Nowy Świat

Nowy Świat

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

「我、闇とて」

「手を開き壊れそうな言葉でも、ただ一つでもいい
その胸に突き刺さる程の刃を胸に
忘れてしまえば人は変われるもの?
忘れても、変われても、君でもないことも
正しい価値さえ 冷酷に見えて
せめて今を声に変えて
明日の条件」

Wracając dziś wieczorem zobaczyłem, tak po prostu idąc przed siebie, czerwonawy krąg zachodzącego słońca, który wydał mi się nadzwyczaj krwisty i duży. Wątpię, by było to zjawisko wytłumaczalne astronomicznie, prawdopodobnie dużo łatwiej jest wytłumaczyć je bólem głowy. Niemniej dzisiejsza ładna pogoda wydaje się mieć zapowiedź swojej kontynuacji w dniu jutrzejszym, co mam nadzieję (no nie ma, ale nie szkodzi się trochę oszukiwać, choć na piśmie, prawda) pozytywnie na produkcję witaminy D w moim organizmie. Chyba nawet ten proces już się zaczął, bo po kontemplacji słońca nabrało mnie na spędzenie krótkiej chwili na ławce przy placu zabaw, by móc raczyć się zapachem kwitnących obok drzew. Nie mam pojęcia jakie to drzewa kwitną, ale ich słodki zapach działa na mnie niezwykle wabiąco, choć równie szybko przyprawia mnie o katar i zawrót głowy. Nie potrafiłem się jednak oprzeć tym płynącym chłodnym wieczorem olejkom eterycznym, związkom węgla, wodoru i innych pierwiastków, które tak przyjemnie drażnią w nosie.

Pomyślałem, że chyba tak musiał czuć się ten, który pisał, że 桜咲きけり - choć wcale nie wiem, czy sakura pachnie równie słodko. U sakury najważniejsze jest to, że opada, ale dla mnie dziś wieczorem ważny był ten przelotny zapach, który już kilkukrotnie w ostatnich dniach mijałem, i który towarzyszy mi raptem przez kilka chwil, tylko w miejscu, w którym owe drzewa rosną. Przypomniałem sobie o przystojnym mężczyźnie, który wsiadł dziś do autobusu, którym wracałem do domu i przeszedł obok mnie na tył autobusu, tak że nie mogłem w trakcie swojej podróży wlepiać weń oczu. Jego widok i ten zapach drzew mają ze sobą tak wiele wspólnego – są tak bardzo ulotne. Ta jedna chwila, kiedy trwają jest bardzo piękna, ale jakże nietrwała (trwale nietrwały – co za semantyczna, a może syntaktyczna zabawa! I znów ciśnie się na usta japońskie 浮世). I ów mężczyzna i owe drzewa nie mają żadnego znaczenia – były takie tysiąc lat temu, gdy cesarz Koukou pisał 我が衣手に 雪は降りつつ i będą pewnie takie same za tysiąc lat. Drzewa kwitły i będą kwitnąć, przystojni mężczyźni rodzili się, by przechodzić obok innych ludzi, zwracając ich uwagę, i będą pałać się tym zajęciem tak długo jak rodzina Kimów z północy nie wejdzie w posiadanie rakiet balistycznych dalekiego zasięgu.

Jednocześnie zdałem sobie sprawę jak bardzo ważne jest to, że zapach drzew unosi się tylko kilka, kilkanaście dni – bo gdyby tak trwał nieprzerwany to byłby dla mnie nie do zniesienia, a później spowszedniałby i stał się niezauważalny. Zarazem, wydaje mi się teraz, niebo musi być bardzo nudnym miejscem, jeśli nieustannie drzewa bielą się kwieciem (co za frazes). Więcej, niebo musiałoby być, gdybym się do niego wybierał, miejscem niezwykle nieznośnym, no bo ileż można wąchać kwitnących kwiatów? Sam jego koncept wydaje mi się dziś poroniony – tak właśnie: poroniony, nie mam lepszego słowa na oddanie tego stanu. Miejsce, w którym wciąż jest wiosna, gdzie wszechmogący bóg wciąż jest obecny i swym światłem wiekuistym darzy każdego człowieka – jakie to nieznośne! Najpierw chyba musiałby wyposażyć ludzi w zdolność cieszenia się czyjąś stałą bytnością, a co wówczas z radością, gdy wita się kogoś, kto wraca po całym dniu pobytu w pracy? A co ze zranieniem kogoś, by później móc przeprosić? Im więcej się zastanawiam, raj (czy też niebo, jeśliby czepiać się jednoznacznego trzymania się określonych morfemów – tak właśnie, napiszę sobie morfemów, a nie wyrazów tylko dzięki mojej ostatniej lekturze. Buce dzięki za Cortázara – bo dzięki jego „Grze w klasy” już nigdy nie pomyślę, że moje wypowiedzi pisemne są bełkotem, choć obiektywnie nim są.) musiałby być miejscem nieprzyzwoicie okrutnym, gdzie to, co najlepsze – kontrast wynikający z ustawicznego przemijania rzeczy i odczuwania przez większość swojego życia braku czegoś w stosunku do chwil przyjemnych, chwil trwania stanu błogości – miałby być zatracony. To skłania, by stwierdzić, że nawet jeśli nie jestem teistą lub chociażby teologiem, to i tak jestem na swój sposób zwolennikiem teodycei (tak jak byłem fanem definicji całki wg Leibniza pomimo eleganckiego uogólnienia wg Riemanna – ciekawe czy dobrze pamiętam…).

W chwilach, gdy kwitną kwiaty i ludzie przechodzą obok siebie najlepsze, co można zrobić, to przystanąć chwilę, w ciszy, tak by żadne słowa nie przecinały wątle istniejącego status quo, nie godziły w czyjekolwiek ucho czy pierś, by pozwolić ciszy zapaść tak samo łatwo jak zapada zmierzch zimą, chociażby do zimy podobne były tylko opadające płatki kwiatostanów drzew (fe! Ci parszywi cesarze z Heian-kyou). By cisza rozwlekała się wszędzie i na podobieństwo ciemności wlewała do wszelkich zakamarków własnego bytu. By w tej powodzi ciszy-ciemności u schyłku dnia zapomnieć. Zapomnieć rok, to co było pięć lat temu, zapomnieć wczoraj. Ale jeśli da się zapomnieć, to czy to cokolwiek zmieni?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz