Nowy Świat

Nowy Świat

niedziela, 27 września 2009

Astro Boy

Nadszedł chyba czas, żeby zająć się czymś ciekawym – ludźmi. Tego posta dedykuję sempai Elizie
Zhang Jianhua – podejrzewałem, że będzie mężczyzną, ale okazała się kobietą :P w wieku mniej więcej Uryuu, o podobnym usposobieniu. Co prawda niezbyt jest żartobliwa, ale przy zasobie słów, który mamy chyba nie może opowiedzieć nic ciekawego. Mam z nią zajęcia przez cały tydzień od 8.30 do 10.20,a polegają one na nieco Callanowskim przyswajaniu wyrazów, zwrotów i czytaniu dialogów. Dydaktycznie i metodycznie wydaje mi się ona najlepszą nauczycielką podstaw języka obcego, jaką kiedykolwiek miałem (no może ex aequo z Sugou). Najnowsze odkrycie jest takie, że moja Zhang mówi po japońsku, i choć mój japoński jest opłakany, to po japońsku rozumiem ją dużo lepiej niż po chińsku. Ciekawe czemu :P
Yu Miao (czytamy: [miau]) – lat 26, niewysoki, chudy i w okularach (jak 50 milionów innych Chińczyków). Do zabawnego imienia należy dołączyć jeszcze histeryczny sposób w jaki się śmieje, co czyni go figurą niezwykle przezabawną. Będę mówił o nim Astro Boy, gdyż najczęściej nosi ubrania tejże marki. Nie mam pojęcia co to za marka, ale przypuszczam, że lokalny Reserved. Jednakże Astro Boy (w tej chwili przyszedł mi na myśl tetsuwan atomu) jest również nauczycielem, którego można się obawiać – głównie dlatego, że prowadzi zajęcia bardzo dynamicznie, wręcz z wrodzonym ADHD. Polega to na tym, że chodzi z podręcznikiem po klasie i stuka palcami w ławkę osobnika, który ma czytać następny fragment dialogu w danej lekcji, a że dzieje się to bardzo szybko to czasem można dostać zawału serca, gdy przed mającym opaść z senności nosem nagle wyląduje jego ręka… Ćwiczy z nami mówienie, słuchanie i pisanie, więc ma tendencję do zadawania pytań z prędkością światła, i czasem udaje mi się załapać kilka wyrazów, które powiedział, ale nie często rozumiem ideę pytania. Zaś reakcją na nasze klasowe „eeeeee?” jest histeryczny, acz całkiem wdzięczny śmiech, po którym następuje trochę wolniejsza wersja pytania. W najgorszych wypadkach „eeeee?” powtarza się parę razy, niemniej uwielbiam słuchać tego śmiechu. Trochę przypomina mi śmiech Mozarta z filmu „Amadeusz” Milosa Formana.
Liu Znaczek Znaczek – była z nami raptem tydzień i generalnie coś mówiła i tłumaczyła, ale generalnie nikt nie wiedział co. Dzięki marnym rysunkom na tablicy można było przewidywać, co chciała tłumaczyć, ale raczej nie wspomagało to ogólnej stopy kontaktu. Natomiast ubierała się uroczo – u nas miała by przydomek dresiara, gdyż nosiła biały dres adidasa (stawiam, że podróbka) z fioletowymi paseczkami. I w ogóle była estetycznie ładna i urocza, ale w porównaniu do pozostałych dwojga nauczycieli, jej zajęcia były dla nas czarną magią, a jest u mnie w grupie ze dwie osoby, które comprendo coś więcej niż cała reszta.
Sun Di – przypomina mi trochę naszą Zhao Dan, gdyż jest to dziewczynka w podobnym wieku, może niewiele starsza ode mnie z aparatem na zębach i nieco niewyraźnym sposobem mówienia. Niemniej jest ona tą dzięki której czuje się dowartościowany, gdyż niedawno stwierdziła, że powinienem przenieść się do wyższej grupy, ale ja jej na to „wo neng xie hanzi; bu ting, bu dong, bu shuo”. Mógłbym dodać „je reste ici (francuski jakby ktoś pytał – o Francuzach będzie jeszcze kiedyś odcinek)”. A propos „neng xie hanzi” – codziennie Astro Boy urządza nam „tingxie”, czyli dyktando, i proszę Państwa – zawsze dostaję maximum. Swoją drogą jest nas dwóch – ja i Japończyk – nie wydaje się to komuś dziwne? :) I niech ktoś pośle te wieści ku Matsuzaki – bo informacja, że uwielbiają tutaj moje znaki może zburzyć podwaliny jej teorii o męskim defekcie mózgu.

wtorek, 15 września 2009

下一站是复兴门站。复兴门站是回乘车站。

Pekińska komunikacja, jak przystało na Chińczyków jest jednym wielkim chaosem. Samochody generalnie respektują czerwone światło, ale nawet wówczas mogą skręcać w prawo, co dodaje kolejną odrobinę smaczku do przechodzenia przez ulicę. Poza tym raczej standardowy jest fakt, że taksówki zatrzymują się na środku skrzyżowania, bo pasażer wysiada – mówimy stop no to stop – a niech se trąbią. Zresztą tu i tak wszystko na wszystkich trąbi, pipczy, dzwoni i jakie tam jeszcze dźwięki by nie wymyślić. Dla mnie najgroźniejsze są skuterki elektryczne, które są niezmiernie ciche i często pozbawione jakichkolwiek urządzeń dźwiękowych. Pod żadnym jeszcze nie wylądowałem, ale jeśli coś mnie ma rozjechać to będzie to właśnie taki pojazd. W skrócie technika przechodzenia wygląda tak – czerwone dla pieszych? Idziemy! Jeśli tylko nic nie jedzie przesuwamy się o metr, dwa do przodu. Coś przejedzie za nami, coś przed nami, czasem ledwie minie o parę centymetrów. Na środku ulicy jest względnie bezpiecznie, gdyż między jezdniami o przeciwnych kierunkach jest niewielka wysepka, co daje chwilę wytchnienia. Druga połowa drogi wygląda podobnie, zaś jeśli pieszy mają zielone, to należy mieć się również na uwadze, zwłaszcza na samochody, które przecinają pasy skręcając w lewo, gdyż tutaj w ogóle nie funkcjonuje pojęcie ustępowania pierwszeństwa. A przynajmniej jest mocno raczkujące. Zaś Chinki na małych rowerkach jadące pod prąd pasami dla samochodów wydają się być niezwykle odważne. Aż dziwię się, że jestem tu 2 tygodnie i jeszcze nie widziałem nikogo pod kołami.
Autobusy, krakowskim zwyczajem, przyjeżdżają po 3 – ale nie tak, że 3 różne i 15 minut nic – przyjeżdżają 2, 3 a nawet 4 obsługujące tę samą linię, a potem długo nic. W godzinach szczytu na węższych ulicach jest ich po prostu sznureczek. Rozkłady wymieniają tylko kolejne przystanki (najczęściej bieżący zaznaczony strzałką, na najnowszych zaznaczonym kolorem, a na starszych tablicach nawet strzałki nie znajdzie…) i godziny, w których linia kursuje – trudno odgadnąć, czy jest jakiś przedział czasowy. Nawet jeśli jest, to Kraków w dniach największej rozpusty bywa pewnie bardziej punktualny. Radosne są akcje wsiadania i wysiadania, gdyż w autobusach z 2 parami drzwi wsiada się z przodu, a wysiada z tyłu, a jeśli autobus ma 3 pary drzwi, to wsiada się środkowymi, a wysiada pozostałymi, zawsze wymaga to więc zwrócenia uwagi, by pani od biletów albo kierowca nie zaczęli krzyczeć. Co by było zabawniej, karta, którą płaci się za przejazd, jest różnie wykorzystywana – albo przykłada się ją przy wsiadaniu, albo również i przy wysiadaniu. Najczęściej jest napis, który wyjaśnia jak działa dany pojazd, ale konsekwencje błędnego zużycia są dwojakie – albo zapłacimy 4 jiao (jakieś 18 groszy) za dużo albo, jeśli się nam zapomni skasować przy wyjściu, karta przy następnej próbie wejścia do autobusu zrobi kuku i nas nie wpuszczą.
Metro jest zbawienne, bo w zasadzie działa i działa całkiem dobrze. Naturalnie na starszych liniach jeżdżą starsze pociągi, ale i tak bywają znośne. Ponadto poza typem klimatyzacji nie ma większych różnic w standardzie. Radosnym elementem są wyświetlacze w nowszych pociągach – jest to bowiem linia z odcinkami i punktami podświetlanymi na zielono i czerwono. Niestety w pewnych pociągach zielony mówi „to już przejechaliśmy”, a czerwony „tu będziemy jechać”, w innych zaś na odwrót… Najlepiej jest w linii 2, która jeździ w kółko – tylko czerwone punkciki, które migają na zielono wskazując następną stację. Prędkość jest zadowalająca, ale czasem trochę jej brakuje. Najzabawniejsze są przesiadki, a zwłaszcza jedna, której muszę dokonać zawsze – mianowicie stacja 西直门 (Xizhimen) i przesiadka między liniami 13 i 2. Wygląda mniej więcej tak: wysiadamy, schody w dół (1 piętro) korytarz, kilkadziesiąt metrów holu jednego z wyjść, przejście obok dużej siaty na poziomie chodnika (13 jest kolejką nadziemną, a linia 2 metrem) korytarz na jakieś kilkaset metrów, schody do góry ruchome (!), korytarz i znów spacerek, schody w dół, (3 piętra, ja pierdolę) , spacerek, schody, już nie wiem czy w górę czy w dół, peron linii 2, Allah jest wielki! Teraz tylko decyzją w którą stronę jedziemy. Po drodze naturalnie jest kilometr barierek, które sprawiają, że trzeba sobie pochodzić 2 razy tyle niż gdyby ich nie było… Tak zwane chińskie poczucie humoru… Tytuł posta odnosi się do komunikatu, który wypowiadany jest przed stacją przesiadkową między liniami 1 i 2. Poza tym na wszystkich stacjach przesiadkowych. Brzmi trochę jak wierszyk dla dzieci – mam nadzieję, że kiedyś uda mi się go nagrać i zamieścić ;)

niedziela, 13 września 2009

Nie ma Boga, prócz Allaha, czyli please, don't kill the giaour...

Ja tutaj w otoczeniu mam, nie powiem, dość sporo chłopców i nawet czasem chińskie twarze wydają mi się przystojne, ale na moment bieżący jestem w fazie podziwu. Zwłaszcza względem pewnego Turka z mojej grupy, który w sali siedzi w miejscu bardzo nadającym się do moich obserwacji I ogólnie rzecz biorąc jest dużo narodu, dużo przystojnego narodu i dużo ładnych rosyjskich blondynek - na szczęście tych akurat nie w mojej grupie. Ale jakoś tak ciężko zebrać się i pogadać. Nie mam jakoś śmiałości, żeby wyciągać kogoś na obiad a nikt też nie proponuje. Powoli formują się jakieś narodowościowe podgrupki, ale nic z nich nie wynika dla mnie ciekawego.
W moim zasięgu wpływów jest przeklęcie dużo Francuzów. Głównie dlatego, że pierwszym i drugim moim współlokatorem byli właśnie Francuzi, stąd znam jakieś pół tuzina - głównie z widzenia, bo nie mam dobrej pamięci do imion.
W każdym razie pierwszą duszą, którą tu poznałem był Alexis (Alesi), który ma kantońskie korzenie i wobec tego wygląda jak pół-Chińczyk, ale jest malutki i słodki, i jak na Francuza przystało obchodzi najmniejsze kałuże i jako pierwszy uciekł z pierwszego śmierdzącego akademika. Być może zanadto utknąłem w stereotypach, ale dla przykładu wczoraj poznałem świetnie mówiącego po angielsku gościa, który ze stylu bycia zakrawał na lekko zarozumiałego bufona. I gdy okazało się, że to Niemiec moje stereotypy narodowościowe tylko się wzmogły.
No dobra - ale nastąpiła ucieczka do innego akademiku i trzeci współlokator - Mongoł, który siedzi tu już trzeci rok, i z którym porozumiewałem się za pomocą słownika i translatora. Był wzorowym współlokatorem, bo prawie nie bywał w akademiku - głównie pracował w jakiejś firmie i imprezował wracając nad ranem. Niestety tego chudziutkiego niepozornego i niemal delikatnego potomka Czyngis-Hana też wkrótce pożegnałem, bo wyprowadzał się do pokoju jednoosobowego jako, że chce mieć spokój do pisania pracy magisterskiej. Jego dobytek przenosiło dwóch innych, bardziej tęgich Mongołów, gdyż on sam załamałby się pod ogromem zgromadzonego dobytku.
No i zadomowiłem się w pokoiku, sam przez jakiś tydzień, aż wreszcie poznałem czwartego współlokatora. Gdy wróciłem owego dnia do pokoju zastałem wielką walizę z metką "Mohammad cośtam" - to było pierwsze kurde. Potem zauważyłem na półce kompas podpisany "showing direction to Al-Kaaba" i nie trzeba być religioznawcą, żeby wiedzieć, że chodzi o kierunek Mekki - drugie kurde. Ale jako pół-ślepy kret nie zauważyłem najważniejszej rzeczy - małego obrazka na najwyższej półce. Przedstawiał, no cóż, strzelam, ajatollaha Chomeiniego i jakiegoś innego gościa na tle flagi Iranu - to już nie było kurde, tylko pierwsze kurwa. No ale nic, wkrótce się poznaliśmy. On mówi słabo po angielsku, ale ma już za sobą licencjat z chińskiego, więc jest całkiem komunikatywny z tutejszymi ludzikami - ze mną, niestety albo na szczęście nie aż tak bardzo. Niemniej wydaje się starać być bardzo przyjacielskim. Gdy wieczorem nad łóżkiem na ścianie wychodzącej na Mekkę zawiesił flagę a potem - uwaga - przypiął zdjęcie prezydenta Iranu Ahmadinejada nie mogłem nie wypowiedzieć w myśli drugiego kurwa. Niestety modlitwa z pokłonami do ziemi nie wygląda aż tak spektakularnie jak się spodziewałem. Następnego dnia flaga znikła, gdyż sprzątaczki wyegzekwowały paragraf "nie kleimy po ścianach" - teraz wisi na półce obok Chomeiniego. No ale dwa kurde i dwa kurwa to trochę mało, więc pójdźmy dzień dalej. Otóż Mohammad kupuje komputer oraz ruter, by móc korzystać z połączenia internetowego (daruję sobie informatyczną żyłkę i nie będę tłumaczyć po co i na co), więc jako specjalista konfiguruję ten ruter, po chińsku. Może lepiej powiedzieć klikam i liczę, że będzie dobrze. No ale gdzie apogeum - nadchodzi! "So what password do you want" "Hamas (sic! sic! SSSSSIIIIIIIIICCCCC!!!!!!!!!!!!!!!)" "Ok" - błąd ruter wymaga hasła o co najmniej 8 znakach "So?" "Name of my president, Ahmadinejad (SIC!)" Kurtyna!

czwartek, 3 września 2009

Soł ju łona goł tu Czajna?

Ekhem Witojcie!
Wygląda na to, że wreszcie udało mi się zebrać na napisanie paru słów o moich pierwszych dniach pobytu wśród śmiesznego chińskiego narodu, z którym moja komunikacja na moment bieżący odbywa się za pomocą machania rękami, a w najlepszym przypadku kartki i długopisu.
No ale do rzeczy. Po jakże radosnym locie z paryskiego CDG na pokładzie Boeinga 777-300 ER w klasie ekonomicznej, gdzie generalnie była tylko ekonomia, a brakowało klasy i miejsca na cokolwiek, wylądowaliśmy z Sosem na pekińskim Capital Airport i, ku mojemu drobnemu zawodowi, nie było żadnych rewizji, psów uzbrojonych po zęby - jedynie wyjście z samolotu zostało opóźnione, żeby pani w maseczce mogła obejrzeć potencjalnych siewców wirusów i wydać zezwolenie na rozładunek, jeżeli nikt nie pluł krwią. Zresztą nie wiem, po prostu zgaduję, ale faktem jest, że ocena stanu zdrowia pasażerów miała tempo wizyty u lekarza finansowanego z NFZ 5 minut przed końcem jego dyżuru. Co więcej zakupiliśmy z Sosem po pół litra żubrówki na Okęciu i pomimo strasznego filmu Air France o chińskiej kontroli celnej (ku mojej rozpaczy) to my musieliśmy dopaść jakiegoś pana kontrolera, który miał wyraz twarzy jakby chciał przed nami uciec. I ja się pytam gdzie ta demonstracja siły?
Okazuje się, że nastąpiła szybko, bo już 2 dni później. Mieliśmy we troje (plus sempajka Eliza) zwiedzać Zakazane Miasto. Niestety metro na stacjach Tian'anmen Dong i Tian'anmen Xi zrobiło tylko wielkie hops a z głośników popłynął jakiś komunikat. Z domysłów, informacji, albo Bhuk wie czego wynikło, że Chińczycy robią swojemu wojsku ćwiczebną musztrę przed świętem 1 pażdziernika (Mao ogłasza republikę ludową w 1949, więc okrągła 60 się im szykuje) i z oglądania nici. No, ale kiedy kręcono "Ostatniego cesarza" odbywająca wizytę królowa Elżbieta II też nie mogła zobaczyć sławnego miasta, bo partia dała pierwszeństwo filmowi, więc można czuć się w całkiem doborowym, jak na europejskie warunki klubie "Ludzi, którzy nie zobaczyli Zakazanego Miasta, bo Chińczycy mieli tam ważniejsze rzeczy do zrobienia". Pojechaliśmy więc w Tianten, czyli Świątyni Niebios i też było całkiem fajnie. W Galerii zamieszczę wkrótce parę zdjęć z tamtego przesławnego miejsca.
Poza tym Chiny są rozkoszne, zwłaszcza dla tych, którzy umieją tylko liczyć błędnie do 20 i kupować pół kilo jabłek na bazarze :P
Jak znajdę wenę na coś mądrzejszego to może wkrótce napiszę. Zapewne stanie się to wkrótce, gdyż ciężko mi tutaj, nawet pomimo nadzwyczajnej (w mojej skali) otwartości, wyciągnąć kogoś na błąkanie się po Pekinie. Klątwa Air France trwa, gdyż spotykam głównie Francuzów. No pomijając Mongoła, z którym mieszkam w pokoju, ale o współlokatorach i pokojach to osobna bajka...