 stycznia na pokładzie cudownych Hainan Airlines z jeszcze bardziej cudownym opóźnieniem. Świetlówki w kabinie migotały od czasu do czasu na nowo przywodząc na myśl pytanie: „Czy elektryka tego samolotu aby naprawdę działa?” Każdemu z 17 cudzoziemców przyporządkowano jedno chińskie dziecię lat 16 z pekińskiej szkoły w Xidan, gdzie pracuję (jeśli 90 minut tygodniowo to praca), w moim przypadku Meng Shenyang, zwaną Emmą, przypominającą melancholijnym charakterem moją towarzyszkę z pierwszych miesięcy w Pekinie, o której też będę musiał kiedyś wspomnieć.
Warto wspomnieć o najważniejszych bohaterach – Gosi, pracującej tam gdzie ja, też Polce, z nieco wnerwiającym wypaczonym po brytyjsku (kilka lat na studiach w Manchesterze) charakterem; Shakhnozie – 17-letniej geniusz z Tadżykistanu, która jako mistrzyni swego kraju w szachach rozniosła mnie kilka razy dla dobrej, obopólnej rozrywki. Dalej mamy Stacey, dziewczynkę z Wietnamu, roommate’kę Gosi, której angielski nieszczególnej zatrważa, acz jest malutka, słodziutka i w ogóle. Do tego dołóżmy Daniela, Rumuna z grubiańskim poczuciem humoru i odpowiednim do tego rozmiarem brzucha. Na koniec idzie nieco antypatyczny Mark, australijski native (a kysz!) z Melbourne. W rolach drugoplanowych wystąpią Koreanka Yera, Australijka z Sydney – Sue, i dwóch Nepalczyków, Laxman i Sanjay, którzy dołączyli do nas na miejscu w Chengdu. Ponadto jest w sumie liczba ochotników zwiększa się do magicznego 21, z czego do jednej szkoły trafiło 11 osób, a ze mną w drugiej szkole było wymienionych 9.
38. Szkoła Średnia w Chengdu znajduje się poza którąś tam obwodnicą i w Okół nie ma praktycznie nic. Ot niedaleko ktoś stawia jakieś 40-piętrowe mrówkowce, a okolica generalnie śmierdzi. Nasze lokum stanowił pokój rozsądnej wielkości, w którym były aż 2 gniazdka, co zdecydowanie ułatwiało ładowanie 5 komórek i baterii do 4 aparatów fotograficznych. Temperatura wewnątrz utrzymywała się na rozsądnym 8-12 stopni Celsjusza, czyli mniej więcej tyle, co na zewnątrz. Z tym, że w dzień zdecydowanie lepiej było siedzieć na słońcu. Dopiero po mniej więcej 22 i tu i tam było jednakowo zimno. Do towarzystwa dostaliśmy termos z wrzątkiem, a jako głupi gaijini nie musieliśmy nawet po ów wrzątek chodzić, bo tamtejsi niewolnicy dostarczali go w porach naszej pracy. Żywność, o zgrozo, tylko lekko ostrą, zapewniała tamtejsza stołówka. Śniadanie każdego dnia pobytu w Chengdu stanowiły – jakieś marynowane z papryczkami warzywo, woreczek mleka, 2 baozi i jedno jajko oraz talerz kleiku ryżowo-kukurydzianego. Naprawdę tęsknię za tymi baozi, bo w przeciwieństwie do pekińskich miały one mięsne nadzienie, co czyniło je naprawdę dobrymi (poważnie). Obiad i kolacja stanowiły lekką niespodziankę, i mimo iż generalnie przypominały różnokolorowe gluty, to niektóre z nich były naprawdę dobre.
Najcudowniejszym miejscem jest oczywiście toaleta, która ma formę koryta z płytek, nad którym to człowiek się rozkracza, jeśli ma potrzebę – poszczególne „kabiny” oddzielone są wysokim na metr murkiem i oczywiście nie zawierają drzwi – no bo po co – wystarczy przecież wstać i tak widać gościa obok. Na pierwszym piętrze, gdzie nas ulokowano, obok kibelków wisiała karteczka “小解在址,大解请在下一楼”, co w swobodnym tłumaczeniu znaczy „małe rozwiązanie w tym miejscu, duże proszę piętro niżej”, co jak się można domyślić stało się źródłem przedniej zabawy. O godzinie 21, albo około kończono ogrzewanie ciepłej wody łaźni, która w przeciwieństwie do toalet naturalnie była na zewnątrz, i do których to czasem ustawiała się kilkuosobowa kolejka. Ja nie wiem, bo co cudzoziemcy i pekińskie dzieci muszą codziennie brać prysznic. Naturalnie przechowywano nas pod kluczem – ciężko powiedzieć, czy żeby tubylcy nas nie zjedli, czy my tubylców. Akademiki (męski i żeński) zamykał dyżurny woźny (tudzież woźna) o godzinie góra 22, a gdy raz chcieliśmy wypić piwo i pogadać w żeńskim akademiku, nasza opiekunka poprosiła nas o wyjście, no bo przecież już późno. My na to, że posiedzimy do 23 i sami zamkniemy bramy, ale wtedy padło zdanie, że to „responsibility” woźnych i tak dyskusja i rozmowa się skończyły.
W następnym odcinku – syczuańscy studenci, moje lekcje i rozdane autografy.
Warto wspomnieć o najważniejszych bohaterach – Gosi, pracującej tam gdzie ja, też Polce, z nieco wnerwiającym wypaczonym po brytyjsku (kilka lat na studiach w Manchesterze) charakterem; Shakhnozie – 17-letniej geniusz z Tadżykistanu, która jako mistrzyni swego kraju w szachach rozniosła mnie kilka razy dla dobrej, obopólnej rozrywki. Dalej mamy Stacey, dziewczynkę z Wietnamu, roommate’kę Gosi, której angielski nieszczególnej zatrważa, acz jest malutka, słodziutka i w ogóle. Do tego dołóżmy Daniela, Rumuna z grubiańskim poczuciem humoru i odpowiednim do tego rozmiarem brzucha. Na koniec idzie nieco antypatyczny Mark, australijski native (a kysz!) z Melbourne. W rolach drugoplanowych wystąpią Koreanka Yera, Australijka z Sydney – Sue, i dwóch Nepalczyków, Laxman i Sanjay, którzy dołączyli do nas na miejscu w Chengdu. Ponadto jest w sumie liczba ochotników zwiększa się do magicznego 21, z czego do jednej szkoły trafiło 11 osób, a ze mną w drugiej szkole było wymienionych 9.
38. Szkoła Średnia w Chengdu znajduje się poza którąś tam obwodnicą i w Okół nie ma praktycznie nic. Ot niedaleko ktoś stawia jakieś 40-piętrowe mrówkowce, a okolica generalnie śmierdzi. Nasze lokum stanowił pokój rozsądnej wielkości, w którym były aż 2 gniazdka, co zdecydowanie ułatwiało ładowanie 5 komórek i baterii do 4 aparatów fotograficznych. Temperatura wewnątrz utrzymywała się na rozsądnym 8-12 stopni Celsjusza, czyli mniej więcej tyle, co na zewnątrz. Z tym, że w dzień zdecydowanie lepiej było siedzieć na słońcu. Dopiero po mniej więcej 22 i tu i tam było jednakowo zimno. Do towarzystwa dostaliśmy termos z wrzątkiem, a jako głupi gaijini nie musieliśmy nawet po ów wrzątek chodzić, bo tamtejsi niewolnicy dostarczali go w porach naszej pracy. Żywność, o zgrozo, tylko lekko ostrą, zapewniała tamtejsza stołówka. Śniadanie każdego dnia pobytu w Chengdu stanowiły – jakieś marynowane z papryczkami warzywo, woreczek mleka, 2 baozi i jedno jajko oraz talerz kleiku ryżowo-kukurydzianego. Naprawdę tęsknię za tymi baozi, bo w przeciwieństwie do pekińskich miały one mięsne nadzienie, co czyniło je naprawdę dobrymi (poważnie). Obiad i kolacja stanowiły lekką niespodziankę, i mimo iż generalnie przypominały różnokolorowe gluty, to niektóre z nich były naprawdę dobre.
Najcudowniejszym miejscem jest oczywiście toaleta, która ma formę koryta z płytek, nad którym to człowiek się rozkracza, jeśli ma potrzebę – poszczególne „kabiny” oddzielone są wysokim na metr murkiem i oczywiście nie zawierają drzwi – no bo po co – wystarczy przecież wstać i tak widać gościa obok. Na pierwszym piętrze, gdzie nas ulokowano, obok kibelków wisiała karteczka “小解在址,大解请在下一楼”, co w swobodnym tłumaczeniu znaczy „małe rozwiązanie w tym miejscu, duże proszę piętro niżej”, co jak się można domyślić stało się źródłem przedniej zabawy. O godzinie 21, albo około kończono ogrzewanie ciepłej wody łaźni, która w przeciwieństwie do toalet naturalnie była na zewnątrz, i do których to czasem ustawiała się kilkuosobowa kolejka. Ja nie wiem, bo co cudzoziemcy i pekińskie dzieci muszą codziennie brać prysznic. Naturalnie przechowywano nas pod kluczem – ciężko powiedzieć, czy żeby tubylcy nas nie zjedli, czy my tubylców. Akademiki (męski i żeński) zamykał dyżurny woźny (tudzież woźna) o godzinie góra 22, a gdy raz chcieliśmy wypić piwo i pogadać w żeńskim akademiku, nasza opiekunka poprosiła nas o wyjście, no bo przecież już późno. My na to, że posiedzimy do 23 i sami zamkniemy bramy, ale wtedy padło zdanie, że to „responsibility” woźnych i tak dyskusja i rozmowa się skończyły.
W następnym odcinku – syczuańscy studenci, moje lekcje i rozdane autografy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)