Nowy Świat

Nowy Świat
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sartre. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sartre. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 lipca 2012

Noc w mieście P.

“Gdzie miałbym trzymać swoją przeszłość? Nie można jej włożyć do kieszeni; trzeba mieć dom, żeby ją tam ułożyć. Ja posiadam tylko ciało, samotny człowiek ze swoim samotnym ciałem nie może zatrzymać wspomnień, przepływają przez niego.”

Jean-Paul Sartre „Mdłości”

(Przy lekturze polecam „Sleep Alone” by Moby)

 

H. zdecydowanym krokiem przedzierał się chodnikiem przez zatęchły lipcowy wieczór jednego z najgorętszych dni w roku. Zaduch miejskiej ciszy przerywany był tylko dźwiękami napływającymi z przyległych do ulicy bloków: z jednego okna huczał telewizor podając podsumowanie wiadomości bieżącego dnia, kilkanaście metrów dalej zapity męski głos kurwował na swoją żonę, która odpowiadała mu w nie mniej wybredny sposób. Gdzieś z prostopadłej, niedoświetlonej ulicy nadciągało nierówne zawodzenie grupki młodych osób, sugerujące ich powrót z jakiegoś meczu, a gdy przeszedł przez ulicę i minął jeszcze jeden blok, natrafił na kolejną grupkę w podobnie bachicznym nastroju przeciągającą się między jedną a drugą imprezą. To, co krzyczeli czy też usiłowali odśpiewać tonęło w potoku przekleństw. Forma podekscytowanego wulgarnego uniesienia pochłaniała całą niewyraźną treść szczęścia, które prowadziło ich teraz ulicą.

„Jeszcze jedno skrzyżowanie i będę na miejscu.” – pomyślał jednocześnie zastanawiając się, czy byłoby mu raźniej, gdyby też wcześniej wprowadził się w dionizyjski nastrój otępiając nieco swoje zmysły.

Gdy tylko skręcił z ulicy E. w ulicę C. nad jego głową rozległo się głośne „O chyba idą te zajebane skurwysyny!” Momentalnie odwrócił głowę w stronę krzyczącego z balkonu mężczyzny. Może gdyby nie bełkoczący głos krzyczącego, H. pomyślałby, że patrzą w niego złowrogie oczy jednego z mieszkańców P. Był jednak pewien, że sposób, w jaki nieznajomy krzyknął gwarantował, że jego stan nie pozwoliłby mu skupić wzroku w jednym punkcie ani wyróżnić sylwetki H. wśród drzew przysłaniających światło lamp. Dla pewności przeszedł jednak ulicę trochę wcześniej niż było to konieczne i nie odwracając wzroku starał się zignorować ostatnie minuty – te wszystkie krzyki, te wszystkie dźwięki niepotrzebnie rozsadzające mrok zalegający między płytami chodnika.

czwartek, 23 lutego 2012

Kiss Me Goodbye

Tekst poniżej powstał w Krakowie jakieś pół roku temu, ale nie mając nic lepszego, a chcąc zaspokoić tłumy wielbicieli umieszczam go tutaj właśnie teraz. Chwila jest dość dobra: od 21. marca nie mam gdzie mieszkać ani za co żyć. Nie zostaje nic innego jak pseudofilozofować, zwłaszcza o odchodzeniu, póki jeszcze mam dostęp do Internetu.

---
Warsztat Pseudofilozofa – Problem nr 3, esej nr 2 - Kraków 12 września 2011r. – z późniejszymi poprawkami.

Po dłuższym namyśle, z dedykacją mojej jedynej szalonej M., która gdzieś mi się zapodziała…

===

"Wyprostowałem się i wyjrzałem przez okienko na ciemne chmury wiszące nad Morzem Północnym. Zastanawiałem się nad tym, co do tej pory utraciłem, nad straconym czasem, nad ludźmi, którzy umarli albo odeszli, nad myślami, które już nie wrócą."
Haruki Murakami "Norwegian Wood"

Marek Grechuta “Ocalić od zapomnienia”

Koty są naprawdę przydatne do filozoficznych rozważań. Siadają cicho na kolanach, zamykają oczy i zmuszają człowieka, by tkwił przez dłuższy czas w niewygodnej pozycji - uczą zarazem cierpliwości i wytrwałości.

Przypomina mi się mój poprzedni domowy kot (nie mój, a współlokatorki, który również z nią wyniósł się końcem czerwca tego roku). Była to zabawna, łobuziarska istotka o standardowym szarym zabarwieniu, ale z nutką pięknego rudego odcienia. Kotka ninja, która odbijając się od ścian potrafiła jakimś cudem zahaczyć nawet o sufit. O wszystkich rzeczach pomiędzy sufitem i podłogą nie wspominając. Kicia była jedyną lubianą przeze mnie współlokatorką w ostatnim roku i zarazem jedyną, która od czasu do czasu dotrzymywała mi towarzystwa. Z radością wyczekując dnia wyprowadzki współlokatorek, przy okazji niepokoiłem się, bo wiedziałem, że to wydarzenie poprzedzi dzień zniknięcia kota.

I tak też się stało. Nie było żadnej zapowiedzi - przecież prawie nie rozmawiałem z dziewczynami, więc nie spodziewałem się też, że ktoś pozwoli mi pożegnać się z kotem. Toteż jednego pięknego czerwcowego popołudnia usłyszałem jak kotek jest pakowany do klatki-nosidełka dla kotów i wyjeżdża. Już od kilkunastu dni patrzyłem ze smutkiem na kota i wiedziałem, że jego odejście wydarzy się dokładnie w taki sposób - nagle i bez fanfarów. Kota wyniesiono, a ja dziwnie smutny spoglądałem w okno - tak jak miał to w zwyczaju kot. Nie obserwowałem niczego, po prostu gapiłem się w przestrzeń, od czasu do czasu zmieniając punkt, w którym ogniskowało się moje spojrzenie. Robiłem jedyne co umiem robić w życiu - myślałem.

niedziela, 14 sierpnia 2011

Between the light and nowhere

Warsztat pseudofilozofa – Wstęp

"Ohne Musik wäre das Leben ein Irrtum." Friedrich Nietzsche

Bajm „Różowa kula”

Dzwoni budzik. Sięgam ręką po komórkę i przełączam, by zadzwonił za 20 minut. Jest przecież dopiero 10.42, czyli jak na moje standardy - ranek. Półprzytomnym wzrokiem spoglądam w kierunku okna. Odchylam lekko zasłonę i zauważam siedzącego na parapecie kota. On też rzuca mi przelotne spojrzenie, ale zaraz odwraca głowę i wraca do swojego wcześniejszego zajęcia - wpatrywania się przez okno w siną dal. Gdy tak patrzy - jego źrenice zwężone i czujne, ale też jakieś nieobecne i rozmarzone - zastanawiam się przede wszystkim czego wygląda. Może to ptaki za oknem, na które chciałby zapolować, a może to łaknienie wolności - przecież wszak to kot domowy i nie wolno mu wychodzić. Nie wiem, ale jego spojrzenie wydaje się przejmująco smutne. Nie utkwił wzroku w żadnym oddalonym obiekcie, po prostu spogląda w dal i kontempluje świat, do którego nie może należeć. Tam, za szybą, tańczą stadka głupich gołębi czekających tylko, by je upolować, ale czyha też mnóstwo niebezpieczeństw: ludzie, psy, samochody. Kot zauważa chyba jakiś ruch, gdyż nagle jego spojrzenie zastyga w jednym punkcie, a ciało wydaje się lekko naprężyć. Może to jeden z gołębi przeleciał bliżej szyby?

sobota, 2 lipca 2011

Siedzieć i czekać

Warsztat pseudofilozofa – Problem nr 3 (Esej 1.)
"A jeśli pewnego dnia będę musiał odejść? - spytał Krzyś ściskając Misiowi łapkę - Co wtedy? -Nic wielkiego - zapewnił go Puchatek - posiedzę tu sobie i na Ciebie poczekam. Kiedy się kogoś kocha to ten ktoś nigdy nie znika tylko siedzi gdzieś i czeka na Ciebie."
A. A. Milne
Sigur Ròs - Untitled 4 (Njósnavélin or The Spy Machine)
Minął maj, ponętny zapach bzu zastąpiła słodka woń dopiero co rozkwitłych lip. Przystojni mężczyźni chadzają pod rękę z brzydkimi kobietami, a piękne kobiety wodzą za sobą brzydkich mężczyzn. Wszyscy kąpią się w tym lipowym gorącym powietrzu i trudno ocenić, czy to wszystko jest lipowe, czy jedynie lipne.

czwartek, 19 maja 2011

“God moving over the face of the waters”

Poniżej fragment prozy, który wyszedł spod moich palców trafiając na dysk komputera w kwietniu 2007 roku. Planowałem opublikować go już jakiś czas temu, ale nigdy nie było ku temu odpowiedniej okazji. Dziś nie ma żadnej okazji, więc dzień jest więc idealny! Trafia tu z drobnymi poprawkami. W oryginale miał być częścią powieści epistolarnej a la “Cierpienia młodego Wertera”, ale napisałem jedynie kilka tekstów podobnych do tego, które leżą gdzieś i uparcie próbują się zdegradować. Może najlepszą okazją jest ostatnio ograniające mnie uczucie ubywania prawdy i stałe pogrążanie się w trudnym do opisania marazmie. I choć sam tekst zawodzi już nawet mnie, to i tak go sobie opublikuję. A nuż zmarnuje pięć minut swojego życia na przeczytanie go, dając tym samym pole na kolejny tryumf absurdu, a więc rozkoszny tryumf rechoczącego Sartre’a.

---

Kościół był, jak zwykle przed rozpoczęciem się mszy, pogrążony w delikatnym mroku. Przez okna dostawały się jedynie strzępki światła, co sprawiało, że atmosfera wewnątrz budynku byłaby niemal przyjemna, gdyby nie przenikliwy chłód, który odbierał chęć do snu w tak, wydawałoby się, optycznie przytulnym miejscu. Usiadłem powoli w sosnowej (ale czy aby na pewno?) pięknie lakierowanej ławce, która nie została ozdobiona żadnymi zbędnymi ornamentami, lecz przerażała nawet nieco swoją prostotą. Zdawszy sobie sprawę ze zwyczajów, o których zacząłem już powoli zapominać, przyklęknąłem wspierając swoje kolana na zimnym klęczniku i uczyniłem niedbale owe machnięcia, które jeszcze niegdyś uznawałem za święty symbol. Mimo iż przez lata owe schematy wbijane były mi do głowy przez moich rodziców, dość szybko udało mi się wyzbyć niegdyś żywcem wpojonych zachowań, i bez jakiegokolwiek zaangażowania czy wiarygodności, a nawet nieco sztucznie odprawiałem znany mi rytuał, który prawdopodobnie większość otaczających mnie ludzi uznawała za drogę ku jedynej wspaniałej przyszłości, którą mogą mieć po śmierci.

Machając rękoma, jak gdyby chcąc odgonić jakiegoś wściekłego szerszenia, z pewnym wyrzutem uczyniłem dawniej nabożnie czczony znak i układając swoje ręce na ławce, splótłszy palce położyłem na dłoniach nieco zmęczoną twarz, tak że podbródek opierał się na kciukach, a pozostałe palce zasłaniały moje usta. Udawałem, że się modlę.

Panujący półmrok, głucha cisza przerywana co kilka chwil szuraniem butów, bądź stukotem pantofli na obcasach i leniwie wlewające się przez nieduże ciemne okna ostatnie promienie kwietniowego słońca wprawiły mnie w dziwny nastrój. Zresztą cały mój dzień był stosunkowo chaotyczny i rozmemłany, jak niektóre prace Pollocka. Te bardziej abstrakcyjne.

Przez chwilę ogarnęła mnie nieodparta chęć pogrążenia się swoją twarzą w splecionych rękach, tak by wstrzymały one dopływ powietrza przez nozdrza. Gdyby to było możliwe, to chciałbym tutaj i teraz, zakończyć swój niezbyt szczęśliwy żywot, zdusić resztkę swojej nadziei własnymi rękami i nimi też powstrzymać swój chory organizm przed ciągłym i niepotrzebnym marnowaniem powietrza. Niestety nie jest tak łatwo przemóc dziwne immanentne ludzkie pożądanie podtrzymywania swojej egzystencji i dokonać samobójstwa. Już, jak pamiętasz, raz próbowałem, ale klęska była sromotna. Nie, nie, wszystko ze mną w porządku, póki co nie wybieram się w stronę nieubłaganej nicości. Postanowiłem Ci uwierzyć i trwam w swoim postanowieniu, ale nie mogę zaprzeczyć uczuciom jakie mnie nachodziły.

Mój wzrok nie wiedzieć kiedy spoczął na kancie uwypuklonej i sterczącej części oparcia poprzedzającej ławki, która w jednej części była zaokrąglonym półkolem, ale w drugiej strzeliście kończyła się szpicem. Nagle moje myśli skupiły się w całości na owym drewnianym elemencie wyposażenia kościoła. Oczyma wyobraźni widziałem jak uderzam swoją czaszką o ten róg, jak gładko, choć nie bez przeszkód w postaci kości, drewno wchodzi w delikatną strukturę mózgu, a z zewnątrz czaszki dobywają się gwałtownie szerokie strużki ciepłej krwi. Dodawało to znacząco kolorytu szarościom, w których powoli zaczynali tonąć ludzie i ławki, które zajmowali. Tętniąca krew rozbryzgiwała się namiętnie po sąsiadujących mi ludziach, a ja utraciwszy fragment swojej głowy, odłupany skrawek, o nieregularnym kształcie, jak gdyby uspokojony ulatywaniem swojej dogorywającej świadomości, powoli osuwałem się na skraj ławki, a wreszcie bezwładny pod własnym ciężarem głucho uderzyłem w ziemię.

Fantastyczne było doświadczyć nagle twardości podłoża, które nagle objęło mnie swoim chłodem, ale jednocześnie, pomiędzy mnie a gładkie martwe płytki, prawie tak martwe jak ja, wtłaczała się delikatnie ciepła krew. Przypominało to wejście do zimnej pustej wanny i nagłe wpuszczenie do niej przyjemnej, odpowiednio ciepłej wody. Twarda lodowatość zaczęła nagle być pochłaniana przez rozkoszne ciepło i miękkość. Rzekłbym, że tonąłem w czerwonym aksamicie. Resztka mojej świadomości żegnała przymykającymi się powiekami niewyraźną szarość, w której do tej pory byłem pogrążony, a wyciekająca ze mnie krew czerniała w moich sztywniejących oczach i mieszała się z czernią rozszerzających się źrenic. Świat mój zaczynał wirować i rozmazywać się, a ja tonąłem w cieniu czyichś twarzy i w gęstniejących i niewyraźnych pomrukach dobiegających mnie zewsząd głosów. Wokół mnie było tylko ciepło i narastająca ciemność, która po chwili okazała się jedynym co było. Nie było nagle ciepła, nie było ciemności, tylko nieokreślone nic.

Niestety takie rozkoszne marzenia z przyczyn chociażby fizycznych i biologicznych trudne są do wykonania. Tkwiłem więc dalej w tym lodowatym kościele i opamiętując się z tego często powracającego do mnie marzenia, podniosłem się bezszelestnie z klęczek i usiadłem w ławce, opierając się w możliwie wygodnej pozycji, położyłem stopy na klęczniku, a tułowiem opuściłem się lekko, jak gdyby chcąc przylgnąć do drewna, albo też wydać się współwyznawcom niższym. A może po prostu udawać przed nimi, że mnie tam nie ma. I tak minęła pierwsza minuta, jaką spędziłem w kościele od Bożego Narodzenia.

sobota, 9 kwietnia 2011

Na szarość naszych nocy

„Na twarzy przezroczystość, na twarzy bez wyrazu, na nasze oddalanie, na naszą nieobecność i rozmów obojętność…”

Szli obok siebie pośród przepływającego z wiatrem szarego wieczoru rozmawiając o jakichś bezbarwnych problemach dotyczących zaimków osobowych. Ona, jak zwykle, wydawała się zainteresowana, ale nie było w tym już takiej szczerości jak kiedyś. On jak zwykle tłumaczył coś, o czym nie miał pojęcia, ale jego sytuacja pozwalała mu zająć pozycję autorytetu. Niemniej nie miał wcale ochoty tłumaczyć – wszystko, co się działo, wydawało mu się sztuczne. Dawniej było to dużo bardziej szczere, a teraz stanowiło tylko egzystencję dwóch jednostek, które, idąc i rozmawiając, idą jedynie obok siebie, i mówią w powietrze, bez przekonania, że druga strona coś słyszy. Poruszają tematy błahe, jak niegdyś, ale teraz prozaiczność konwersacji nie ma w sobie nic naturalnego. Dobierane tematy są proste i niezobowiązujące, ale nie ma w tym też nic z premedytacji. Nadal czuć jednak brak głębi, której wcześniej nie brakowało. Wcześniej wszystko przychodziło samo z siebie – teraz trzeba mozolnie pchać rozmowę do przodu, nie wiedząc czy pragnie się, by trwała dalej czy jak najszybciej skończyła.

„Na zawsze pozostajesz odpowiedzialny za to, co oswoiłeś.” I co z tego? Na zawsze jestem odpowiedzialny i na zawszę będę świadomy tej odpowiedzialności. Nie zmienia to jednak niedorzeczności całej sytuacji. Odpowiedzialność okazuje się być zarazem tym samym, co bezsilność. Oswajanie jest jednocześnie przyzwoleniem na własną bezradność. Z ludźmi (lub lisami jak kto woli), których się nie poznało można uczynić cokolwiek – spora część przemocy na świecie rozgrywa się w sferze dwojga nieznajomych, którzy nic dla siebie nie znaczą: zabicie obcej osoby to tylko pozbycie się pewnego dwunożnego zwierzęcia.

Oswojenie oznacza przyzwolenie na wolność drugiej strony, oznacza potwierdzenie wolności i jest przyzwoleniem, którego nie można cofnąć, a przynajmniej nie powinno się próbować. A wolność to bezradność właśnie dlatego, że jedna strona musi pozwolić drugiej, by ta sama decydowała o sobie. Oswojenie jest przyrzeczeniem – nie będę nastawać na twoją wolność, a wobec tego wyrzekam się podejmowania względem ciebie akcji, których sobie nie życzysz, pozbawiam się tej możliwości dla ciebie.

Oswajanie to stopniowe ubezwłasnowolnienie się. Ani jedno ani drugie nie przychodzi człowiekowi łatwo. Trzeba przychodzić o tej samej porze i siadać w tym samym miejscu, jedynie od czasu do czasu zbliżając się kilka centymetrów bliżej. I nigdy nie wiadomo, czy następny dzień będzie tym, w którym siądziemy bliżej, czy znów dalej, czy może nie będzie przy kim siąść. A nawet jeśli ktoś jest i czeka, ale jego twarz maluje się nieobecnością, cóż wówczas przychodzi z odpowiedzialności? Wówczas można jedynie spojrzeć na siebie tym charakterystycznym mglistym, nieobecnym wzrokiem, uśmiechnąć się, prawie tak jak miało się to w zwyczaju, ale nie jest to już ten sam uśmiech. Ile by się nie starać to i tak będzie przebijać z niego bezradność. Nasze twarze jakieś takie inne, choć rozpoznajemy w nich siebie. Ulotne spojrzenia na zawsze, wraz z tą szumną odpowiedzialnością, będą ciężko zalegać w naszych sercach.

Znam cię, znam twoje imię. Nic więcej nie umiem już zrobić. Nic więcej nie mogę już zrobić. Pokazałem, że taki oto jestem odpowiedzialny. I na zawsze będą. Tam gdzieś, gdzie ciebie nie będzie.

czwartek, 3 lutego 2011

Montparnasse

Starając się wczoraj wieczorem zasnąć w łóżku zwróciło moją uwagę, że gdy dwie godziny wcześniej szedłem ulicą poczułem dotkliwe zimno. Przypomniałem sobie o tym, bo w łóżku poczułem podobny chłód. Zazwyczaj po prostu odkręciłbym kaloryfer i nie zwrócił na to uwagi, ale świadomość zimna okazała się przytłaczająca. Odkryłem – w nocy z 2 na 3 lutego – że jest zima i naturalnym jest, że jest zimno. Nieco inną sprawą jest, dlaczego poczułem to dopiero teraz; co sprawiło, że dokonałem tego odkrycia dopiero teraz. Skupiam się tu na samej niespodziance tego spostrzeżenia. Gdyby warunki na to pozwalały, to zachichotałbym przypominając sobie durną czytankę z podręcznika do japońskiego, o równie „spektakularnym” odkryciu. Jednak przyczyna, która sprawiła, że owego wieczoru obudziłem się z hibernacji i zastałem zimę, i zdziwiłem się nią, nie pozwalała mi się śmiać. Niemniej faktyczność (a może faktualność?) tego chłodu była zbyt realna, by się jej oprzeć.
Nareszcie zrozumiałem, że tylko dzięki ciepłu swojego ciała jestem w stanie odczuwać chłód, dzięki bólowi potrafię docenić ukojenie – zrozumiałem wreszcie, że byt kształtowany jest przez nicość, bo to poczucie braku uświadamia mi egzystencję, przypomina, perwersyjnie wręcz wbija w świadomość przekonanie o tym, że coś było, i że teraz czuję, że czegoś nie ma. Tylko dzięki temu, że czegoś nie ma doceniam, że coś jest lub było – tylko dzięki temu, że wychodzę i rozstaję się z kimś, jestem w stanie docenić, gdy spotykam się z tą osobą następnego dnia. Ciągłe trwanie byłoby tylko przyczynkiem do znużenia, zaś powtarzalność uczucia braku prowadzi do zrozumienia bytu. Byt (dla-siebie) byłby niczym bez nicości, to znaczy nigdy nie potrafiłby osiągnąć esencji, nie miałby możliwości odkryć wartości bytu bez doświadczenia braku tegoż.
Jak niewiele i wiele zarazem trzeba, by dokonać odkryć tak prostych, poczynionych przez ludzi już dużo wcześniej, ale by dokonać ich dla siebie samego. W tym momencie pewien francuski filozof mógłby, w moje miejsce, głośno zachichotać nad japońską czytanką, ale przeszkadza mu w tym to, że nie żyje. A ja, zbulwersowany odkryciem, zniesmaczony nie tyle jego konsekwencjami, co świadomością braku, nicości, nie mogę nawet nasikać na jego grób. Nie chodzi tu o fizyczną niemożność wybrania się do Paryża, ale o szkodę, którą takie postępowanie by przyniosło. Otóż bezczeszczenie czyjegoś grobu jest tylko tryumfem właściciela – sam fakt, że posunąłbym się do tego, by uczynić coś tak, z punktu widzenia zmarłego, zupełnie nierelewantnego, byłby tylko afirmacją jego osoby, jeszcze jednym tryumfem za grobu. Otóż próba zemsty na czymś lub kimś, co nie istnieje, jest absolutnie daremna. Taka próba zbezczeszczenia jedynie podkreślałaby to, z czym próbuję się nie zgodzić; oznaczałaby, że autor myśli, z którą walczę w taki właśnie sposób, jest autorem myśli słusznej, i im bardziej próbowałbym zaprzeczyć, tym bardziej przyznawałbym temu rację.
Wolno mi być może wszystko, ale nie zmienia to faktu, że w obliczu pewnych spraw, pomimo całej swojej wolności i wszystkich możliwości wyboru, pozostaję całkowicie bezsilny. Wobec pustki nicości jest się absolutnie bezsilnym.