Tak, wiem, że to n-ta część odgrzewanego kotletu, ale mimo wszystko chciałem pójść i obejrzeć Milę, którą ubóstwiam. Nikt z moich kolegów nie był zafascynowany moim pomysłem. Woleli by pójść na “Bitwę pod Wiedniem” – same pedały czy jak?
"Smutek był formą, a szczęście treścią. Szczęście wypełniało przestrzeń smutku." - Milan Kundera "Nieznośna lekkość bytu"
Nowy Świat
niedziela, 21 października 2012
Resident Evil: Retribution
piątek, 20 lipca 2012
Prometeusz
Dziś premiera. Zabiję, by móc obejrzeć go w kinie, jak właściciele praw autorskich przykazali.
wtorek, 1 maja 2012
Eating Out
Co zrobić, gdy obejrzało się już wszystkie części Aliena, Predatora i Aliena vs. Predatora? Pozostaje chyba tylko sięgnąć po serię „Eating Out”, czyli cztery (piąty się ma nakręcić w najbliższych miesiącach) filmy, który główną tematyką są perypetie pedałów i mających nieszczęście żyć wokół nich heretyków. Całość jest komedią z dennymi dowcipami, połamaną fabułą, ale – w zasadzie oczywiście przede wszystkim – z erotycznymi scenami z udziałem bardzo przyzwoicie wyglądających panów. Gratka dla oczu co bardziej niewybrednych pań hetero i panów. Wciąga zupełnie nie angażując umysłowo. Duże ilości alkoholu niewskazane, acz nie nadaje się do oglądania w parach, którym mogłoby grozić rzucanie się na siebie w stanie alkoholowego upojenia – zostaliście ostrzeżeni!
Przy okazji warto rzucić okiem na muzyczną twórczości Chrisa Salvatore, który zrobił kilka fantastycznych coverów, w tym „I kissed a boy” – gorąco polecam.
NIE WSKAZANE DLA PANÓW HETERO O SŁABEJ TOLERANCJI.
sobota, 25 lutego 2012
Weekend
Za mało pedałów! Na tym blogu jest za mało pedałów! Owszem jest tu jeden nieustannie obecny duchem w swoich słowach, ale uważam, że to zdecydowanie za mało na stronę projektowaną do użytkowania w rozdzielczości 1280x1024 pikseli i wyższej. Niniejszym nadrobię to i nowy minimalny limit postów wynoszący dwanaście sztuk wypocin rocznie (liczba absolutnie zmyślona, podobnie jak limit, podobnie jak fakt ustalenia takowego; poza tym oznacza to pi razy drzwi raz na miesiąc totalny chłam pisany najczęściej pod wpływem alkoholu albo zwykłego prozaicznego wkurwienia na życie) ma mi w tym pomóc.
Niemniej, jako że nie mam o czym pisać, to będę wrzucał tu rzeczy, które z różnych przyczyn nie trafiły na Facebooka. By nie zrobić zupełnego śmietniska obiecuję jednak ograniczyć roczną liczbę postów do 24. Tak z czystej empatii dla Czytelnika*. Nie żeby ktoś subskrybował tego bloga w formie kanału RSS, by mógł ponieść jakąś szkodę z powodu dużej liczby postów – tak po prostu łączę się w Weltschmerzu z wyimaginowaną i wyidealizowaną osobą, która mnie rozumie.
Jeśli, Drogi Czytelniku*, również łączysz się w pijanym bólu Weltschmerzu z czymkolwiek wyimaginowanym, czytaj dalej – chciałbym przedstawić Ci pewien film.
Do rzeczy! Mowa o filmie Weekend (2011, bo w cholerę filmów o tym tytule, szczególnie nie należy mylić z tym, który nie jest aż tak godny uwagi – ten, o którym piszę też nie jest, chyba że jesteś gejem albo kobietą - Drogi Czytelniku* - do których akurat prezentowany typ urody przemawia) w reżyserii jakiegośtam Andrew Haigha. Poniżej plakat reklamowy – mam nadzieję, że Hamerykanie nie każą mnie aresztować za użycie go bez zgody autorów.