"Smutek był formą, a szczęście treścią. Szczęście wypełniało przestrzeń smutku." - Milan Kundera "Nieznośna lekkość bytu"
Nowy Świat
poniedziałek, 3 lutego 2014
Pamiętam, jak biegłem
Wejdź przez okno, nie dzwoń,
nie bądź wybredna, jeszcze raz zdecyduj,
że ja."
Marcin Świetlicki "Pomóż"
Seweryn Krajewski – “Uciekaj moje serce”
Pamiętam jak biegłem ulicą H. przechodzącą w R. i dalej w A. Wiał bardzo zimny, wschodni wiatr, a ja z pośpiechu zapomniałem szalika i rękawiczek; wziąłem z wieszaka tylko czapkę i wcisnąłem ją do kieszeni kurtki. Z pobliskiego klubu, który mijałem po drodze, wyszło kilka znacząco wstawionych i chichoczących osób. One ubrane skąpo, oni z oczami rozbieganymi, wzrokiem utkwionym w ich piersiach i z rękami obłapiającymi pośladki.
piątek, 19 października 2012
Praga P.
Mieszkałem po prawej (a może lewej? nigdy nie wiem, która strona jest która) stronie Wisły tylko miesiąc, ale pozostawiło mi to szereg różnych wspomnień. Dziś chciałbym podejść do nich z trochę większym dystansem w luźno skomponowanym wierszu.
Na Pradze nocą
Gdy skini się grzmocą
I żuchw łamanych rozchodzi się trzask
Chwiejnym krokiem
Idziemy pod obłokiem
Zewsząd oblewa nas neonów blask
wtorek, 31 lipca 2012
Noc w mieście P.
“Gdzie miałbym trzymać swoją przeszłość? Nie można jej włożyć do kieszeni; trzeba mieć dom, żeby ją tam ułożyć. Ja posiadam tylko ciało, samotny człowiek ze swoim samotnym ciałem nie może zatrzymać wspomnień, przepływają przez niego.”
Jean-Paul Sartre „Mdłości”
(Przy lekturze polecam „Sleep Alone” by Moby)
H. zdecydowanym krokiem przedzierał się chodnikiem przez zatęchły lipcowy wieczór jednego z najgorętszych dni w roku. Zaduch miejskiej ciszy przerywany był tylko dźwiękami napływającymi z przyległych do ulicy bloków: z jednego okna huczał telewizor podając podsumowanie wiadomości bieżącego dnia, kilkanaście metrów dalej zapity męski głos kurwował na swoją żonę, która odpowiadała mu w nie mniej wybredny sposób. Gdzieś z prostopadłej, niedoświetlonej ulicy nadciągało nierówne zawodzenie grupki młodych osób, sugerujące ich powrót z jakiegoś meczu, a gdy przeszedł przez ulicę i minął jeszcze jeden blok, natrafił na kolejną grupkę w podobnie bachicznym nastroju przeciągającą się między jedną a drugą imprezą. To, co krzyczeli czy też usiłowali odśpiewać tonęło w potoku przekleństw. Forma podekscytowanego wulgarnego uniesienia pochłaniała całą niewyraźną treść szczęścia, które prowadziło ich teraz ulicą.
„Jeszcze jedno skrzyżowanie i będę na miejscu.” – pomyślał jednocześnie zastanawiając się, czy byłoby mu raźniej, gdyby też wcześniej wprowadził się w dionizyjski nastrój otępiając nieco swoje zmysły.
Gdy tylko skręcił z ulicy E. w ulicę C. nad jego głową rozległo się głośne „O chyba idą te zajebane skurwysyny!” Momentalnie odwrócił głowę w stronę krzyczącego z balkonu mężczyzny. Może gdyby nie bełkoczący głos krzyczącego, H. pomyślałby, że patrzą w niego złowrogie oczy jednego z mieszkańców P. Był jednak pewien, że sposób, w jaki nieznajomy krzyknął gwarantował, że jego stan nie pozwoliłby mu skupić wzroku w jednym punkcie ani wyróżnić sylwetki H. wśród drzew przysłaniających światło lamp. Dla pewności przeszedł jednak ulicę trochę wcześniej niż było to konieczne i nie odwracając wzroku starał się zignorować ostatnie minuty – te wszystkie krzyki, te wszystkie dźwięki niepotrzebnie rozsadzające mrok zalegający między płytami chodnika.
piątek, 20 kwietnia 2012
W tył zwrot
「風鈴、闇を裂き
生暖かい風と息を殺し
朽ち果ての夢で廻る
ハルカカナタ
滲む空はただただ・・・」
DIR EN GREY - 「艶かしき安息、躊躇いに微笑み」
Było już tutaj wiele razy o ciemności i innych takich smętach, ale muszę przyznać, że noc, kiedy leży się samemu w łóżku i spogląda na bardzo słabo oświetlony stojącą za oknem lampą sufit, przynosi wiele różnych przemyśleń.
Wczoraj, dla przykładu, pomyślałem sobie, że jest tyle rzeczy, które chciałbym umieć usunąć ze swojej osoby. Przyszedł mi znów na myśl Sartre i to, że przez 26 lat życia zbierana esencja mojego życia jest w większości nie moja, ale stanowi kopię esencji innych ludzi, to jeszcze wiele z tego, co jest we mnie, chciałbym usunąć. Zwłaszcza chciałbym pozbyć się od zależności od innych ludzi, takie niepotrzebnej psychologicznej więzi, gdyż większość z nich okazuje się bardzo zbędna albo zawodzi, gdy człowiek takiej więzi chciałby się pochwycić.
26 lat, w tym ponad 7 świadomego poszukiwania esencji własnego bytu. Rzekłbym, że nawet połowę z tego pozyskałem byle jak, wypełniłem się byle czym. Jestem mniej pusty niż kilka lat temu, ale wypełniony bezwartościową treścią albo tym, co tylko przeszkadza stać się kimś, kto nie uzależnia się byle łatwo od byle kogo. Moja walka o niepodległość od reszty ludzkości została wczoraj zawrócona o pół drogi, którą przebywałem przez ostatnie lata…
czwartek, 1 grudnia 2011
国際交流基金関西国際センター
Z przykrością zamieszczam mój najgorszy post w historii – niestety nie stać mnie w chwili obecnej na nic więcej, a chcę zachować sobie, choć w tej formie, te kilka prostych rzeczy, które widziałem pewnego wieczoru w drodze do biblioteki.
Jest wieczór, ale bibliotekę zamykają dopiero o ósmej, więc jako średnio pilny uczeń biegnę do niej kwadrans przed zamknięciem z książką, której jeszcze nie przeczytałem, a którą dziś muszę dziś zwrócić. Zamykam pokój elektroniczną kartą i kieruję się w stronę windy. Nie mam innego wyboru – korzystanie ze schodów jest zabronione i ograniczone tylko do pracowników instytutu. Nam wolno korzystać z nich tylko w przypadku katastrof naturalnych. W przeciwnym razie wydobywa się z nich (przynajmniej czasami) sygnał alarmujący o naruszeniu bariery oddzielającej białych od żółtych.
środa, 5 października 2011
藤村修治さん (Fujimura Syuji-san)
Wchodzę do pokoju zmęczony i w nastroju dziwnego zmieszania. Jest ciemno i duszno. Włączam światło i rzucam swoją torbę na łóżko, a następnie wbijam się swoją ciężką dupą w krzesło. Jestem gdzieś pomiędzy wstydem a wkurwieniem. No i jestem osiem tysięcy jenów do tyłu.
piątek, 23 września 2011
Sewastopol i Nowosybirsk
Tekst powstały wieczorem 21 września przy odrobinie piwa Asahi (Boshe, takoyaki jest takie dobre XD). W telewizji leci coverage tajfunu, więc przełączyłem na program, w którym ludzie przebrani za żaby biją się po głowach…
***
Pogrążoną we śnie kabinę cały czas przenika mechaniczne mruczenie silnika. Trzysta sześćdziesiąt osób wsadzonych do metalowej rury z dopiętymi skrzydłami i doklejonymi czterema silnikami Rols-Royce’a albo Lockheeda spokojnie cierpi swoją ciągnącą się, ponad jedenastogodzinną, podróż, już od sześciu godzin starając zignorować odgłosy maszyny, która chwilowo podtrzymuje ich przy życiu mknąc z prędkością ponad dziewięciuset kilometrów w temperaturze, która nie sprzyja nawet jej niewzruszonej stalowej konstrukcji.
niedziela, 14 sierpnia 2011
Between the light and nowhere
Warsztat pseudofilozofa – Wstęp
"Ohne Musik wäre das Leben ein Irrtum." Friedrich Nietzsche
Dzwoni budzik. Sięgam ręką po komórkę i przełączam, by zadzwonił za 20 minut. Jest przecież dopiero 10.42, czyli jak na moje standardy - ranek. Półprzytomnym wzrokiem spoglądam w kierunku okna. Odchylam lekko zasłonę i zauważam siedzącego na parapecie kota. On też rzuca mi przelotne spojrzenie, ale zaraz odwraca głowę i wraca do swojego wcześniejszego zajęcia - wpatrywania się przez okno w siną dal. Gdy tak patrzy - jego źrenice zwężone i czujne, ale też jakieś nieobecne i rozmarzone - zastanawiam się przede wszystkim czego wygląda. Może to ptaki za oknem, na które chciałby zapolować, a może to łaknienie wolności - przecież wszak to kot domowy i nie wolno mu wychodzić. Nie wiem, ale jego spojrzenie wydaje się przejmująco smutne. Nie utkwił wzroku w żadnym oddalonym obiekcie, po prostu spogląda w dal i kontempluje świat, do którego nie może należeć. Tam, za szybą, tańczą stadka głupich gołębi czekających tylko, by je upolować, ale czyha też mnóstwo niebezpieczeństw: ludzie, psy, samochody. Kot zauważa chyba jakiś ruch, gdyż nagle jego spojrzenie zastyga w jednym punkcie, a ciało wydaje się lekko naprężyć. Może to jeden z gołębi przeleciał bliżej szyby?
piątek, 17 czerwca 2011
„Just like everybody else does(?)”
“There's a club, if you'd like to go
You could meet someone who really loves you
So you go, and you stand on your own
And you leave on your own
And you go home
And you cry
And you want to die”
Już jakiś czas temu poseł Węgrzyn uraczył świat słowami: „Z gejami to dajmy sobie spokój, ale z lesbijkami, to chętnie bym popatrzył”. Trudno odmówić mu pewnej racji – w panującym systemie estetycznym naszego społeczeństwa (a może żadnego systemu nie ma, a tylko go sobie ubzdurałem, ale wytrwajcie proszę ze mną kilka minut przy tym założeniu) oczywistym jest, że najsłuszniejsza rodzina składa się z kobiety i mężczyzny, którą łączą się ze sobą na kilka lub więcej lat i płodzą śliczne dzieci równo dziedziczące z ich genotypu. Przy tym, jeśli zamiast mężczyzny wstawimy drugą kobietę i otrzymamy parę homogeniczną dwóch niewiast, to możemy ją rozważyć w dwóch kategoriach.
czwartek, 19 maja 2011
“God moving over the face of the waters”
Poniżej fragment prozy, który wyszedł spod moich palców trafiając na dysk komputera w kwietniu 2007 roku. Planowałem opublikować go już jakiś czas temu, ale nigdy nie było ku temu odpowiedniej okazji. Dziś nie ma żadnej okazji, więc dzień jest więc idealny! Trafia tu z drobnymi poprawkami. W oryginale miał być częścią powieści epistolarnej a la “Cierpienia młodego Wertera”, ale napisałem jedynie kilka tekstów podobnych do tego, które leżą gdzieś i uparcie próbują się zdegradować. Może najlepszą okazją jest ostatnio ograniające mnie uczucie ubywania prawdy i stałe pogrążanie się w trudnym do opisania marazmie. I choć sam tekst zawodzi już nawet mnie, to i tak go sobie opublikuję. A nuż zmarnuje pięć minut swojego życia na przeczytanie go, dając tym samym pole na kolejny tryumf absurdu, a więc rozkoszny tryumf rechoczącego Sartre’a.
---
Kościół był, jak zwykle przed rozpoczęciem się mszy, pogrążony w delikatnym mroku. Przez okna dostawały się jedynie strzępki światła, co sprawiało, że atmosfera wewnątrz budynku byłaby niemal przyjemna, gdyby nie przenikliwy chłód, który odbierał chęć do snu w tak, wydawałoby się, optycznie przytulnym miejscu. Usiadłem powoli w sosnowej (ale czy aby na pewno?) pięknie lakierowanej ławce, która nie została ozdobiona żadnymi zbędnymi ornamentami, lecz przerażała nawet nieco swoją prostotą. Zdawszy sobie sprawę ze zwyczajów, o których zacząłem już powoli zapominać, przyklęknąłem wspierając swoje kolana na zimnym klęczniku i uczyniłem niedbale owe machnięcia, które jeszcze niegdyś uznawałem za święty symbol. Mimo iż przez lata owe schematy wbijane były mi do głowy przez moich rodziców, dość szybko udało mi się wyzbyć niegdyś żywcem wpojonych zachowań, i bez jakiegokolwiek zaangażowania czy wiarygodności, a nawet nieco sztucznie odprawiałem znany mi rytuał, który prawdopodobnie większość otaczających mnie ludzi uznawała za drogę ku jedynej wspaniałej przyszłości, którą mogą mieć po śmierci.
Machając rękoma, jak gdyby chcąc odgonić jakiegoś wściekłego szerszenia, z pewnym wyrzutem uczyniłem dawniej nabożnie czczony znak i układając swoje ręce na ławce, splótłszy palce położyłem na dłoniach nieco zmęczoną twarz, tak że podbródek opierał się na kciukach, a pozostałe palce zasłaniały moje usta. Udawałem, że się modlę.
Panujący półmrok, głucha cisza przerywana co kilka chwil szuraniem butów, bądź stukotem pantofli na obcasach i leniwie wlewające się przez nieduże ciemne okna ostatnie promienie kwietniowego słońca wprawiły mnie w dziwny nastrój. Zresztą cały mój dzień był stosunkowo chaotyczny i rozmemłany, jak niektóre prace Pollocka. Te bardziej abstrakcyjne.
Przez chwilę ogarnęła mnie nieodparta chęć pogrążenia się swoją twarzą w splecionych rękach, tak by wstrzymały one dopływ powietrza przez nozdrza. Gdyby to było możliwe, to chciałbym tutaj i teraz, zakończyć swój niezbyt szczęśliwy żywot, zdusić resztkę swojej nadziei własnymi rękami i nimi też powstrzymać swój chory organizm przed ciągłym i niepotrzebnym marnowaniem powietrza. Niestety nie jest tak łatwo przemóc dziwne immanentne ludzkie pożądanie podtrzymywania swojej egzystencji i dokonać samobójstwa. Już, jak pamiętasz, raz próbowałem, ale klęska była sromotna. Nie, nie, wszystko ze mną w porządku, póki co nie wybieram się w stronę nieubłaganej nicości. Postanowiłem Ci uwierzyć i trwam w swoim postanowieniu, ale nie mogę zaprzeczyć uczuciom jakie mnie nachodziły.
Mój wzrok nie wiedzieć kiedy spoczął na kancie uwypuklonej i sterczącej części oparcia poprzedzającej ławki, która w jednej części była zaokrąglonym półkolem, ale w drugiej strzeliście kończyła się szpicem. Nagle moje myśli skupiły się w całości na owym drewnianym elemencie wyposażenia kościoła. Oczyma wyobraźni widziałem jak uderzam swoją czaszką o ten róg, jak gładko, choć nie bez przeszkód w postaci kości, drewno wchodzi w delikatną strukturę mózgu, a z zewnątrz czaszki dobywają się gwałtownie szerokie strużki ciepłej krwi. Dodawało to znacząco kolorytu szarościom, w których powoli zaczynali tonąć ludzie i ławki, które zajmowali. Tętniąca krew rozbryzgiwała się namiętnie po sąsiadujących mi ludziach, a ja utraciwszy fragment swojej głowy, odłupany skrawek, o nieregularnym kształcie, jak gdyby uspokojony ulatywaniem swojej dogorywającej świadomości, powoli osuwałem się na skraj ławki, a wreszcie bezwładny pod własnym ciężarem głucho uderzyłem w ziemię.
Fantastyczne było doświadczyć nagle twardości podłoża, które nagle objęło mnie swoim chłodem, ale jednocześnie, pomiędzy mnie a gładkie martwe płytki, prawie tak martwe jak ja, wtłaczała się delikatnie ciepła krew. Przypominało to wejście do zimnej pustej wanny i nagłe wpuszczenie do niej przyjemnej, odpowiednio ciepłej wody. Twarda lodowatość zaczęła nagle być pochłaniana przez rozkoszne ciepło i miękkość. Rzekłbym, że tonąłem w czerwonym aksamicie. Resztka mojej świadomości żegnała przymykającymi się powiekami niewyraźną szarość, w której do tej pory byłem pogrążony, a wyciekająca ze mnie krew czerniała w moich sztywniejących oczach i mieszała się z czernią rozszerzających się źrenic. Świat mój zaczynał wirować i rozmazywać się, a ja tonąłem w cieniu czyichś twarzy i w gęstniejących i niewyraźnych pomrukach dobiegających mnie zewsząd głosów. Wokół mnie było tylko ciepło i narastająca ciemność, która po chwili okazała się jedynym co było. Nie było nagle ciepła, nie było ciemności, tylko nieokreślone nic.
Niestety takie rozkoszne marzenia z przyczyn chociażby fizycznych i biologicznych trudne są do wykonania. Tkwiłem więc dalej w tym lodowatym kościele i opamiętując się z tego często powracającego do mnie marzenia, podniosłem się bezszelestnie z klęczek i usiadłem w ławce, opierając się w możliwie wygodnej pozycji, położyłem stopy na klęczniku, a tułowiem opuściłem się lekko, jak gdyby chcąc przylgnąć do drewna, albo też wydać się współwyznawcom niższym. A może po prostu udawać przed nimi, że mnie tam nie ma. I tak minęła pierwsza minuta, jaką spędziłem w kościele od Bożego Narodzenia.
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
「我、闇とて」
「手を開き壊れそうな言葉でも、ただ一つでもいい
その胸に突き刺さる程の刃を胸に
忘れてしまえば人は変われるもの?
忘れても、変われても、君でもないことも
正しい価値さえ 冷酷に見えて
せめて今を声に変えて
明日の条件」
Wracając dziś wieczorem zobaczyłem, tak po prostu idąc przed siebie, czerwonawy krąg zachodzącego słońca, który wydał mi się nadzwyczaj krwisty i duży. Wątpię, by było to zjawisko wytłumaczalne astronomicznie, prawdopodobnie dużo łatwiej jest wytłumaczyć je bólem głowy. Niemniej dzisiejsza ładna pogoda wydaje się mieć zapowiedź swojej kontynuacji w dniu jutrzejszym, co mam nadzieję (no nie ma, ale nie szkodzi się trochę oszukiwać, choć na piśmie, prawda) pozytywnie na produkcję witaminy D w moim organizmie. Chyba nawet ten proces już się zaczął, bo po kontemplacji słońca nabrało mnie na spędzenie krótkiej chwili na ławce przy placu zabaw, by móc raczyć się zapachem kwitnących obok drzew. Nie mam pojęcia jakie to drzewa kwitną, ale ich słodki zapach działa na mnie niezwykle wabiąco, choć równie szybko przyprawia mnie o katar i zawrót głowy. Nie potrafiłem się jednak oprzeć tym płynącym chłodnym wieczorem olejkom eterycznym, związkom węgla, wodoru i innych pierwiastków, które tak przyjemnie drażnią w nosie.
Pomyślałem, że chyba tak musiał czuć się ten, który pisał, że 桜咲きけり - choć wcale nie wiem, czy sakura pachnie równie słodko. U sakury najważniejsze jest to, że opada, ale dla mnie dziś wieczorem ważny był ten przelotny zapach, który już kilkukrotnie w ostatnich dniach mijałem, i który towarzyszy mi raptem przez kilka chwil, tylko w miejscu, w którym owe drzewa rosną. Przypomniałem sobie o przystojnym mężczyźnie, który wsiadł dziś do autobusu, którym wracałem do domu i przeszedł obok mnie na tył autobusu, tak że nie mogłem w trakcie swojej podróży wlepiać weń oczu. Jego widok i ten zapach drzew mają ze sobą tak wiele wspólnego – są tak bardzo ulotne. Ta jedna chwila, kiedy trwają jest bardzo piękna, ale jakże nietrwała (trwale nietrwały – co za semantyczna, a może syntaktyczna zabawa! I znów ciśnie się na usta japońskie 浮世). I ów mężczyzna i owe drzewa nie mają żadnego znaczenia – były takie tysiąc lat temu, gdy cesarz Koukou pisał 我が衣手に 雪は降りつつ i będą pewnie takie same za tysiąc lat. Drzewa kwitły i będą kwitnąć, przystojni mężczyźni rodzili się, by przechodzić obok innych ludzi, zwracając ich uwagę, i będą pałać się tym zajęciem tak długo jak rodzina Kimów z północy nie wejdzie w posiadanie rakiet balistycznych dalekiego zasięgu.
Jednocześnie zdałem sobie sprawę jak bardzo ważne jest to, że zapach drzew unosi się tylko kilka, kilkanaście dni – bo gdyby tak trwał nieprzerwany to byłby dla mnie nie do zniesienia, a później spowszedniałby i stał się niezauważalny. Zarazem, wydaje mi się teraz, niebo musi być bardzo nudnym miejscem, jeśli nieustannie drzewa bielą się kwieciem (co za frazes). Więcej, niebo musiałoby być, gdybym się do niego wybierał, miejscem niezwykle nieznośnym, no bo ileż można wąchać kwitnących kwiatów? Sam jego koncept wydaje mi się dziś poroniony – tak właśnie: poroniony, nie mam lepszego słowa na oddanie tego stanu. Miejsce, w którym wciąż jest wiosna, gdzie wszechmogący bóg wciąż jest obecny i swym światłem wiekuistym darzy każdego człowieka – jakie to nieznośne! Najpierw chyba musiałby wyposażyć ludzi w zdolność cieszenia się czyjąś stałą bytnością, a co wówczas z radością, gdy wita się kogoś, kto wraca po całym dniu pobytu w pracy? A co ze zranieniem kogoś, by później móc przeprosić? Im więcej się zastanawiam, raj (czy też niebo, jeśliby czepiać się jednoznacznego trzymania się określonych morfemów – tak właśnie, napiszę sobie morfemów, a nie wyrazów tylko dzięki mojej ostatniej lekturze. Buce dzięki za Cortázara – bo dzięki jego „Grze w klasy” już nigdy nie pomyślę, że moje wypowiedzi pisemne są bełkotem, choć obiektywnie nim są.) musiałby być miejscem nieprzyzwoicie okrutnym, gdzie to, co najlepsze – kontrast wynikający z ustawicznego przemijania rzeczy i odczuwania przez większość swojego życia braku czegoś w stosunku do chwil przyjemnych, chwil trwania stanu błogości – miałby być zatracony. To skłania, by stwierdzić, że nawet jeśli nie jestem teistą lub chociażby teologiem, to i tak jestem na swój sposób zwolennikiem teodycei (tak jak byłem fanem definicji całki wg Leibniza pomimo eleganckiego uogólnienia wg Riemanna – ciekawe czy dobrze pamiętam…).
W chwilach, gdy kwitną kwiaty i ludzie przechodzą obok siebie najlepsze, co można zrobić, to przystanąć chwilę, w ciszy, tak by żadne słowa nie przecinały wątle istniejącego status quo, nie godziły w czyjekolwiek ucho czy pierś, by pozwolić ciszy zapaść tak samo łatwo jak zapada zmierzch zimą, chociażby do zimy podobne były tylko opadające płatki kwiatostanów drzew (fe! Ci parszywi cesarze z Heian-kyou). By cisza rozwlekała się wszędzie i na podobieństwo ciemności wlewała do wszelkich zakamarków własnego bytu. By w tej powodzi ciszy-ciemności u schyłku dnia zapomnieć. Zapomnieć rok, to co było pięć lat temu, zapomnieć wczoraj. Ale jeśli da się zapomnieć, to czy to cokolwiek zmieni?