„Na twarzy przezroczystość, na twarzy bez wyrazu, na nasze oddalanie, na naszą nieobecność i rozmów obojętność…”
Szli obok siebie pośród przepływającego z wiatrem szarego wieczoru rozmawiając o jakichś bezbarwnych problemach dotyczących zaimków osobowych. Ona, jak zwykle, wydawała się zainteresowana, ale nie było w tym już takiej szczerości jak kiedyś. On jak zwykle tłumaczył coś, o czym nie miał pojęcia, ale jego sytuacja pozwalała mu zająć pozycję autorytetu. Niemniej nie miał wcale ochoty tłumaczyć – wszystko, co się działo, wydawało mu się sztuczne. Dawniej było to dużo bardziej szczere, a teraz stanowiło tylko egzystencję dwóch jednostek, które, idąc i rozmawiając, idą jedynie obok siebie, i mówią w powietrze, bez przekonania, że druga strona coś słyszy. Poruszają tematy błahe, jak niegdyś, ale teraz prozaiczność konwersacji nie ma w sobie nic naturalnego. Dobierane tematy są proste i niezobowiązujące, ale nie ma w tym też nic z premedytacji. Nadal czuć jednak brak głębi, której wcześniej nie brakowało. Wcześniej wszystko przychodziło samo z siebie – teraz trzeba mozolnie pchać rozmowę do przodu, nie wiedząc czy pragnie się, by trwała dalej czy jak najszybciej skończyła.
„Na zawsze pozostajesz odpowiedzialny za to, co oswoiłeś.” I co z tego? Na zawsze jestem odpowiedzialny i na zawszę będę świadomy tej odpowiedzialności. Nie zmienia to jednak niedorzeczności całej sytuacji. Odpowiedzialność okazuje się być zarazem tym samym, co bezsilność. Oswajanie jest jednocześnie przyzwoleniem na własną bezradność. Z ludźmi (lub lisami jak kto woli), których się nie poznało można uczynić cokolwiek – spora część przemocy na świecie rozgrywa się w sferze dwojga nieznajomych, którzy nic dla siebie nie znaczą: zabicie obcej osoby to tylko pozbycie się pewnego dwunożnego zwierzęcia.
Oswojenie oznacza przyzwolenie na wolność drugiej strony, oznacza potwierdzenie wolności i jest przyzwoleniem, którego nie można cofnąć, a przynajmniej nie powinno się próbować. A wolność to bezradność właśnie dlatego, że jedna strona musi pozwolić drugiej, by ta sama decydowała o sobie. Oswojenie jest przyrzeczeniem – nie będę nastawać na twoją wolność, a wobec tego wyrzekam się podejmowania względem ciebie akcji, których sobie nie życzysz, pozbawiam się tej możliwości dla ciebie.
Oswajanie to stopniowe ubezwłasnowolnienie się. Ani jedno ani drugie nie przychodzi człowiekowi łatwo. Trzeba przychodzić o tej samej porze i siadać w tym samym miejscu, jedynie od czasu do czasu zbliżając się kilka centymetrów bliżej. I nigdy nie wiadomo, czy następny dzień będzie tym, w którym siądziemy bliżej, czy znów dalej, czy może nie będzie przy kim siąść. A nawet jeśli ktoś jest i czeka, ale jego twarz maluje się nieobecnością, cóż wówczas przychodzi z odpowiedzialności? Wówczas można jedynie spojrzeć na siebie tym charakterystycznym mglistym, nieobecnym wzrokiem, uśmiechnąć się, prawie tak jak miało się to w zwyczaju, ale nie jest to już ten sam uśmiech. Ile by się nie starać to i tak będzie przebijać z niego bezradność. Nasze twarze jakieś takie inne, choć rozpoznajemy w nich siebie. Ulotne spojrzenia na zawsze, wraz z tą szumną odpowiedzialnością, będą ciężko zalegać w naszych sercach.
Znam cię, znam twoje imię. Nic więcej nie umiem już zrobić. Nic więcej nie mogę już zrobić. Pokazałem, że taki oto jestem odpowiedzialny. I na zawsze będą. Tam gdzieś, gdzie ciebie nie będzie.