Nowy Świat

Nowy Świat
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spacerowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spacerowanie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 października 2012

Praga P.

Mieszkałem po prawej (a może lewej? nigdy nie wiem, która strona jest która) stronie Wisły tylko miesiąc, ale pozostawiło mi to szereg różnych wspomnień. Dziś chciałbym podejść do nich z trochę większym dystansem w luźno skomponowanym wierszu.

Na Pradze nocą
Gdy skini się grzmocą
I żuchw łamanych rozchodzi się trzask
Chwiejnym krokiem
Idziemy pod obłokiem
Zewsząd oblewa nas neonów blask

wtorek, 31 lipca 2012

Noc w mieście P.

“Gdzie miałbym trzymać swoją przeszłość? Nie można jej włożyć do kieszeni; trzeba mieć dom, żeby ją tam ułożyć. Ja posiadam tylko ciało, samotny człowiek ze swoim samotnym ciałem nie może zatrzymać wspomnień, przepływają przez niego.”

Jean-Paul Sartre „Mdłości”

(Przy lekturze polecam „Sleep Alone” by Moby)

 

H. zdecydowanym krokiem przedzierał się chodnikiem przez zatęchły lipcowy wieczór jednego z najgorętszych dni w roku. Zaduch miejskiej ciszy przerywany był tylko dźwiękami napływającymi z przyległych do ulicy bloków: z jednego okna huczał telewizor podając podsumowanie wiadomości bieżącego dnia, kilkanaście metrów dalej zapity męski głos kurwował na swoją żonę, która odpowiadała mu w nie mniej wybredny sposób. Gdzieś z prostopadłej, niedoświetlonej ulicy nadciągało nierówne zawodzenie grupki młodych osób, sugerujące ich powrót z jakiegoś meczu, a gdy przeszedł przez ulicę i minął jeszcze jeden blok, natrafił na kolejną grupkę w podobnie bachicznym nastroju przeciągającą się między jedną a drugą imprezą. To, co krzyczeli czy też usiłowali odśpiewać tonęło w potoku przekleństw. Forma podekscytowanego wulgarnego uniesienia pochłaniała całą niewyraźną treść szczęścia, które prowadziło ich teraz ulicą.

„Jeszcze jedno skrzyżowanie i będę na miejscu.” – pomyślał jednocześnie zastanawiając się, czy byłoby mu raźniej, gdyby też wcześniej wprowadził się w dionizyjski nastrój otępiając nieco swoje zmysły.

Gdy tylko skręcił z ulicy E. w ulicę C. nad jego głową rozległo się głośne „O chyba idą te zajebane skurwysyny!” Momentalnie odwrócił głowę w stronę krzyczącego z balkonu mężczyzny. Może gdyby nie bełkoczący głos krzyczącego, H. pomyślałby, że patrzą w niego złowrogie oczy jednego z mieszkańców P. Był jednak pewien, że sposób, w jaki nieznajomy krzyknął gwarantował, że jego stan nie pozwoliłby mu skupić wzroku w jednym punkcie ani wyróżnić sylwetki H. wśród drzew przysłaniających światło lamp. Dla pewności przeszedł jednak ulicę trochę wcześniej niż było to konieczne i nie odwracając wzroku starał się zignorować ostatnie minuty – te wszystkie krzyki, te wszystkie dźwięki niepotrzebnie rozsadzające mrok zalegający między płytami chodnika.

czwartek, 1 grudnia 2011

国際交流基金関西国際センター

Z przykrością zamieszczam mój najgorszy post w historii – niestety nie stać mnie w chwili obecnej na nic więcej, a chcę zachować sobie, choć w tej formie, te kilka prostych rzeczy, które widziałem pewnego wieczoru w drodze do biblioteki.

Jest wieczór, ale bibliotekę zamykają dopiero o ósmej, więc jako średnio pilny uczeń biegnę do niej kwadrans przed zamknięciem z książką, której jeszcze nie przeczytałem, a którą dziś muszę dziś zwrócić. Zamykam pokój elektroniczną kartą i kieruję się w stronę windy. Nie mam innego wyboru – korzystanie ze schodów jest zabronione i ograniczone tylko do pracowników instytutu. Nam wolno korzystać z nich tylko w przypadku katastrof naturalnych. W przeciwnym razie wydobywa się z nich (przynajmniej czasami) sygnał alarmujący o naruszeniu bariery oddzielającej białych od żółtych.

niedziela, 14 sierpnia 2011

Between the light and nowhere

Warsztat pseudofilozofa – Wstęp

"Ohne Musik wäre das Leben ein Irrtum." Friedrich Nietzsche

Bajm „Różowa kula”

Dzwoni budzik. Sięgam ręką po komórkę i przełączam, by zadzwonił za 20 minut. Jest przecież dopiero 10.42, czyli jak na moje standardy - ranek. Półprzytomnym wzrokiem spoglądam w kierunku okna. Odchylam lekko zasłonę i zauważam siedzącego na parapecie kota. On też rzuca mi przelotne spojrzenie, ale zaraz odwraca głowę i wraca do swojego wcześniejszego zajęcia - wpatrywania się przez okno w siną dal. Gdy tak patrzy - jego źrenice zwężone i czujne, ale też jakieś nieobecne i rozmarzone - zastanawiam się przede wszystkim czego wygląda. Może to ptaki za oknem, na które chciałby zapolować, a może to łaknienie wolności - przecież wszak to kot domowy i nie wolno mu wychodzić. Nie wiem, ale jego spojrzenie wydaje się przejmująco smutne. Nie utkwił wzroku w żadnym oddalonym obiekcie, po prostu spogląda w dal i kontempluje świat, do którego nie może należeć. Tam, za szybą, tańczą stadka głupich gołębi czekających tylko, by je upolować, ale czyha też mnóstwo niebezpieczeństw: ludzie, psy, samochody. Kot zauważa chyba jakiś ruch, gdyż nagle jego spojrzenie zastyga w jednym punkcie, a ciało wydaje się lekko naprężyć. Może to jeden z gołębi przeleciał bliżej szyby?

sobota, 2 lipca 2011

Siedzieć i czekać

Warsztat pseudofilozofa – Problem nr 3 (Esej 1.)
"A jeśli pewnego dnia będę musiał odejść? - spytał Krzyś ściskając Misiowi łapkę - Co wtedy? -Nic wielkiego - zapewnił go Puchatek - posiedzę tu sobie i na Ciebie poczekam. Kiedy się kogoś kocha to ten ktoś nigdy nie znika tylko siedzi gdzieś i czeka na Ciebie."
A. A. Milne
Sigur Ròs - Untitled 4 (Njósnavélin or The Spy Machine)
Minął maj, ponętny zapach bzu zastąpiła słodka woń dopiero co rozkwitłych lip. Przystojni mężczyźni chadzają pod rękę z brzydkimi kobietami, a piękne kobiety wodzą za sobą brzydkich mężczyzn. Wszyscy kąpią się w tym lipowym gorącym powietrzu i trudno ocenić, czy to wszystko jest lipowe, czy jedynie lipne.

piątek, 17 czerwca 2011

„Just like everybody else does(?)”

“There's a club, if you'd like to go
You could meet someone who really loves you
So you go, and you stand on your own
And you leave on your own
And you go home
And you cry
And you want to die”

The Smiths “How soon is now?”

Już jakiś czas temu poseł Węgrzyn uraczył świat słowami: „Z gejami to dajmy sobie spokój, ale z lesbijkami, to chętnie bym popatrzył”. Trudno odmówić mu pewnej racji – w panującym systemie estetycznym naszego społeczeństwa (a może żadnego systemu nie ma, a tylko go sobie ubzdurałem, ale wytrwajcie proszę ze mną kilka minut przy tym założeniu) oczywistym jest, że najsłuszniejsza rodzina składa się z kobiety i mężczyzny, którą łączą się ze sobą na kilka lub więcej lat i płodzą śliczne dzieci równo dziedziczące z ich genotypu. Przy tym, jeśli zamiast mężczyzny wstawimy drugą kobietę i otrzymamy parę homogeniczną dwóch niewiast, to możemy ją rozważyć w dwóch kategoriach.

piątek, 27 maja 2011

Pejzaż w oślepiającym blasku słońca

“lata wy straszne, lata wąskie”

Patrzę, ale nie poznaję. Słucham, ale nie rozumiem, co się do mnie mówi. Przed oczyma przelatują mi różne obrazy, które czasem łączą się w spójny film, a czasem są jedynie błyskami, swobodnie połączonymi klatkami jakiegoś filmu, z których żadna nie ma sensu, ani ich kompozycja niczego nie wyjaśnia.

Powietrze jest gęste i nieprzeniknione choć przezroczyste. Atomy gazów stanowią ciężką granicę stanowiącą wyraziste fundamenty ospałych bytów. Ich drganiami rozchodzą się dźwięki, ale nie mają żadnego znaczenia. Są jedynie cząstkami jakiejś niespójnej całości, której nie sposób ogarnąć na podstawie tylko jej fragmentów. Zmazane słowa i urywki zdań - nie mają żadnego celu i tkwią w przestrzeni jedynie po to, by być. Umowna komunikacja zawieszona jest w emocjonalnej próżni. Stanowi daremne przedsięwzięcie - przecież powietrze jest zbyt gęste, by mogło je cokolwiek przeniknąć. Skoro zniekształca się w nim dźwięk, to jak wielkim deformacjom musi ulegać sens.

Niewidoczne wysokie mury, na nich - druty kolczastej ciszy. Przestrzeń podzielona na nierówne kawałki absolutnym bezsensem. Czas równo i jednostajnie mierzy się absurdem. Jakiś gołąb rozbił się o tą ciszę i niepotrzebnie spadł na zakurzony głuchy chodnik. A może uderzyło go słowo zbite z kamieni? Leży tam taki bezbronny. Z jego dzioba sączy się powoli czerwone życie i rozlewa na nic nie znaczącym asfaltowym chodniku. Padł do stóp ludzi, tak jak ciepła cisza, która zapada między nami.

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

「我、闇とて」

「手を開き壊れそうな言葉でも、ただ一つでもいい
その胸に突き刺さる程の刃を胸に
忘れてしまえば人は変われるもの?
忘れても、変われても、君でもないことも
正しい価値さえ 冷酷に見えて
せめて今を声に変えて
明日の条件」

Wracając dziś wieczorem zobaczyłem, tak po prostu idąc przed siebie, czerwonawy krąg zachodzącego słońca, który wydał mi się nadzwyczaj krwisty i duży. Wątpię, by było to zjawisko wytłumaczalne astronomicznie, prawdopodobnie dużo łatwiej jest wytłumaczyć je bólem głowy. Niemniej dzisiejsza ładna pogoda wydaje się mieć zapowiedź swojej kontynuacji w dniu jutrzejszym, co mam nadzieję (no nie ma, ale nie szkodzi się trochę oszukiwać, choć na piśmie, prawda) pozytywnie na produkcję witaminy D w moim organizmie. Chyba nawet ten proces już się zaczął, bo po kontemplacji słońca nabrało mnie na spędzenie krótkiej chwili na ławce przy placu zabaw, by móc raczyć się zapachem kwitnących obok drzew. Nie mam pojęcia jakie to drzewa kwitną, ale ich słodki zapach działa na mnie niezwykle wabiąco, choć równie szybko przyprawia mnie o katar i zawrót głowy. Nie potrafiłem się jednak oprzeć tym płynącym chłodnym wieczorem olejkom eterycznym, związkom węgla, wodoru i innych pierwiastków, które tak przyjemnie drażnią w nosie.

Pomyślałem, że chyba tak musiał czuć się ten, który pisał, że 桜咲きけり - choć wcale nie wiem, czy sakura pachnie równie słodko. U sakury najważniejsze jest to, że opada, ale dla mnie dziś wieczorem ważny był ten przelotny zapach, który już kilkukrotnie w ostatnich dniach mijałem, i który towarzyszy mi raptem przez kilka chwil, tylko w miejscu, w którym owe drzewa rosną. Przypomniałem sobie o przystojnym mężczyźnie, który wsiadł dziś do autobusu, którym wracałem do domu i przeszedł obok mnie na tył autobusu, tak że nie mogłem w trakcie swojej podróży wlepiać weń oczu. Jego widok i ten zapach drzew mają ze sobą tak wiele wspólnego – są tak bardzo ulotne. Ta jedna chwila, kiedy trwają jest bardzo piękna, ale jakże nietrwała (trwale nietrwały – co za semantyczna, a może syntaktyczna zabawa! I znów ciśnie się na usta japońskie 浮世). I ów mężczyzna i owe drzewa nie mają żadnego znaczenia – były takie tysiąc lat temu, gdy cesarz Koukou pisał 我が衣手に 雪は降りつつ i będą pewnie takie same za tysiąc lat. Drzewa kwitły i będą kwitnąć, przystojni mężczyźni rodzili się, by przechodzić obok innych ludzi, zwracając ich uwagę, i będą pałać się tym zajęciem tak długo jak rodzina Kimów z północy nie wejdzie w posiadanie rakiet balistycznych dalekiego zasięgu.

Jednocześnie zdałem sobie sprawę jak bardzo ważne jest to, że zapach drzew unosi się tylko kilka, kilkanaście dni – bo gdyby tak trwał nieprzerwany to byłby dla mnie nie do zniesienia, a później spowszedniałby i stał się niezauważalny. Zarazem, wydaje mi się teraz, niebo musi być bardzo nudnym miejscem, jeśli nieustannie drzewa bielą się kwieciem (co za frazes). Więcej, niebo musiałoby być, gdybym się do niego wybierał, miejscem niezwykle nieznośnym, no bo ileż można wąchać kwitnących kwiatów? Sam jego koncept wydaje mi się dziś poroniony – tak właśnie: poroniony, nie mam lepszego słowa na oddanie tego stanu. Miejsce, w którym wciąż jest wiosna, gdzie wszechmogący bóg wciąż jest obecny i swym światłem wiekuistym darzy każdego człowieka – jakie to nieznośne! Najpierw chyba musiałby wyposażyć ludzi w zdolność cieszenia się czyjąś stałą bytnością, a co wówczas z radością, gdy wita się kogoś, kto wraca po całym dniu pobytu w pracy? A co ze zranieniem kogoś, by później móc przeprosić? Im więcej się zastanawiam, raj (czy też niebo, jeśliby czepiać się jednoznacznego trzymania się określonych morfemów – tak właśnie, napiszę sobie morfemów, a nie wyrazów tylko dzięki mojej ostatniej lekturze. Buce dzięki za Cortázara – bo dzięki jego „Grze w klasy” już nigdy nie pomyślę, że moje wypowiedzi pisemne są bełkotem, choć obiektywnie nim są.) musiałby być miejscem nieprzyzwoicie okrutnym, gdzie to, co najlepsze – kontrast wynikający z ustawicznego przemijania rzeczy i odczuwania przez większość swojego życia braku czegoś w stosunku do chwil przyjemnych, chwil trwania stanu błogości – miałby być zatracony. To skłania, by stwierdzić, że nawet jeśli nie jestem teistą lub chociażby teologiem, to i tak jestem na swój sposób zwolennikiem teodycei (tak jak byłem fanem definicji całki wg Leibniza pomimo eleganckiego uogólnienia wg Riemanna – ciekawe czy dobrze pamiętam…).

W chwilach, gdy kwitną kwiaty i ludzie przechodzą obok siebie najlepsze, co można zrobić, to przystanąć chwilę, w ciszy, tak by żadne słowa nie przecinały wątle istniejącego status quo, nie godziły w czyjekolwiek ucho czy pierś, by pozwolić ciszy zapaść tak samo łatwo jak zapada zmierzch zimą, chociażby do zimy podobne były tylko opadające płatki kwiatostanów drzew (fe! Ci parszywi cesarze z Heian-kyou). By cisza rozwlekała się wszędzie i na podobieństwo ciemności wlewała do wszelkich zakamarków własnego bytu. By w tej powodzi ciszy-ciemności u schyłku dnia zapomnieć. Zapomnieć rok, to co było pięć lat temu, zapomnieć wczoraj. Ale jeśli da się zapomnieć, to czy to cokolwiek zmieni?

sobota, 9 kwietnia 2011

Na szarość naszych nocy

„Na twarzy przezroczystość, na twarzy bez wyrazu, na nasze oddalanie, na naszą nieobecność i rozmów obojętność…”

Szli obok siebie pośród przepływającego z wiatrem szarego wieczoru rozmawiając o jakichś bezbarwnych problemach dotyczących zaimków osobowych. Ona, jak zwykle, wydawała się zainteresowana, ale nie było w tym już takiej szczerości jak kiedyś. On jak zwykle tłumaczył coś, o czym nie miał pojęcia, ale jego sytuacja pozwalała mu zająć pozycję autorytetu. Niemniej nie miał wcale ochoty tłumaczyć – wszystko, co się działo, wydawało mu się sztuczne. Dawniej było to dużo bardziej szczere, a teraz stanowiło tylko egzystencję dwóch jednostek, które, idąc i rozmawiając, idą jedynie obok siebie, i mówią w powietrze, bez przekonania, że druga strona coś słyszy. Poruszają tematy błahe, jak niegdyś, ale teraz prozaiczność konwersacji nie ma w sobie nic naturalnego. Dobierane tematy są proste i niezobowiązujące, ale nie ma w tym też nic z premedytacji. Nadal czuć jednak brak głębi, której wcześniej nie brakowało. Wcześniej wszystko przychodziło samo z siebie – teraz trzeba mozolnie pchać rozmowę do przodu, nie wiedząc czy pragnie się, by trwała dalej czy jak najszybciej skończyła.

„Na zawsze pozostajesz odpowiedzialny za to, co oswoiłeś.” I co z tego? Na zawsze jestem odpowiedzialny i na zawszę będę świadomy tej odpowiedzialności. Nie zmienia to jednak niedorzeczności całej sytuacji. Odpowiedzialność okazuje się być zarazem tym samym, co bezsilność. Oswajanie jest jednocześnie przyzwoleniem na własną bezradność. Z ludźmi (lub lisami jak kto woli), których się nie poznało można uczynić cokolwiek – spora część przemocy na świecie rozgrywa się w sferze dwojga nieznajomych, którzy nic dla siebie nie znaczą: zabicie obcej osoby to tylko pozbycie się pewnego dwunożnego zwierzęcia.

Oswojenie oznacza przyzwolenie na wolność drugiej strony, oznacza potwierdzenie wolności i jest przyzwoleniem, którego nie można cofnąć, a przynajmniej nie powinno się próbować. A wolność to bezradność właśnie dlatego, że jedna strona musi pozwolić drugiej, by ta sama decydowała o sobie. Oswojenie jest przyrzeczeniem – nie będę nastawać na twoją wolność, a wobec tego wyrzekam się podejmowania względem ciebie akcji, których sobie nie życzysz, pozbawiam się tej możliwości dla ciebie.

Oswajanie to stopniowe ubezwłasnowolnienie się. Ani jedno ani drugie nie przychodzi człowiekowi łatwo. Trzeba przychodzić o tej samej porze i siadać w tym samym miejscu, jedynie od czasu do czasu zbliżając się kilka centymetrów bliżej. I nigdy nie wiadomo, czy następny dzień będzie tym, w którym siądziemy bliżej, czy znów dalej, czy może nie będzie przy kim siąść. A nawet jeśli ktoś jest i czeka, ale jego twarz maluje się nieobecnością, cóż wówczas przychodzi z odpowiedzialności? Wówczas można jedynie spojrzeć na siebie tym charakterystycznym mglistym, nieobecnym wzrokiem, uśmiechnąć się, prawie tak jak miało się to w zwyczaju, ale nie jest to już ten sam uśmiech. Ile by się nie starać to i tak będzie przebijać z niego bezradność. Nasze twarze jakieś takie inne, choć rozpoznajemy w nich siebie. Ulotne spojrzenia na zawsze, wraz z tą szumną odpowiedzialnością, będą ciężko zalegać w naszych sercach.

Znam cię, znam twoje imię. Nic więcej nie umiem już zrobić. Nic więcej nie mogę już zrobić. Pokazałem, że taki oto jestem odpowiedzialny. I na zawsze będą. Tam gdzieś, gdzie ciebie nie będzie.

niedziela, 13 marca 2011

Metafory są rzeczą niebezpieczną

„Tomasz wtedy nie uświadamiał sobie jeszcze, ze metafory są rzeczą niebezpieczną. Z metaforami nie należy igrać. Miłość może się narodzić z jednej metafory.” - Milan Kundera „Nieznośna lekkość bytu”

Od zawsze wiadomo, że pomiędzy słowem mówionym a pisanym jest różnica. Pisane słowa jakoby są bardziej faktyczne – to, co wyrażają staje się lub stało się i nie można zapobiec temu, zdziałają podczas odbioru przez czytelnika. Oczywiście można napisać nowe słowa i odwołać te wcześniejsze, ale nie zawsze da się to zrobić. Z drugiej strony to, co napisane może łatwo przepaść, zaginąć, zostać zniszczone. Mowa natomiast ulatuje dużo szybciej – ledwie przebrzmi w naszych uszach już jej nie ma – jej natychmiast przemijający byt, wydawałoby się, skazuje słowo mówione na posiadanie dużo mniejszej wagi niż słowo pisane.

Można jednak zauważyć, że słowa, które ktoś nam powie działają na nas dużo mocniej niż te, które przeczytamy. Owszem, dużo łatwiej się powołać na pismo, gdy zaś rzeczy usłyszanej dużo łatwiej zaprzeczyć, prosto przeinaczyć ją, twierdzić, że czegoś nie wypowiedziano. Pismo pozostawia dużo więcej dowodów, bo rozpowszechnienie dyktafonów nie jest szczególnie duże, ale wydaje mi się, że mowa pozostawia dużo trwalsze ślady w pamięci. Naturalnie po pewnym czasie można nie być w stanie przypomnieć sobie dokładnie jak brzmiało jakieś zdanie, coś w naszej pamięci się zniekształci, zaś zapisane słowa w elektronicznej lub papierowej formie pozwalają na łatwiejsze odwołanie się do nich w przyszłości. Jednak właśnie ten fakt – to że pozwalamy papierowi pamiętać za nas – skłania nas do łatwiejszego zapominania tego, co napisano.

Słowa, przeciwnie, mogą nam ulecieć, ale wrażenie jakie na nas odniosą, okoliczności gdy padły, tembr głosu wypowiadającej je osoby – to wszystko dużo dłużej zostanie w naszej głowie. Kolory mogą wyblaknąć, to i owo rozsypie się bądź poprzestawia, ale pewne niespójne kształty, kontury obrazów, dźwięków, a najbardziej idei, zostaną naruszone czasem w dużo mniejszym stopniu i trwać będą z nami czasem aż do samej śmierci. Listom, pamiętnikom czy dziennikom również nie można odmówić tej zdolności do opierania się czasowi, ale jest pewna delikatna, subtelna różnica, która czyni z mowy nośnik, któro dużo mocniej wyryty zostaje w naszej pamięci – ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Dużo ważniejsze niż to jak zapamiętamy słowa jest to, jak te słowa zadziałają na nas w chwili odbioru. Często docierają do nas przypadkowe zbitki dźwięków, bądź liter, które nie mają większego znaczenia w rozważanej perspektywie; są jedynie informacjami, które mogą być do czegoś komuś przydatne lub też stanowią bełkot niezrozumiały dla kogokolwiek. Jeśli jednak rozważamy słowa, które docierają w określonym celu, to stajemy przed zupełnie odmiennym światem możliwości.

Słowa stwarzają. Odkryliśmy to już tysiące lat temu, gdy zaczęto pisać pierwsze utwory prozą najpierw w celach religijnych a później, gdy wynaleźliśmy fikcję literacką, otworzyły się przed nami zupełnie nowe światy i możliwości – jeden człowiek może stworzyć miejsce, całą nową rzeczywistość, używając jedynie słów, a miliony ludzi mogą o tej rzeczywistości przeczytać i ruszyć do niej jak do zupełnie nowego świata, w którym mogą zaistnieć na nowo, w zupełnie odmienny sposób. Mi jednak chodzi o słowa, które docierają do niewielu osób – o takie zbitki liter i dźwięków, które komunikujemy każdego dnia. Jesteśmy zwierzętami, które takiej arbitralnej sekwencji znaków przypisują określone znaczenie, a co za tym idzie, wypowiadanie określonych słów wiąże się z pewnymi konsekwencjami. Żadne słowo nie jest bezkarne. Ostrzeżenie Mirandy padające w amerykańskich filmach najlepiej to unaocznia, ale w codziennym życiu mając zaledwie kilka lat przekonujemy się, że to, co wyjdzie spod naszej ręki albo wypłynie z naszych ust, będzie niemal zawsze miało jakieś konsekwencje. Jeżeli ktoś widzi lub słyszy nasze słowa, to nie może pozostać im obojętny, a przynajmniej nie w sensie braku jakiejkolwiek reakcji na odbiór tychże znaków. Są ludzie, którzy potrafią opanować swoje emocje i są ludzie, którzy są mniej wrażliwi na słowa, ale nikt z nas nie może się na nie uodpornić. Jeśli jadąc autobusem przeczytam na bilbordzie jakieś hasło reklamowe, to na płaszczyźnie praktycznej zapewne będzie mi ono obojętne, ale w odniesieniu do mojego aparatu percypującego nie jest możliwe odcięcie się od przeczytanych czy usłyszanych słów. Odbierając je przynajmniej powtórzę je w swojej głowie i zajmę wobec nich jakieś stanowisko – nawet jeśli będzie to decyzja o ich zignorowaniu podjęta w ułamku sekundy.

O ile silniejsze są słowa adresowane do bezpośrednio do określonego człowieka. Będąc nadawcą lub adresatem w procesie indywidualnej komunikacji ma się do czynienia z dużo silniejszym działaniem słów. Są one przecież obmyślone dla tej, a nie innej osoby. Fakt wypowiedzenia jakiegoś zdania przy świadkach czyni je dużo bardziej faktycznym – skierowanie słów do jednej osoby sprawia, że one stają się już w zasadzie nieśmiertelne tak długo, jak żyje osoba, do której je skierowaliśmy, oczywiście z poprawką na jej zdolności mentalne. Wypowiedzenie czegoś w przestrzeń, jak choćby blogowanie może być mniej lub bardziej groźne. Oświadczenie czegoś przy innym człowieku daje słowom niesamowitą realność i sprawia, że nie mogą one już przebrzmieć wraz z wygaśnięcie fali akustycznej. Ich nośnikiem pozostanie człowiek na tak długo jak będzie chciał i mógł nim pozostać.

Pozostaje jeszcze problem słów, które chcielibyśmy, by były wypowiedziane tylko raz w życiu. Na myśl przychodzi pewna grupa zwrotów, z wśród nich zwłaszcza czasowników, bo to one mają największą moc – czynią coś z niczego, które mają działanie zamierzone nawet poza krótkie ludzkie życie. Są słowami natchnionymi nadzieją na przetrwanie próby czasu. Co jednak, jeśli zamiast przetrwać zgon wypowiadającego tracą swoje znaczenie wkrótce po ich wypowiedzeniu? Czy można je kiedyś wypowiedzieć ponownie? Oczywiście, że tak, ale czy będą miały tę samą siłę i przede wszystkim, czy my sami będziemy w nie wierzyć jednakowo silnie, gdy pierwszy raz je wypowiedzieliśmy? Słowa się zużywają. Przychodzi czas, kiedy ich zużycie jest już zbyt duże, by mogły cokolwiek zdziałać.

Słowa ranią, słowa cieszą, słowa niszczą, słowa bawią, słowa dzielą, słowa zabijają. Potęgę słów tak łatwo przecenić – w końcu nie idą one w ilość; jeśli użyje się ich za dużo nie przybierają wcale na sile, nie amplifikują swojego działania, a jedynie duszą się we własnym nadmiarze i przeciwnie do zamierzeń tracą swoją moc, zamiast uzyskać ją ze swojego wielkiego nagromadzenia. Można wypowiedzieć tyle słów i nie zostać zrozumianym. Przed ponownym wypowiedzeniem tych samych słów człowiek musi się zastanowić, czy warto po raz drugi otwierać usta bądź zużywać atrament.

czwartek, 3 lutego 2011

Montparnasse

Starając się wczoraj wieczorem zasnąć w łóżku zwróciło moją uwagę, że gdy dwie godziny wcześniej szedłem ulicą poczułem dotkliwe zimno. Przypomniałem sobie o tym, bo w łóżku poczułem podobny chłód. Zazwyczaj po prostu odkręciłbym kaloryfer i nie zwrócił na to uwagi, ale świadomość zimna okazała się przytłaczająca. Odkryłem – w nocy z 2 na 3 lutego – że jest zima i naturalnym jest, że jest zimno. Nieco inną sprawą jest, dlaczego poczułem to dopiero teraz; co sprawiło, że dokonałem tego odkrycia dopiero teraz. Skupiam się tu na samej niespodziance tego spostrzeżenia. Gdyby warunki na to pozwalały, to zachichotałbym przypominając sobie durną czytankę z podręcznika do japońskiego, o równie „spektakularnym” odkryciu. Jednak przyczyna, która sprawiła, że owego wieczoru obudziłem się z hibernacji i zastałem zimę, i zdziwiłem się nią, nie pozwalała mi się śmiać. Niemniej faktyczność (a może faktualność?) tego chłodu była zbyt realna, by się jej oprzeć.
Nareszcie zrozumiałem, że tylko dzięki ciepłu swojego ciała jestem w stanie odczuwać chłód, dzięki bólowi potrafię docenić ukojenie – zrozumiałem wreszcie, że byt kształtowany jest przez nicość, bo to poczucie braku uświadamia mi egzystencję, przypomina, perwersyjnie wręcz wbija w świadomość przekonanie o tym, że coś było, i że teraz czuję, że czegoś nie ma. Tylko dzięki temu, że czegoś nie ma doceniam, że coś jest lub było – tylko dzięki temu, że wychodzę i rozstaję się z kimś, jestem w stanie docenić, gdy spotykam się z tą osobą następnego dnia. Ciągłe trwanie byłoby tylko przyczynkiem do znużenia, zaś powtarzalność uczucia braku prowadzi do zrozumienia bytu. Byt (dla-siebie) byłby niczym bez nicości, to znaczy nigdy nie potrafiłby osiągnąć esencji, nie miałby możliwości odkryć wartości bytu bez doświadczenia braku tegoż.
Jak niewiele i wiele zarazem trzeba, by dokonać odkryć tak prostych, poczynionych przez ludzi już dużo wcześniej, ale by dokonać ich dla siebie samego. W tym momencie pewien francuski filozof mógłby, w moje miejsce, głośno zachichotać nad japońską czytanką, ale przeszkadza mu w tym to, że nie żyje. A ja, zbulwersowany odkryciem, zniesmaczony nie tyle jego konsekwencjami, co świadomością braku, nicości, nie mogę nawet nasikać na jego grób. Nie chodzi tu o fizyczną niemożność wybrania się do Paryża, ale o szkodę, którą takie postępowanie by przyniosło. Otóż bezczeszczenie czyjegoś grobu jest tylko tryumfem właściciela – sam fakt, że posunąłbym się do tego, by uczynić coś tak, z punktu widzenia zmarłego, zupełnie nierelewantnego, byłby tylko afirmacją jego osoby, jeszcze jednym tryumfem za grobu. Otóż próba zemsty na czymś lub kimś, co nie istnieje, jest absolutnie daremna. Taka próba zbezczeszczenia jedynie podkreślałaby to, z czym próbuję się nie zgodzić; oznaczałaby, że autor myśli, z którą walczę w taki właśnie sposób, jest autorem myśli słusznej, i im bardziej próbowałbym zaprzeczyć, tym bardziej przyznawałbym temu rację.
Wolno mi być może wszystko, ale nie zmienia to faktu, że w obliczu pewnych spraw, pomimo całej swojej wolności i wszystkich możliwości wyboru, pozostaję całkowicie bezsilny. Wobec pustki nicości jest się absolutnie bezsilnym.