Nowy Świat

Nowy Świat

sobota, 2 października 2010

W imię Ojca Billa, Syna Stevena i ducha Ballmera

Ogłaszam wszem i wobec, że poważnie zawiodłem się na (sic!) Microsoft i polityce firmy. Nie dość, że cudowna myszka Arc Mouse wygrana w jakże wiele wymagającym konkursie pospuła się (zdalny odbiornik bezprzewodowy uznał, że ma dość bycia odłączanym i podłączanym, i padł, choć niby do takiego traktowania został zaprojektowany) i ani organizator ani Microsoft nie chcą mi jej wymienić, a na dodatek sama wielka firma postanowiła, że zamknie blog w Windows Live, i musiałem przenieść się właśnie tutaj.

Do tej pory kochałem Microsoft miłością, jak większość znających mnie ludzi może potwierdzić, platoniczną i bezkrytyczną, ale owe dwa zdarzenia poważnie mnie doktnęły. Bo w końcu miałem nadzieję, że jak MS coś robi, to robi dobrze (dyskusja o systemach operacyjnych jest nie na miejscu, bo pomimo wszelkich problemów, które się z nimi wiążą, są to, moim zdaniem, perełki architektury oprogramowania), ale standardowo polskie przerzucanie się odpowiedzialnością za obsługę gwarancyjną i wybitnie lamerskie zamykanie usługi, którą wielbiłem, i z której korzystałem, sprawiły, że zmieniłem swoje zdanie (i zamierzam się odegrać w jakichkolwiek najbliższych ankietach, które mi przyślą).

Zgodnie ze swoim charakterem oddaję się zatem w szpony nowego przywódcy ciemnej mocy, Google Corp., z nadzieją, że mój blog będzie tym razem bezpieczny. Trochę mniej mnie cieszy, że Blogspot, jak Facebook i parę innych usług, nie uzyskał akceptacji przewodniczącego Hu Jintao, ale cóż począć gdy oddający rządowi tajemnice chińskich dyletantów, posłuszny władzy MS, niszczy moje dziecięce marzenia?

poniedziałek, 31 maja 2010

Makumba odwiedza Wieżę Dzwonniczą

W imię Boshega Wszechniemogącego!
Zacznę, jak przystało na wzorowego skauta, od początku. Otóż pewnego pięknego dnia zgodziłem się potowarzyszyć etiopskiej z pochodzenia koleżance (codename Yordi) w skromnej wyciecze w Pekinie. Jak mi powiedziała nikt jej, tak jak mnie, nie kocha, koledzy wolą chodzić do restauracji niż zwiedzać, więc ona chce gdzieś pojechać, żeby zrobić zdjęcia, by pokazać siostrze. No dobra, brzmi nienajgorzej, zwłaszcza, że celem wyprawy był Beihai (park w pobliżu Zakazanego Miasta), więc w zasadzie chleb z masła. Ale jak się okazało wcale nie.
Jako, że w Beihai byłem już z moją drogą Elizą, która porzuciła mnie i Chińczyków dla imperialistycznych japońskich kapitalistów, to chciałem po drodze wpaść jeszcze do Gulou i Zhonglou (odpowiednio Wieża Bębnów i Wieża Dzwonu, tak pi razy drzwi). Sugerowałem, że jeszcze, jeśli starczy czasu, możemy zajść do Jingshang i obejrzeć malowniczy pejzaż na Gugong (Zakazane Miasto). Yordi, która po chińsku wydaje się rozumieć nieco więcej niż po angielsku, ze mną preferuje komunikacje po angielsku, co i tak sprawia niesłychane problemy, by ustalić zgodność podmiotu z orzeczeniem, czy w ogóle dostrzec podmiot i zrozumieć sens. No ale pomyślałem sobie, że jakoś dam radę ten jeden raz.
Dzień wyjścia, poniedziałek, 31 maja 2010, godzina 13. Pukam do pokoju Yordi. Jak na kobietę nie przystało jest już prawie gotowa. Ubiera właśnie buty. Buty na 2-centymetrowym obcasie. Zdegustowany zbieram się w sobie i pytam ją, czy jest pewna swojego wyboru, gdyż przypominam jej, że idziemy na wycieczkę krajoznawczą, a nie na zakupy, że będą 2 wieże i Beihai to jezioro, i że trzeba będzie chodzić w koło i jest White Dagoba, do której trzeb się wspinać i Jingshan, jak nazwa wskazuje to wzgórze... No dobra "is not good?" - odparła. Symulując brytyjskość najlepiej jak umiem mówię, że buty ładne, i że mogą być, ale że jest naprawdę dużo "walking" i że może weźmie inne. Ale nie, Etiopka stwierdza, że "maybe is good". A jak Wam tam Pani raźniej.
Po drodze 3-krotnie powtarzam, że idziemy do Beihai i spędzimy tam najwięcej czasu, ale że po drodze chcę zobaczyć Bell i Drum Tower, bo jeszcze nigdy tam nie byłem (no byłem w odpowiednikach w Xi'anie, ale chciałem zobaczyć te za Qingów, a nie te od Mingów, czy których tam wcześniejszych). Już sama przesiadka w Xizhimen (pół kilometra schodami w dół, w dół, w górę, w dół, w górę, w dół, bo ktoś był na szczycie listy popieprzonych architektów ds. rozwiązań komunikacyjnych) napawa mnie niepewnością, gdyż moja towarzyszka tak jakoś dziwnie stąpa. Ale nic, przesiadamy się na linię nr 2 i w między czasie usiłuję wydobyć coś o Etiopii, niestety gdy mówię po angielsku ona nie rozumie, odpowiada coś zupełnie nie związanego z tematem w stylu "o to Ty wiesz, że jest miasto Addis-Abeba?" - dobra, próbuję po chińsku, w końcu ona tu jest na poziomie wyżej niż ja więc powinna comprendo. No i chyba comprendo, ale odpowiada po angielsku. Rozpaczliwie szukam resztek sensu ukrytych w syntaktycznym chaosie, ale nic z tego nie wynika. Poddaję się.
Wysiadamy na Guloudajie-zhan i zmierzamy na południe w kierunku wież. Po raz 4 (gubię się w rachunku) tłumaczę, że najpierw Gulou i Zhonglou, ale do drugiej strony nie dociera, że Beihai tak, będzie, ale jest do niego 20 minut spaceru, a po drodze zboczymy oglądać budynki.
No nic, stajemy obok Zhonglou, rozglądam się za kasą - znajduję jakieś okienko, w którym Pani nawet mówi parę słów po angielsku, ale mówi nam, że zniżki nie ma, a na oba budynki bilet osiąga zbójeckie 65 yuanów. No, ale dobra, ja jestem gotów się poświęcić, ja tam chcę wejść i już, a poza tym czytałem, że w 2008 roku bilet był za bodaj 40 albo 45 yuanów, więc myślę, że wyciągnę (teraz mam dziwne przeczucie, że coś za dużo zapłaciłem, ale nie będę rozwijał tematu, bo nie wiąże się on z główną historią zbyt znacząco), ale pytam Yordi, czy jej pasuje. Ona coś tam myśli, a później mówi, że ok. No to idziemy. Dostajemy Pana, który uwaga - naprawdę mówi po angielsku, i nawet rozumiem! Zabiera nas do Gulou i mówi, że o 14.30 (więc wówczas za niecałe 10 minut) będzie pokaz gry na bębnach. Gulou w przeciwieństwie do Zhonglou jest odrestaurowany i Pan informuje nas, że jest 69 ogromnych stopni na szczyt - ja spoglądam w górę i myślę sobie - i tak wygląda na mniej niż przy przesiadce w Xizhimen, ale mam wrażenie, że gdy ja żwawo (!) pnę się na górę za mną Pan przewodnik zachęca Yordi do wspinaczki. Po drodze próbuję zrobić zdjęcia w dół owego korytarza, ale z moim aparatem gówno wychodzi. Etiopka jak jakaś babcia powoli pnie się do góry, a ja sobie myślę, że miesiąc temu na Wielkim Murze wspiąłem się 20 razy tyle i żyłem i niespodzianka, myślę sobie - istnieje zdrowy człowiek w moim wieku, który ma gorszą sprawność fizyczną niż ja! A kysz wy wszyscy wuefiści, z którymi kończyłem z oceną dostateczną wybłaganą i wypoconą. Ja i moje 80 kilo zdobyliśmy Gulou i nie wypluwam jeszcze płuc! A wiem, że znajomi dobrze wiedzą, że to u mnie wielki wyczyn. Widok z Gulou jest całkiem ładny, acz można tylko patrzeć w kierunku południa, gdyż reszta jest zagrodzona. Czyżby trzymali tam snajperów na wypadek buntu studentów? No nic, zaczyna się pokaz - 5 chińskich młodzików gra na 5 bębnach, co kiedyś odbywało się ponoć 12 razy na dobę, a dziś tylko dla białych (którzy przeważają wśród zwiedzających w stopniu 3 do 1). Bez rewelacji, no ale coś jest. W Xi'anie było ładniejsze przedstawienie, ale też przeżyję. W między czasie robię zdjęcia zegara wodnego, jakichś dziwnych rzeczy, które pomagały odmierzać czas i starego zniszczonego bębna, który jako jedyny ostał się po powstaniu bokserów.
Yordi każe zrobić sobie parę zdjęć. Zasadniczo resztę przedmiotów i pokaz raczej ignoruje. Jak się później okaże firma Casio powinna pozostać przy robieniu zegarków, a nie uciekać się do produkcji aparatów fotograficznych.
No nic to, schodzimy, Etiopka wygląda na lekko zmordowaną - buty na 2 centymetrach nie wydają się pomagać. Zmierzamy do Zhonglou, które wygląda na nie odnawiane, ale gdzie ma być największy chiński dzwon. I naprawdę jest ogromny, ale oczywiście trzeba wspiąć się po ogromnych schodach. Ja znów myślę Xizhimen a moja towarzyszka zdycha pewnie gdzieś za mną. Ja wspiąwszy się jak pantera (czy Ty sobie Gosiu to wyobrażasz?) w porównaniu z Yordi po tym razem 76 stopniach, kontempluję ogrom dzwonu. Gdy przewodnik i czarna "pantera" docierają na górę tenże pierwszy mówi nam, że dzwon też brzmiał kilka razy dziennie, ale teraz używa się go tylko na Chunjie (co mnie dziwi, że nie na Shi-yi, ale nie inwigiluję dalej, bo nie mam tego w charakterze). Jest legenda, robię zdjęcia. Yordi ze zdziwieniem przyjmuje do wiadomości, że będąc metr od niej nie jestem w stanie objąć jej ruskim aparatem jej i 11-metrowego dzwonu - ciekawe czemu? Może trzeba mieć doktorat z fizyki, by rozumieć ten problem? No ale nic - staje na tym, że chrzanić dzwon, liczy się, by twarz Etiopki było ładnie widać. I wówczas sobie myślę, że na cholerę było jej płacić 65 kuai'ów - nie mogła stanąć przy naszym kiosku przed południową bramą? Efekt przecież byłby dla widzącego zdjęcie identyczny. Przewodnik demonstruje widok na północ Pekinu, że tam gdzieś jest Bird's Nest (narodowy stadion olimpijski) a tu blisko są hutongi - no co ja bym bez jego wiedzy zrobił.
Schodzimy - Yordi już nawet nie każe robić zdjęć na schodach - mówi, że "is tired", a ja jej na to, że od wyjścia z akademika minęły 2 godziny, i ledwie zaczęliśmy - w Beihai drugie, a w Jinshan trzecie tyle wspinania. Znów z ciekawością dziecka pyta gdzie ten Beihai, a ja znów szukam w sobie cierpliwości, by wytłumaczyć, że do Beihai jest jeszcze kilometr, zejdzie z 10 minut. Zbaczamy lekko w stronę Houhai, by usiąść przy jeziorku na trawce i znów zrobić parę zdjęć, ale nie takich byle było cokolwiek widać, takich by było widać Yordi, nawet kwiatuszków nie musi być widać. Staram się nie zgrzytać zębami myśląc sobie "a to kurde w ogrodzie przed akademikiem wynik byłby ten sam, a ile zaoszczędzonego czasu". Ale nic pstrykam 10, może 15 zdjęć w różnych pozach, wreszcie Etiopka zbiera się i kontynuujemy drogę o północnej bramy Beihai.
Dochodzimy do większej ulicy, wiem że brama jest tuż po drugiej stronie, ale jak to w Chinach bywa przejście dla pieszych jest 200 metrów w prawo albo w lewo. Yordi nieco zawiedziona idzie za mną, gdy zmierzam ku przejściu. Ponawia po raz n-ty pytanie gdzie jest Beihai. Liczę w myślach do dziesięciu i grzecznie wyjaśniam sytuację, chociaż nie wiem ile sensu do niej dociera. Kupujemy bilety, wchodzimy, tada! Czyż tu nie pięknie? "Is ok" - no tak, tryumf i apogeum mego entuzjazmu zostaje zdruzgotany bardziej nonszalancko niż Yuanmingyuan pod butami wojsk sprzymierzonych. Idziemy 300 metrów, Yordi mówi "is tired, we sit here one moment" - ja mogę na to tylko WTF, ale przystaję na propozycję. Wygląda na to, że zaspokojenie etiopskiej ciekawości na temat Beihai zostało wykonane w co najmniej 91.5% Jemy ciasteczka i wypijamy wodę - towarzyszka zostawia śmieci za sobą, ja pokornie tłumaczę, że tak nie można - kosz jest przecież 20 metrów dalej. No nic przypomina mi się "交通文明" (częst napis przy parkingach, oddaje kwintesencje chińskiego sposobu podejścia do głębokich problemów), tylko że nie wiem jaki jest odpowiednik dla ochrony środowiska ("保护环境"?). W międzyczasie wyjmuje ze swojej torby największy pojemnik z cieniami do powiek i szminką, jaki kiedykolwiek widziałem i poprawia co nie bądź w swej, jak na mój gust wciąż takiej samej aparycji. A myślałem, że półtora roku z przepiękną blondynką przygotowało mnie na takie scenariusze. Och, żywot ludzki pełen jest niespodzianek. Czy muszę wspominać, że jej ciastka, woda i bilety wylądowały w mojej torbie?
Zbieramy się, z mapy wyczytuję, że najbliżej nam do Ściany Dziewięciu Smoków, więc tam też staram się kierować. Po drodze trafiamy na piękny pawilon zbudowany nad stawem z rybkami, Yordi zachwyca się krajobrazem i rybkami i każe robić zdjęcia. Naturalnie sobie, nie pawilonowi, nie rybkom, nie niczemu. Po tym jak bardziej podobają się jej zdjęcia ze zbliżenia dociera do mnie jak mam robić zdjęcia. Niestety zaczyna kropić, a nasze dziecko Casio zaczyna płakać, że "low battery", więc baterię wymieniamy na nową, która przez następne 40 minut będzie robić to samo, co nie przeszkodzi jej wyłączać aparat co drugą próbę zrobienia zdjęcia, ale jednocześnie wykonać ze 20-30 ujęć, większość z lampą błyskową.
W międzyczasie znów muszę jakoś delikatnie i prosto wytłumaczyć Yordi, że jej dziecko to nawet nie moje Fuji, a co dopiero półautomatyczny aparat szerokokątny, i że w zastanych warunkach za cholerę z 1 metra nie obejmę jej i 3 metrowego pawilonu na 4-metrowej górce za nią, by zrobić rozsądne zdjęcie. I to mówi człowiek, który ma marne wyczucie estetyki i kiepskie pojęcie o fotografii.
W między czasie mijamy pawilon z panią, która odgradza wejście do środka siedząc przy stoliku, na którym leżą jakieś woreczki i stoi napis "鱼食3元" (nie trzeba być po sinologii, żeby widzieć ryba jedzenie 3 yuan?). Yordi pyta mnie czy wchodzimy - ja pytam się gdzie, a ona "there write tree kuai to enter". Ponownie rzucam okiem na napis i usiłuję zrozumieć, czy Budda demonstruje w jej rzeczywistości inny napis, czy też kobieta na poziomie wyżej niż ja nie potrafi przeczytać napisu, który powinna umieć już na poziomie 2 razy niższym niż ja. Naturalnie cierpliwie wyjaśniam, że to dla rybek, a do środka i tak nas nie wpuści. Gdyby chociaż zasugerowała, że można tam kupić suszoną rybę, to jeszcze bym takie nieporozumienie puścił w odmęty pamięci.
Po drodze Yordi zgarniają Panie, które chcą jej zrobić zdjęcie w kostiumie cesarzowej. Więc spędzamy z Paniami 5 minut, po czym ja też daję się namówić, bo myślę sobie, że prawie jestem obrzydliwie bogaty, jak na swoją klasę bogactwa, a poza tym niewiadomo ile jeszcze w Chinach zabawię, a tam zrobię zdjęcie dla babci i mamusi - w końcu 10 yuanów to teraz dla mnie nieznaczny wydatek. Dobra, docieramy do ściany ze smokami. Nauczony poprzednim pobytem tutaj mówię, że to stare i ważne, i minshengguji, i że cesarz, i legenda. Ale Yordi przejawia znikome zainteresowanie. Casio umiera wreszcie i mogę zrobić jej zdjęcie aparatem, który nie robi dziwnych smug na zdjęciu gdy tylko światło wokół jest odrobinę za mocne i na którego ekranie widać coś więcej niż piksele, o ostrości nie wspomnę. Ale nic to, Yordi mówi, "make photo here" i wskazuję na trawkę. Osłupiony spoglądam w lewo na liczący sobie 300 lat zabytek i czekam aż się rozsypie. Mija 5 sekund, nic. Dobra, robimy zdjęcie na trawce. Och "very good" - zachwyca się moja niedola. "Now we go home?" Znów spoglądam z niedowierzaniem - przecież jest raptem 16.30, a my widzieliśmy 3 z 20 miejsc do zobaczenia w Beihai, nie mówiąc o White Dagoba i jeszcze czymś na co mamy zapłacony bilet! Delikatnie wyjaśniam, że dopiero co weszliśmy, i że chodź przejdźmy się na to białe wielkie sterczące coś na środku wyspy w środku parku. "OK"
Maszerujemy, przepraszam, wleczemy się, kolejny postój demonstruje, że buty na obcasie są do dupy, zwłaszcza, gdy chce się COKOLWIEK zwiedzić. Na ławeczce dowiaduję się ciekawej rzeczy. Yordi jest tutaj drugi rok! I szlag mnie trafia, Gosiu - no bo przecież ona jest na "zhongji shang" tak jak Ty, a jej błędy językowe są śmieszniejsze niż moje. Ona tu jest drugi rok, a jej brak zrozumienia dla prostych pytań zadawanych przez Chińczyków wręcz mnie powala. Nawet moi najgłupsi koledzy z grupy lepiej zrozumieli by takie pytania korzystając z samej tylko własnej intuicji. A tu ta kobieta marnuje pieniądze rządu Chińskiej Republiki Ludowej (w wiki wyczytałem niedawno, że wg tego rządu rząd=naród=państwo etc.), pieniądze, które ja czy Gosia moglibyśmy wykorzystać by się czegoś nauczyć. Ja się pytam - jak można być w Pekinie o 20 miesięcy, nie być nigdy na Wielkim Murze, nie widzieć nigdy Gugongu i tak olewać głupią wizytę w durnym małym i średnio ważnym parku?! Gdzie jest Budda? Gdzie sprawiedliwość? Jak komuś nie wstyd przed samym sobą? Jaki cel w życiu ma taki ktoś?
Ja wiem, że 2 lata temu zdobyłem 99/100 punktów w teście na introwertyzm, i że teraz jestem dużo bardziej otwarty, ale i tak mam raptem aż jedną Polkę, z którą poruszam głębsze tematy, ze 2 osoby, z którymi widuję się raz na miesiąc i 3 kolegów w grupie, z którymi rozmawiam o jakichś trywialnościach. Jak można mieć gorsze osiągi? Pytam się ja, jak można? Ja spędzam swoje życie oglądają Star Treka, ale widziałem w tym mieście prawie wszystko co się da. Miałem ludzi, z którymi mogłem pogadać i wybrać się na wycieczkę (abstrahuję od faktu, że jedna z tych osób wyjechała, a druga nagle przestała się do mnie odzywać z przyczyn, których do dziś nie rozumiem - trzecia zaś to Ty), a tu oto siedzi ze mną ofiara, pomazaniec narodów, mesjasz bez przesłania, która wygląda jakoby świat był strasznym miejscem, a jednocześnie wydaje się osobą normalną i nie ma najmniejszych oznak schizofrenii paranoidalnej. Ot co najwyżej oznaki lenistwa.
Boshe, bo jeszcze w ciebie uwierzę! No nic, po pogawędce na ławce okazuje się, że Chińczyki swoim zwyczajem zamknęły 10 minut przed naszym przybyciem wejście na Dagobę, ale da się dotrzeć dość blisko, by zrobić znośne zdjęcia (wspinaczka na górę odbywa się standardowo). Z zasmuceniem przyjmuje Yordi fakt, że mój aparat w warunkach pochmurnego i zbierającego się na burzę nieboskłonu, też nie robi super zdjęć, ale są wyraźne "why so dark" - no bo kurwa skąd ma padać światło myślę sobie tłumiąc drżenie rąk. Ok "let's go home". Let's go - mówię zrezygnowany. W drodze na dół napada na nas grupa Xi'ańczyków i robimy tuzin zdjęć 5 aparatami. Standardowe komplementy, że super mamy chiński i że cudni jesteśmy. Ja muszę pomóc koleżance stopień wyżej, bo słowo na "summer" gdzieś jej umknęło. Gdy mogę się pochwalić, że byłem w Xi'anie i widziałem Bingmayong i w ogóle, to poczułem się jak najbardziej światowy człowiek w promieniu kilometra. Moja towarzyszka, która odbywała swoją pierwszą od 20 miesięcy pobytu w Chinach wycieczkę do mingshengguji wyglądała jak gdyby czym prędzej chciała uciec od native'ów.
Powrót do domu odbył się autobusem. Gdybym zostawił Yordi na przystanku, albo chociaż nie powiedział w autobusie kiedy wysiąść, to pewnie zginęłaby z głodu na zajezdni autobusowej. Po wyjściu z autobusu na Chengfu-lu (ulica, przy której jest mój uniwerek, 100 metrów od bramy, którą najczęściej się używa) zadała mi pytanie - "where is beiyu?" - a ja bym się posikał z radości, gdybym tylko nie był lekko odwodniony.

czwartek, 11 lutego 2010

Chengdu II - 毛泽东主席万岁!

Chińskim zwyczajem zamiast 10-osobowej grupy intermedia te dostała mi się 6-osobowa dziewczęca grupka na poziomie „Do you like pandas?” – ale, co by mojej rozpaczy końca nie było, jedno z pierwszych (poprawnych) zdań, jakie usłyszałem na lekcji było: „I think you’re very handsome” – ach, bose, jak ja uwielbiam jak oni dobrze kłamią. No w każdym razie można powiedzieć, że w miarę przypadliśmy sobie do gustu. Niemniej, gdyby nie osoba mojej pekińskiej asystentki zwanej Emma, kontakt z syczuańczykami byłby mordęgą wypełnioną milczeniem.
Na uwagę zasługują również popołudniowe „activities”, z których pierwszym był tzw. „fashion show”, na który dzieci w każdej z grup musiały wystroić dwoje wybrańców przy pomocy kolorowych wstążek, kleju, mazaków, gazet, kolorowego brystolu itp. Moją jaźń jednak wciąż zajmował następujący problem – zgodnie z rozkładem dzieci powinny mieć (i twierdzą, że mają) po 16 lat. Jednakże prosta obserwacja anatomii przeczy temu faktowi. Moje dzieci w Pekinie (te, które co niedzielę uczę inglisza) mają po 12 lat i zdecydowanie biologicznie odpowiadają owej młodzieży z Syczuanu. Co więcej – od kiedy normalne 16-latki bawią się taśmą klejącą i kolorowymi mazakami? Jednakże moje podwójne Aniołki Charliego przystąpiły do zabawy z niesłychanym zapałem. Jako całkowite beztalencie artystyczne postanowiłem im jedynie przygotować element lingwistyczny – wynabzdurzony opis przygotowanych kiecek, za który też w konkursie dostawało się punkty. Naturalnie najprostsze, co przyszło mi na myśl było oczywiście „beyond comprehension” dla moich złotek. Cytowanie Shakespeare’a sobie daruję.
Drugiego dnia odbyła się „Aukcja”. Plan był prosty – każda z 10 grup otrzymuje 1000 dolców i próbuje kupić jak najwięcej. Co by gra nie była zbyt wynaturzona wprowadzono jednak pewne ciekawostki – co kilka sprzedanych przedmiotów miał pojawiać się reporter zwiastujący różne katastrofy w wyniku, których niektóre przedmioty ulegały zniszczeniu. W zgodzie ze swoim sumieniem przyjąłem oczywiście z radością pozycję jednego z owych niszczycieli – ach ileż popularności mi to przysporzyło. Do kupienia było też kilka innej klasy „przedmiotów” – kolejno: LOVE, FAITH, FORGIVENESS i - O Matko Buddyjska! Zapomniałem czwartego! - Chyba indoktrynacja w moim przypadku okazała się lekko nieskuteczna.
No w każdym razie idea polegała na tym, żeby nasze pluszaczki zrozumiały, co jest najważniejsze w życiu. Fakt, że z europejskiego punktu widzenia powinny raczej uprawiać seks, a przynajmniej oglądać porno, malować się, albo popijać piwo jest w Chengdu absolutnie irrelewantny. Tu umysłami włada siła dużo potężniejsza niż The Great Chinese Firewall. Dla przykładu następująca historia. Najważniejszy jest fakt, że główne zdarzenie trwa mniej więcej 5 sekund. Słownie PIĘĆ – niemniej jest kwintesencją mojej podróży i miodem na strapione serca ludzi uciskanych przez kapitalizm. Otóż jedną z grup na zajęciach trzeciego dnia postanowiłem zabawić grą w „20 questions”. Idea prosta – jedna z osób wymyśla znaną wszystkim postać, a pozostałe próbują zgadnąć stawiając pytania zamknięte. Wymyślający odpowiada tylko „Yes/No/Don’t know”. Pytający stawiają pytania w stylu: „Is it a man? Is he Chinese? Is he an artist?” itd.
Jako, że w poprzednich grupach szło im zbyt dobrze z Konfucjuszem, a Krzysztofa Kolumba trzeba było najpierw przetłumaczyć na ichniejszy to sięgnąłem po coś mniej oczywistego – sławnego Du Fu, który w Chengdu spędził 4 lata swego wygnania i napisał kilka sławetnych wierszy, z których naturalnie nie znam ani jednego. Zastanawiałem się jak szybko na to wpadno. Okazało się jednak, że zbiło ich to trochę z tropu. Zapytali więc, czy żyje, a ja im na to, że nie. Zapytali więc, czy jest politykiem. Ja na to, że „oh, well, not really” – w końcu Wiki twierdzi, że poeta, a że wygnany z powodów politycznych to średnio relewantne.
I w tym momencie następuje owe 5 sekund. Następuje zbiorowe nieporozumienie w grupie – moje „not really” do nich nie dociera – za to łączy ich coś innego. Przez 1 sekundę mogę obserwować jak ich spojrzenia zbiegają się w jednym punkcie, następnie do moich uszu dobiega głośne szuranie – w ciągu 0,5 sekundy cała 7-osobowa grupa nr 5 wstaje ze swoich krzeseł. Moje źrenice lekko poszerzają się zaskoczone nagłym zwrotem wydarzeń – i wówczas – w nagle nastałej po szurnięciach krzeseł głuszy rozlega się gromkie „毛泽东主席!!!” (Przewodniczący Mao Zedong!!!) Ów krzyk przebrzmiewa w moich uszach około 1 sekundy, gdy nagle zauważam, że studenci grupy 5 – dwóch „Bad boys” i 5 dziewczynek zajęli swoje miejsca. Teraz następuje moje 1,5 sekundy, w których pierwsze 0,5 sekudny zajmuje niedowierzanie, kolejne 0,5 sekundy ślinienie się z szeroko rozdziawionej paszczy, a ostatnie ułamek poświęcam na dojściu do zmysłów i gorączkowemu rozmyślaniu – czy uznać tą odpowiedź? Czy można nie uznać TAKIEJ odpowiedzi? Jednakże z całą siłą i wdziękiem laowaia odpowiadam, że nie. Dalsza zabawa jednak już straciła coś na wartości. Musiałem im pomóc dojść do rozwiązania, gdyż ich entuzjazm wypalił się w chwili, gdy zaprzeczyłem temu nieodgadnionemu aktowi zbiorowej świadomości. Wówczas na zegarku było już trzy po dwunastej. Pora podziękować i zakończyć; w końcu czeka obiad. Ja zaś obiecuje sobie, że jutro spróbuję tego samego w innych grupach. Ja to chcę przeżyć jeszcze raz – to jest jak narkotyk – te 5 sekund moje życia było lepsze niż jakikolwiek orgazm. To było jak zbliżenie się do majestatu ponadczasowej chwały…
Kurtyna!
Koniec aktu drugiego.
W następnym odcinku – Bierzemy misia w teczkę! – czyli 3 dni rozrywki po 4 dniach pracy – czyli krótkie rozmyślanie jak Bóg powinien był stworzyć świat.
Kącik japonisty – ostatnie 2 znaki w tytule posta są tożsame z naszym 万歳.

czwartek, 4 lutego 2010

Chengdu I - Rekrutacja pand zakończona

Wprawdzie mam do napisania pół tuzina innych rzeczy, ale post ten będzie o mojej niedawnej wyprawie do Chengdu na całych 7 dni, w ramach angielskiego obozu językowego i pomagania dzieciom z chińskich wioch. Będzie w miarę chronologicznie. Pekin opuściliśmy 27 stycznia na pokładzie cudownych Hainan Airlines z jeszcze bardziej cudownym opóźnieniem. Świetlówki w kabinie migotały od czasu do czasu na nowo przywodząc na myśl pytanie: „Czy elektryka tego samolotu aby naprawdę działa?” Każdemu z 17 cudzoziemców przyporządkowano jedno chińskie dziecię lat 16 z pekińskiej szkoły w Xidan, gdzie pracuję (jeśli 90 minut tygodniowo to praca), w moim przypadku Meng Shenyang, zwaną Emmą, przypominającą melancholijnym charakterem moją towarzyszkę z pierwszych miesięcy w Pekinie, o której też będę musiał kiedyś wspomnieć.
Warto wspomnieć o najważniejszych bohaterach – Gosi, pracującej tam gdzie ja, też Polce, z nieco wnerwiającym wypaczonym po brytyjsku (kilka lat na studiach w Manchesterze) charakterem; Shakhnozie – 17-letniej geniusz z Tadżykistanu, która jako mistrzyni swego kraju w szachach rozniosła mnie kilka razy dla dobrej, obopólnej rozrywki. Dalej mamy Stacey, dziewczynkę z Wietnamu, roommate’kę Gosi, której angielski nieszczególnej zatrważa, acz jest malutka, słodziutka i w ogóle. Do tego dołóżmy Daniela, Rumuna z grubiańskim poczuciem humoru i odpowiednim do tego rozmiarem brzucha. Na koniec idzie nieco antypatyczny Mark, australijski native (a kysz!) z Melbourne. W rolach drugoplanowych wystąpią Koreanka Yera, Australijka z Sydney – Sue, i dwóch Nepalczyków, Laxman i Sanjay, którzy dołączyli do nas na miejscu w Chengdu. Ponadto jest w sumie liczba ochotników zwiększa się do magicznego 21, z czego do jednej szkoły trafiło 11 osób, a ze mną w drugiej szkole było wymienionych 9.
38. Szkoła Średnia w Chengdu znajduje się poza którąś tam obwodnicą i w Okół nie ma praktycznie nic. Ot niedaleko ktoś stawia jakieś 40-piętrowe mrówkowce, a okolica generalnie śmierdzi. Nasze lokum stanowił pokój rozsądnej wielkości, w którym były aż 2 gniazdka, co zdecydowanie ułatwiało ładowanie 5 komórek i baterii do 4 aparatów fotograficznych. Temperatura wewnątrz utrzymywała się na rozsądnym 8-12 stopni Celsjusza, czyli mniej więcej tyle, co na zewnątrz. Z tym, że w dzień zdecydowanie lepiej było siedzieć na słońcu. Dopiero po mniej więcej 22 i tu i tam było jednakowo zimno. Do towarzystwa dostaliśmy termos z wrzątkiem, a jako głupi gaijini nie musieliśmy nawet po ów wrzątek chodzić, bo tamtejsi niewolnicy dostarczali go w porach naszej pracy. Żywność, o zgrozo, tylko lekko ostrą, zapewniała tamtejsza stołówka. Śniadanie każdego dnia pobytu w Chengdu stanowiły – jakieś marynowane z papryczkami warzywo, woreczek mleka, 2 baozi i jedno jajko oraz talerz kleiku ryżowo-kukurydzianego. Naprawdę tęsknię za tymi baozi, bo w przeciwieństwie do pekińskich miały one mięsne nadzienie, co czyniło je naprawdę dobrymi (poważnie). Obiad i kolacja stanowiły lekką niespodziankę, i mimo iż generalnie przypominały różnokolorowe gluty, to niektóre z nich były naprawdę dobre.
Najcudowniejszym miejscem jest oczywiście toaleta, która ma formę koryta z płytek, nad którym to człowiek się rozkracza, jeśli ma potrzebę – poszczególne „kabiny” oddzielone są wysokim na metr murkiem i oczywiście nie zawierają drzwi – no bo po co – wystarczy przecież wstać i tak widać gościa obok. Na pierwszym piętrze, gdzie nas ulokowano, obok kibelków wisiała karteczka “小解在址,大解请在下一楼”, co w swobodnym tłumaczeniu znaczy „małe rozwiązanie w tym miejscu, duże proszę piętro niżej”, co jak się można domyślić stało się źródłem przedniej zabawy. O godzinie 21, albo około kończono ogrzewanie ciepłej wody łaźni, która w przeciwieństwie do toalet naturalnie była na zewnątrz, i do których to czasem ustawiała się kilkuosobowa kolejka. Ja nie wiem, bo co cudzoziemcy i pekińskie dzieci muszą codziennie brać prysznic. Naturalnie przechowywano nas pod kluczem – ciężko powiedzieć, czy żeby tubylcy nas nie zjedli, czy my tubylców. Akademiki (męski i żeński) zamykał dyżurny woźny (tudzież woźna) o godzinie góra 22, a gdy raz chcieliśmy wypić piwo i pogadać w żeńskim akademiku, nasza opiekunka poprosiła nas o wyjście, no bo przecież już późno. My na to, że posiedzimy do 23 i sami zamkniemy bramy, ale wtedy padło zdanie, że to „responsibility” woźnych i tak dyskusja i rozmowa się skończyły.
W następnym odcinku – syczuańscy studenci, moje lekcje i rozdane autografy.

piątek, 1 stycznia 2010

Jak się mówi "a co Was to k obchodzi?"

W sprawach organizacyjnych generalnie zapraszam do Chin, ale najlepiej do Xi'anu, bo okazuje się, że Pekin, jak przystało na stolicę pełen jest tutejszego porządku. Przykładem niech będzie następująca historia.
Jest czwartek, pewnego pięknego grudniowego przedpołudnia siedzę sobie w pokoju i kolejny raz zdycham na jakąś chorobę górnych dróg oddechowych, bo mój szwankujący nochal zdecydowanie nie ma się najlepiej przy pekińskim powietrzu. Pukanie do drzwi - myślę - "Któż o tej porze?" - Otwieram drzwi i mym oczom ukazuję się znajoma mała skośna twarzy, swoją drogą jedna z najskośniejszych jakie widziałem.
Fuwuyuan rezydentna dla tego piętra (za zbójnicze pieniądze, które dopłacam, by mieć zachodni sedes, w cenie jest również codzienne wyrzucanie śmieci i cotygodniowa zmiana ręcznika i pościeli) zadaje standardowe wyjściowe pytanie, które nakazuje każdemu fuwuyuanowi zadać niezidentyfikowana siła wyższa, którą nie bardzo mogę rozpracować - "Keshituofu, Bolanren? (*upraszczam, podając tylko to co relewantne, i co rozumiem)" - No, zaintrygowany czegóż to znów mogą ode mnie chcieć, mówię spokojnie: "Shi wo (najdłuższe zdanie, w którym umiem w miarę poprawnie wykonać wszystkie tony nie zastanawiając sie zbyt długo)". "Nie chodzisz ostatnio do szkoły, prawda?" - zaczyna delikatną inwigilacją. Pomrukuję, potakując głową. "Jesteś chory?" - Zbity z tropu znowu coś mruczę. Fuwuyuanka kontynuuje - "Byłeś u lekarza? Powinieneś pójść." - Trochę niezadowolony z pytania, bo u lekarza nie byłem, bo mam dość biegania i wysłuchiwania krzyków, bo nie ten pokój, bo znów mnie durne pielęgniarki wskazały do nie tego co trzeba, odpowiadam: "Tak, byłem, mam dużo lekarstw." - a myślę sobie jedynie z coraz bardziej wrogim wyrazem twarzy: I tak ten Wasz kurwa pseudo-lekarz bez stetoskopu gówno mi pomoże. Mam leki od Elizy, będzie dobrze.
Ale Fuwuyuanka za sprawą swoją a może siły wyższej niestrapiona kontynuuje - "Nie chodzisz na zajęcia. Poinformowałeś nauczyciela?" - I w tym momencie z prawdopodobnie głupim wyrazem twarzy wyrażającym "A co kurwa obchodzi moją sprzątaczkę i ludzi od akademika jak załatwiłem sprawę z laoshymi??!!" (dzień wcześniej napisałem maila z pytaniem, czy mam jeszcze limit nieobecności, i że sądzę, że Pekin mi nie służy. Zhang-laoshi z Sugouwską delikatnością odparła po chińsku, że nie mam się czym martwić, i że życzy mi zdrowia etc.) Jak się można spodziewać zdegustowany odparłem: "Tak, powiedziałem swojemu laoshi." - "No to dobrze, to jedz lekarstwa i odpoczywaj." - bez najmniejszego zadowolenia ze wspaniale spełnionego wobec chińskiego wymiaru sprawiedliwości obowiązku fuwuyuanka żegna się zaijienem, zostawiając mnie ze sporym niesmakiem w ustach, który akurat wcale nie jest konsekwencją przyjętych kilkanaście minut wcześniej leków. Koniec końców mam nadzieję, że przysłał ją jakiś urząd bezpieczeństwa, bo jeśli to tylko inicjatywa kierownika akademika albo kogoś takiego to przecież ich zbombarduję jak tylko będę miał kiedyś okazję.
Co by wyjaśnić - mój jakże "luksusowy" akademik jest w zasadzie obozem koncentracyjnym. Odwiedziny od 16 do 22, w weekendy od 9. Trzeba zostawiać jakiś dowód tożsamości w recepcji. Kontroli czasem nie ma, a czasem wręcz posikać się można z restrykcji, jakie nakładają. Mój ulubiony przykład - ja i czworo Francuzów wchodzimy do akademika. Jest coś po 13, wracamy z obiadu po zajęciach. Jeden z Francuzów nie mieszka w akademiku. Jakby nigdy nic kierujemy się w stronę windy - a tu nagły krzyk halt! Recepcjonistka w grupie waiguorenów wykrywa obcego! I ja sobie myślę - Co?! No przecież nas szło pięcioro - jak ona śmiała w ogóle zwrócić uwagę, że jedno z nas nie jest lokatorem tego budynku na ponad 400 osób!? Naturalnie tego Pana zawrócono...
Ale co, by nie było, że Chiny to restrykcyjny kraj - porównajmy z Xi'anem. Dla ciekawostki za Mateuszem, hrabią Sosem Sasinowskim podaję, że tamtejsze akademiki dla tubylców mieszczą po 8-10 osób i zawierają jedynie łóżka i wielkie stoły z paroma krzesłami. Nie ma kontaktów ani włączników światła - w końcu nie wolno im mieć urządzeń elektrycznych, a światło samo gaśnie punkt 22.00, więc wszystko gra, prawda? Żyć nie umierać. Natomiast gaijini (tudzież waiguoreny jak kto woli) mają tam pełen luksus - w cenie apartamentu z oknami, które nawet przy temperaturze +5 C przewodzą chłód jest zachodni sedes, który jak przystało na chiński nie akceptuje dużej kupy (w tym momencie chciałbym rzec "Sorry, Gawron!"), więc trzeba robić mniejsze. Kwestia sztuki, by się nauczyć i nie zatykać go co parę dnia... W każdym razie o tyle dobrze, że podczas naszego pobytu z Elizą u Sosa tamtejsi fuwuyuani mieli absolutnie w dupie kto i kiedy i w jakiej liczbie wchodzi i wychodzi z akademika (zwanego dumnie "hotelem" - na wprost wejścia stoi inny budynek, na którym napis angielski - jest też chiński oczywiście - głosi "What a delight is to have friends from afar"). W końcu przespaliśmy tam 3 noce i nikt nawet pewnie nie wiedział, że byli nielegalni gaijini, którzy nawet nie pokusili się, by zarejestrować na policji, zgodnie z chińskim prawem, miejsca pobytu, jeśli zostaje się w nim dłużej niż 24 godziny. Jakby kto pytał - uczelnia Sosa to XISU, a moja BLCU. (to oni są odpowiedzialni za popsucie HSK - chińskiego JLPT - i dodanie doń sekcji "kouyu", czyli mówienia...) I rzeczywiście, inna prowincja, inne jedzenie, inne zwyczaje, inne fuwuyuany...
Wciąż czekają nas: Xi'an, Tianjin, Francuzi i depresje, autostrady i monumentalizm, i coś pewnie jeszcze...