Wprawdzie mam do napisania pół tuzina innych rzeczy, ale post ten będzie o mojej niedawnej wyprawie do Chengdu na całych 7 dni, w ramach angielskiego obozu językowego i pomagania dzieciom z chińskich wioch. Będzie w miarę chronologicznie. Pekin opuściliśmy 27 stycznia na pokładzie cudownych Hainan Airlines z jeszcze bardziej cudownym opóźnieniem. Świetlówki w kabinie migotały od czasu do czasu na nowo przywodząc na myśl pytanie: „Czy elektryka tego samolotu aby naprawdę działa?” Każdemu z 17 cudzoziemców przyporządkowano jedno chińskie dziecię lat 16 z pekińskiej szkoły w Xidan, gdzie pracuję (jeśli 90 minut tygodniowo to praca), w moim przypadku Meng Shenyang, zwaną Emmą, przypominającą melancholijnym charakterem moją towarzyszkę z pierwszych miesięcy w Pekinie, o której też będę musiał kiedyś wspomnieć.
Warto wspomnieć o najważniejszych bohaterach – Gosi, pracującej tam gdzie ja, też Polce, z nieco wnerwiającym wypaczonym po brytyjsku (kilka lat na studiach w Manchesterze) charakterem; Shakhnozie – 17-letniej geniusz z Tadżykistanu, która jako mistrzyni swego kraju w szachach rozniosła mnie kilka razy dla dobrej, obopólnej rozrywki. Dalej mamy Stacey, dziewczynkę z Wietnamu, roommate’kę Gosi, której angielski nieszczególnej zatrważa, acz jest malutka, słodziutka i w ogóle. Do tego dołóżmy Daniela, Rumuna z grubiańskim poczuciem humoru i odpowiednim do tego rozmiarem brzucha. Na koniec idzie nieco antypatyczny Mark, australijski native (a kysz!) z Melbourne. W rolach drugoplanowych wystąpią Koreanka Yera, Australijka z Sydney – Sue, i dwóch Nepalczyków, Laxman i Sanjay, którzy dołączyli do nas na miejscu w Chengdu. Ponadto jest w sumie liczba ochotników zwiększa się do magicznego 21, z czego do jednej szkoły trafiło 11 osób, a ze mną w drugiej szkole było wymienionych 9.
38. Szkoła Średnia w Chengdu znajduje się poza którąś tam obwodnicą i w Okół nie ma praktycznie nic. Ot niedaleko ktoś stawia jakieś 40-piętrowe mrówkowce, a okolica generalnie śmierdzi. Nasze lokum stanowił pokój rozsądnej wielkości, w którym były aż 2 gniazdka, co zdecydowanie ułatwiało ładowanie 5 komórek i baterii do 4 aparatów fotograficznych. Temperatura wewnątrz utrzymywała się na rozsądnym 8-12 stopni Celsjusza, czyli mniej więcej tyle, co na zewnątrz. Z tym, że w dzień zdecydowanie lepiej było siedzieć na słońcu. Dopiero po mniej więcej 22 i tu i tam było jednakowo zimno. Do towarzystwa dostaliśmy termos z wrzątkiem, a jako głupi gaijini nie musieliśmy nawet po ów wrzątek chodzić, bo tamtejsi niewolnicy dostarczali go w porach naszej pracy. Żywność, o zgrozo, tylko lekko ostrą, zapewniała tamtejsza stołówka. Śniadanie każdego dnia pobytu w Chengdu stanowiły – jakieś marynowane z papryczkami warzywo, woreczek mleka, 2 baozi i jedno jajko oraz talerz kleiku ryżowo-kukurydzianego. Naprawdę tęsknię za tymi baozi, bo w przeciwieństwie do pekińskich miały one mięsne nadzienie, co czyniło je naprawdę dobrymi (poważnie). Obiad i kolacja stanowiły lekką niespodziankę, i mimo iż generalnie przypominały różnokolorowe gluty, to niektóre z nich były naprawdę dobre.
Najcudowniejszym miejscem jest oczywiście toaleta, która ma formę koryta z płytek, nad którym to człowiek się rozkracza, jeśli ma potrzebę – poszczególne „kabiny” oddzielone są wysokim na metr murkiem i oczywiście nie zawierają drzwi – no bo po co – wystarczy przecież wstać i tak widać gościa obok. Na pierwszym piętrze, gdzie nas ulokowano, obok kibelków wisiała karteczka “小解在址,大解请在下一楼”, co w swobodnym tłumaczeniu znaczy „małe rozwiązanie w tym miejscu, duże proszę piętro niżej”, co jak się można domyślić stało się źródłem przedniej zabawy. O godzinie 21, albo około kończono ogrzewanie ciepłej wody łaźni, która w przeciwieństwie do toalet naturalnie była na zewnątrz, i do których to czasem ustawiała się kilkuosobowa kolejka. Ja nie wiem, bo co cudzoziemcy i pekińskie dzieci muszą codziennie brać prysznic. Naturalnie przechowywano nas pod kluczem – ciężko powiedzieć, czy żeby tubylcy nas nie zjedli, czy my tubylców. Akademiki (męski i żeński) zamykał dyżurny woźny (tudzież woźna) o godzinie góra 22, a gdy raz chcieliśmy wypić piwo i pogadać w żeńskim akademiku, nasza opiekunka poprosiła nas o wyjście, no bo przecież już późno. My na to, że posiedzimy do 23 i sami zamkniemy bramy, ale wtedy padło zdanie, że to „responsibility” woźnych i tak dyskusja i rozmowa się skończyły.
W następnym odcinku – syczuańscy studenci, moje lekcje i rozdane autografy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz