Nowy Świat

Nowy Świat

piątek, 23 grudnia 2011

Wyglądając z okna

Są dni wygłaszania przemówień i dni milczenia. Zbliżający się zimowy okres, zwłaszcza poprzedzający święta i początek nowego roku zawsze skłaniał mnie ku temu drugiemu. I znów jest ten czas, kiedy spoglądam smutnie w okno i pogrążony w różnych niespokojnych myślach gubię poczucie czasu. Przed oczami mojej wyobraźni przewija się tłum ludzi – ludzie, którzy są; ludzie, którzy odeszli; i wreszcie ludzie, którzy są, a tak jakby ich nie było. Trudno powiedzieć myślenie o których wprawia w największą tęsknotę.

czwartek, 1 grudnia 2011

国際交流基金関西国際センター

Z przykrością zamieszczam mój najgorszy post w historii – niestety nie stać mnie w chwili obecnej na nic więcej, a chcę zachować sobie, choć w tej formie, te kilka prostych rzeczy, które widziałem pewnego wieczoru w drodze do biblioteki.

Jest wieczór, ale bibliotekę zamykają dopiero o ósmej, więc jako średnio pilny uczeń biegnę do niej kwadrans przed zamknięciem z książką, której jeszcze nie przeczytałem, a którą dziś muszę dziś zwrócić. Zamykam pokój elektroniczną kartą i kieruję się w stronę windy. Nie mam innego wyboru – korzystanie ze schodów jest zabronione i ograniczone tylko do pracowników instytutu. Nam wolno korzystać z nich tylko w przypadku katastrof naturalnych. W przeciwnym razie wydobywa się z nich (przynajmniej czasami) sygnał alarmujący o naruszeniu bariery oddzielającej białych od żółtych.

niedziela, 13 listopada 2011

Cynamon–część II

W opisywaniu i ocenie zachowań ludzkich w relacjach dowolnego typu skłaniam się do wniesienia, że trzeba tu zaaplikować filozofię hinduską mówiąc, że wszyscy mają rację albo wszyscy nie mają racji, a następnie wtłoczyć wynik tego rozumowania w znane nam ramy filozofii greckiej, prostej binarnej logiki – powstały w wyniku tego potworek należy nazwać odpowiedzią na problem stosunków między dwoma Homo sapiens sapiens.

W miejsce spóźniającego się postu na temat Japonii, znów będzie durny wiersz. Niestety post, który pisałem, z braku weny urwał się w połowie, a na dodatek to, co powstało oceniłem jako niedostatecznej jakości. Durny wiersz powinien być bardziej na miejscu :/

wtorek, 18 października 2011

Cynamon–część I

A teraz wiersz dedykowany człowiekowi, który zapoznał mnie z Harukim Murakamim.

środa, 5 października 2011

藤村修治さん (Fujimura Syuji-san)

Wchodzę do pokoju zmęczony i w nastroju dziwnego zmieszania. Jest ciemno i duszno. Włączam światło i rzucam swoją torbę na łóżko, a następnie wbijam się swoją ciężką dupą w krzesło. Jestem gdzieś pomiędzy wstydem a wkurwieniem. No i jestem osiem tysięcy jenów do tyłu.

wtorek, 4 października 2011

Sprzed lat czterech

W ramach wypełniania czasu oczekiwania na kolejne posty – bo ponoć istnieje taka osoba, która czeka – proponuję kolejny marny wiersz z serii dedykowanych. Ostrzeżenie przed rymami częstochowskimi jest ostatnim ostrzeżeniem w sprawie wierszy, które pojawi się na tym blogu. Właściciel bloga nie bierze odpowiedzialności za szkody wynikające z czytania jego zawartości.

sobota, 24 września 2011

関西国際空港

(Kontynuacja tekstu „Sewastopol i Nowosybirsk”)

Japończycy nie zawodzą – ledwie wysiadłem z samolotu, a już krótkie przejście korytarzem prowadzi do shuttle train jeżdżącego do głównej części lotniska. Bagaże, mam nadzieję, przewiozą się same, bo dopiero tam mają nas oclić. Przypomina mi to o deklaracji celnej, którą dostałem do wypełnienia jeszcze na pokładzie samolotu. Zatrzymałem się przy polu oznajmiającym, jakie „Prohibited Items” nie mogą przekroczyć granic Cesarstwa. Punkt bodaj nr 4 głosił „Obscene material and child pornography”. Uprzejmie proszę, by ktoś wytłumaczył mi, co może istnieć na świecie, co byłoby „obscene” dla Japończyków. Gdyby był zakaz wywozu takich materiałów, to bym przemknął przez taki punkt jedynie uśmiechając się podczas czytania, ale import? Zabili mi ćwieka. „Child pornography” rozumiem, ale co jeszcze?

piątek, 23 września 2011

Sewastopol i Nowosybirsk

Tekst powstały wieczorem 21 września przy odrobinie piwa Asahi (Boshe, takoyaki jest takie dobre XD). W telewizji leci coverage tajfunu, więc przełączyłem na program, w którym ludzie przebrani za żaby biją się po głowach…

***

Pogrążoną we śnie kabinę cały czas przenika mechaniczne mruczenie silnika. Trzysta sześćdziesiąt osób wsadzonych do metalowej rury z dopiętymi skrzydłami i doklejonymi czterema silnikami Rols-Royce’a albo Lockheeda spokojnie cierpi swoją ciągnącą się, ponad jedenastogodzinną, podróż, już od sześciu godzin starając zignorować odgłosy maszyny, która chwilowo podtrzymuje ich przy życiu mknąc z prędkością ponad dziewięciuset kilometrów w temperaturze, która nie sprzyja nawet jej niewzruszonej stalowej konstrukcji.

środa, 14 września 2011

Poetą być

Tak sobie pomyślałem, że poziom tego bloga nie jest wystarczająco niski, toteż wprowadzam regularną akcję publikowania moich starych (i nowych) pseudo-wierszy. Sekretarzowi p. Szymborskiej się nie podobały, Arystoteles byłby się załamał, ale cóż mi szkodzi. Cykl pierwszy: wiersze dedykowane (moim zdaniem najlepszej jakości).

niedziela, 11 września 2011

Nihil sub sole novum

Warsztat pseudofilozofa - Problem nr 8 (Esej 1.)
 
"Nihil sub sole novum nec valet quisquam dicere ecce hoc recens est iam enim praecessit in saeculis quae fuerunt ante nos."
Koh 1, 10 [Vulgata]

"Heaven or Las Vegas" - Cocteau Twins

Wszystko, co warte powiedzenia zostało już wypowiedziane. Pozostaje nam już tylko mówienie - przetwarzanie, bo nie można stworzyć już (prawie) nic nowego. Zakres uczuć, choć zróżnicowany, jest skończony. I nawet o miłości, która jest jednym najbardziej indywidualnych przeżyć (i płodnych tematów), przelano już tyle słów w tylu różnych kombinacjach, że wszelkie próby powiedzenia czegoś nowego kończą się niepowodzeniem. Choć może się wydawać, że odkrywam coś nowego, opowiadamy zupełnie nową historię, to w rzeczywistości jedynie bawimy się tymi samymi klockami tych samych idei, które zabawiały naszych przodków i co najwyżej zmieniamy ich porządek, co wcale jednak nie czyni nowej konstrukcji unikalną - w historii wypróbowano już bowiem wszystkie możliwe kombinacje. Możemy zabiegać o ciekawy styl, ale będzie to jedynie przekład starych słów na nowe, bliższe naszym czasom, ale treść pozostanie wciąż ta sama (więc po co udawać, że tworzymy ją od nowa? Nie wystarczyłoby uznać, że stwarzamy na nowo, ale tylko dla siebie?), samo zaś przetworzenie z czasem się zdezaktualizuje, zachęcając naszych potomków do dalszego daremnego poszukiwania nowych tekstów do wypowiedzenia.

niedziela, 14 sierpnia 2011

Between the light and nowhere

Warsztat pseudofilozofa – Wstęp

"Ohne Musik wäre das Leben ein Irrtum." Friedrich Nietzsche

Bajm „Różowa kula”

Dzwoni budzik. Sięgam ręką po komórkę i przełączam, by zadzwonił za 20 minut. Jest przecież dopiero 10.42, czyli jak na moje standardy - ranek. Półprzytomnym wzrokiem spoglądam w kierunku okna. Odchylam lekko zasłonę i zauważam siedzącego na parapecie kota. On też rzuca mi przelotne spojrzenie, ale zaraz odwraca głowę i wraca do swojego wcześniejszego zajęcia - wpatrywania się przez okno w siną dal. Gdy tak patrzy - jego źrenice zwężone i czujne, ale też jakieś nieobecne i rozmarzone - zastanawiam się przede wszystkim czego wygląda. Może to ptaki za oknem, na które chciałby zapolować, a może to łaknienie wolności - przecież wszak to kot domowy i nie wolno mu wychodzić. Nie wiem, ale jego spojrzenie wydaje się przejmująco smutne. Nie utkwił wzroku w żadnym oddalonym obiekcie, po prostu spogląda w dal i kontempluje świat, do którego nie może należeć. Tam, za szybą, tańczą stadka głupich gołębi czekających tylko, by je upolować, ale czyha też mnóstwo niebezpieczeństw: ludzie, psy, samochody. Kot zauważa chyba jakiś ruch, gdyż nagle jego spojrzenie zastyga w jednym punkcie, a ciało wydaje się lekko naprężyć. Może to jeden z gołębi przeleciał bliżej szyby?

czwartek, 14 lipca 2011

Who cares about people?

Maximum Hormone "What's up people?"

Dotychczas wydawało mi się, że szczytem pragnień jakie może mieć środowisko LGBTQ jest akceptacja, a było do momentu, kiedy wpadłem w wikipedii na artykuł o skali homofobii Riddle'a (nie, to nie mowa o Voldemorcie), w którym zauważono, że tolerancja i akceptacja to wciąż negatywne nastawienie. Tolerancja oznacza "no jest tak i trudno, ale lepiej, gdyby się to skończyło" a akceptacja "dla mnie jesteś człowiekiem i tak będę cię traktować, a to co robisz w łóżku mnie nie obchodzi". I dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że Riddle i jego komentatorzy mają rację. Do tej pory sam pragnąłem tolerancji i marzyłem o akceptacji, ale zdałem sobie sprawę, że akceptacja to nadal za mało - "skoro już tak jest to będzie". A to stwierdzenie równoznaczne z tym, gdybym ja powiedział, że dzieci rodzi kobieta i jest mi to zupełnie obojętne. A przecież nie może mi to być obojętne, bo przecież wówczas cały trud ciąży, porodu i połogu, który każda matka przechodzi byłby tylko faktem, który mógłbym jeszcze na dodatek odrzucić schodząc do poziomu tolerancji "no trudno, niech tak będzie".

sobota, 9 lipca 2011

Microsoft loves fags

Poniższy tekst jest treścią posta, który opublikowałem na pewnym blogu dotyczącym Microsoft. O dziwo zdarzyło się bowiem, że Microsoft posłuchał pewnej petycji ze środowisk gejowskich i nie wiedzieć skąd wywiązała się dyskusja na temat gejów, Biblii itp. itd. tak ostra, że nie mogłem się powstrzymać przed dorzuceniem czegoś od siebie.

sobota, 2 lipca 2011

Siedzieć i czekać

Warsztat pseudofilozofa – Problem nr 3 (Esej 1.)
"A jeśli pewnego dnia będę musiał odejść? - spytał Krzyś ściskając Misiowi łapkę - Co wtedy? -Nic wielkiego - zapewnił go Puchatek - posiedzę tu sobie i na Ciebie poczekam. Kiedy się kogoś kocha to ten ktoś nigdy nie znika tylko siedzi gdzieś i czeka na Ciebie."
A. A. Milne
Sigur Ròs - Untitled 4 (Njósnavélin or The Spy Machine)
Minął maj, ponętny zapach bzu zastąpiła słodka woń dopiero co rozkwitłych lip. Przystojni mężczyźni chadzają pod rękę z brzydkimi kobietami, a piękne kobiety wodzą za sobą brzydkich mężczyzn. Wszyscy kąpią się w tym lipowym gorącym powietrzu i trudno ocenić, czy to wszystko jest lipowe, czy jedynie lipne.

piątek, 17 czerwca 2011

„Just like everybody else does(?)”

“There's a club, if you'd like to go
You could meet someone who really loves you
So you go, and you stand on your own
And you leave on your own
And you go home
And you cry
And you want to die”

The Smiths “How soon is now?”

Już jakiś czas temu poseł Węgrzyn uraczył świat słowami: „Z gejami to dajmy sobie spokój, ale z lesbijkami, to chętnie bym popatrzył”. Trudno odmówić mu pewnej racji – w panującym systemie estetycznym naszego społeczeństwa (a może żadnego systemu nie ma, a tylko go sobie ubzdurałem, ale wytrwajcie proszę ze mną kilka minut przy tym założeniu) oczywistym jest, że najsłuszniejsza rodzina składa się z kobiety i mężczyzny, którą łączą się ze sobą na kilka lub więcej lat i płodzą śliczne dzieci równo dziedziczące z ich genotypu. Przy tym, jeśli zamiast mężczyzny wstawimy drugą kobietę i otrzymamy parę homogeniczną dwóch niewiast, to możemy ją rozważyć w dwóch kategoriach.

piątek, 27 maja 2011

Pejzaż w oślepiającym blasku słońca

“lata wy straszne, lata wąskie”

Patrzę, ale nie poznaję. Słucham, ale nie rozumiem, co się do mnie mówi. Przed oczyma przelatują mi różne obrazy, które czasem łączą się w spójny film, a czasem są jedynie błyskami, swobodnie połączonymi klatkami jakiegoś filmu, z których żadna nie ma sensu, ani ich kompozycja niczego nie wyjaśnia.

Powietrze jest gęste i nieprzeniknione choć przezroczyste. Atomy gazów stanowią ciężką granicę stanowiącą wyraziste fundamenty ospałych bytów. Ich drganiami rozchodzą się dźwięki, ale nie mają żadnego znaczenia. Są jedynie cząstkami jakiejś niespójnej całości, której nie sposób ogarnąć na podstawie tylko jej fragmentów. Zmazane słowa i urywki zdań - nie mają żadnego celu i tkwią w przestrzeni jedynie po to, by być. Umowna komunikacja zawieszona jest w emocjonalnej próżni. Stanowi daremne przedsięwzięcie - przecież powietrze jest zbyt gęste, by mogło je cokolwiek przeniknąć. Skoro zniekształca się w nim dźwięk, to jak wielkim deformacjom musi ulegać sens.

Niewidoczne wysokie mury, na nich - druty kolczastej ciszy. Przestrzeń podzielona na nierówne kawałki absolutnym bezsensem. Czas równo i jednostajnie mierzy się absurdem. Jakiś gołąb rozbił się o tą ciszę i niepotrzebnie spadł na zakurzony głuchy chodnik. A może uderzyło go słowo zbite z kamieni? Leży tam taki bezbronny. Z jego dzioba sączy się powoli czerwone życie i rozlewa na nic nie znaczącym asfaltowym chodniku. Padł do stóp ludzi, tak jak ciepła cisza, która zapada między nami.

czwartek, 19 maja 2011

“God moving over the face of the waters”

Poniżej fragment prozy, który wyszedł spod moich palców trafiając na dysk komputera w kwietniu 2007 roku. Planowałem opublikować go już jakiś czas temu, ale nigdy nie było ku temu odpowiedniej okazji. Dziś nie ma żadnej okazji, więc dzień jest więc idealny! Trafia tu z drobnymi poprawkami. W oryginale miał być częścią powieści epistolarnej a la “Cierpienia młodego Wertera”, ale napisałem jedynie kilka tekstów podobnych do tego, które leżą gdzieś i uparcie próbują się zdegradować. Może najlepszą okazją jest ostatnio ograniające mnie uczucie ubywania prawdy i stałe pogrążanie się w trudnym do opisania marazmie. I choć sam tekst zawodzi już nawet mnie, to i tak go sobie opublikuję. A nuż zmarnuje pięć minut swojego życia na przeczytanie go, dając tym samym pole na kolejny tryumf absurdu, a więc rozkoszny tryumf rechoczącego Sartre’a.

---

Kościół był, jak zwykle przed rozpoczęciem się mszy, pogrążony w delikatnym mroku. Przez okna dostawały się jedynie strzępki światła, co sprawiało, że atmosfera wewnątrz budynku byłaby niemal przyjemna, gdyby nie przenikliwy chłód, który odbierał chęć do snu w tak, wydawałoby się, optycznie przytulnym miejscu. Usiadłem powoli w sosnowej (ale czy aby na pewno?) pięknie lakierowanej ławce, która nie została ozdobiona żadnymi zbędnymi ornamentami, lecz przerażała nawet nieco swoją prostotą. Zdawszy sobie sprawę ze zwyczajów, o których zacząłem już powoli zapominać, przyklęknąłem wspierając swoje kolana na zimnym klęczniku i uczyniłem niedbale owe machnięcia, które jeszcze niegdyś uznawałem za święty symbol. Mimo iż przez lata owe schematy wbijane były mi do głowy przez moich rodziców, dość szybko udało mi się wyzbyć niegdyś żywcem wpojonych zachowań, i bez jakiegokolwiek zaangażowania czy wiarygodności, a nawet nieco sztucznie odprawiałem znany mi rytuał, który prawdopodobnie większość otaczających mnie ludzi uznawała za drogę ku jedynej wspaniałej przyszłości, którą mogą mieć po śmierci.

Machając rękoma, jak gdyby chcąc odgonić jakiegoś wściekłego szerszenia, z pewnym wyrzutem uczyniłem dawniej nabożnie czczony znak i układając swoje ręce na ławce, splótłszy palce położyłem na dłoniach nieco zmęczoną twarz, tak że podbródek opierał się na kciukach, a pozostałe palce zasłaniały moje usta. Udawałem, że się modlę.

Panujący półmrok, głucha cisza przerywana co kilka chwil szuraniem butów, bądź stukotem pantofli na obcasach i leniwie wlewające się przez nieduże ciemne okna ostatnie promienie kwietniowego słońca wprawiły mnie w dziwny nastrój. Zresztą cały mój dzień był stosunkowo chaotyczny i rozmemłany, jak niektóre prace Pollocka. Te bardziej abstrakcyjne.

Przez chwilę ogarnęła mnie nieodparta chęć pogrążenia się swoją twarzą w splecionych rękach, tak by wstrzymały one dopływ powietrza przez nozdrza. Gdyby to było możliwe, to chciałbym tutaj i teraz, zakończyć swój niezbyt szczęśliwy żywot, zdusić resztkę swojej nadziei własnymi rękami i nimi też powstrzymać swój chory organizm przed ciągłym i niepotrzebnym marnowaniem powietrza. Niestety nie jest tak łatwo przemóc dziwne immanentne ludzkie pożądanie podtrzymywania swojej egzystencji i dokonać samobójstwa. Już, jak pamiętasz, raz próbowałem, ale klęska była sromotna. Nie, nie, wszystko ze mną w porządku, póki co nie wybieram się w stronę nieubłaganej nicości. Postanowiłem Ci uwierzyć i trwam w swoim postanowieniu, ale nie mogę zaprzeczyć uczuciom jakie mnie nachodziły.

Mój wzrok nie wiedzieć kiedy spoczął na kancie uwypuklonej i sterczącej części oparcia poprzedzającej ławki, która w jednej części była zaokrąglonym półkolem, ale w drugiej strzeliście kończyła się szpicem. Nagle moje myśli skupiły się w całości na owym drewnianym elemencie wyposażenia kościoła. Oczyma wyobraźni widziałem jak uderzam swoją czaszką o ten róg, jak gładko, choć nie bez przeszkód w postaci kości, drewno wchodzi w delikatną strukturę mózgu, a z zewnątrz czaszki dobywają się gwałtownie szerokie strużki ciepłej krwi. Dodawało to znacząco kolorytu szarościom, w których powoli zaczynali tonąć ludzie i ławki, które zajmowali. Tętniąca krew rozbryzgiwała się namiętnie po sąsiadujących mi ludziach, a ja utraciwszy fragment swojej głowy, odłupany skrawek, o nieregularnym kształcie, jak gdyby uspokojony ulatywaniem swojej dogorywającej świadomości, powoli osuwałem się na skraj ławki, a wreszcie bezwładny pod własnym ciężarem głucho uderzyłem w ziemię.

Fantastyczne było doświadczyć nagle twardości podłoża, które nagle objęło mnie swoim chłodem, ale jednocześnie, pomiędzy mnie a gładkie martwe płytki, prawie tak martwe jak ja, wtłaczała się delikatnie ciepła krew. Przypominało to wejście do zimnej pustej wanny i nagłe wpuszczenie do niej przyjemnej, odpowiednio ciepłej wody. Twarda lodowatość zaczęła nagle być pochłaniana przez rozkoszne ciepło i miękkość. Rzekłbym, że tonąłem w czerwonym aksamicie. Resztka mojej świadomości żegnała przymykającymi się powiekami niewyraźną szarość, w której do tej pory byłem pogrążony, a wyciekająca ze mnie krew czerniała w moich sztywniejących oczach i mieszała się z czernią rozszerzających się źrenic. Świat mój zaczynał wirować i rozmazywać się, a ja tonąłem w cieniu czyichś twarzy i w gęstniejących i niewyraźnych pomrukach dobiegających mnie zewsząd głosów. Wokół mnie było tylko ciepło i narastająca ciemność, która po chwili okazała się jedynym co było. Nie było nagle ciepła, nie było ciemności, tylko nieokreślone nic.

Niestety takie rozkoszne marzenia z przyczyn chociażby fizycznych i biologicznych trudne są do wykonania. Tkwiłem więc dalej w tym lodowatym kościele i opamiętując się z tego często powracającego do mnie marzenia, podniosłem się bezszelestnie z klęczek i usiadłem w ławce, opierając się w możliwie wygodnej pozycji, położyłem stopy na klęczniku, a tułowiem opuściłem się lekko, jak gdyby chcąc przylgnąć do drewna, albo też wydać się współwyznawcom niższym. A może po prostu udawać przed nimi, że mnie tam nie ma. I tak minęła pierwsza minuta, jaką spędziłem w kościele od Bożego Narodzenia.

wtorek, 17 maja 2011

"wolę poddać się karze niż ulec złu!"

I znów bezecne cioty stają na drodze Prawa i Sprawiedliwości! (Jeremiasza 23, 5)

"Jeżeli dojdzie do postępowania sądowego, wolę poddać się karze niż ulec złu!" - powiedział pan Adamiec czyniąc za dość słusznym swym przekonaniom (Kapłańska 20, 13) [1 - patrz przypisy dolne], radomski radny z (chyba) PiS-u. Ileż radości dostarczył mi tym stwierdzeniem (prawie jak rozdziały 19 i 20 z Księgi Kapłańskiej - mój poziom endorfin skoczył chyba o 1000%)!

Przypomina mi to jedynie walkę o Dolinę Rospudy. Skąd to skojarzenie? Już tłumaczę.

Otóż, jak wiemy, na pogańskim Zachodzie szerzą się wynaturzenia na miarę pozwalania homoseksualistom na adopcję dzieci i związki jednopłciowe. Co za plugastwo! Niemniej liczba osób, które uważają to za grzech i zło maleje w tamtych krajach. Owszem, zwiększa się poziom manifestacji swojego, jedynego słusznego, punktu widzenia. Dawniej, gdy porządnych ludzi było więcej, wystarczyło zwykłe psioczenie na tych zboczeńców - teraz zaś muszą się owi biedni, zaszczuci propagandą szatana ludzie uciekać do takich środków jak strzelanie z broni palnej[2]. Nie ma się czemu dziwić, kiedyś robiła to policja[3] a dziś? Nawet te sqrwysyńskie psy tańczą jak im gra ten (no dobra poddaje się - zabrakło mi groźnie brzmiącego epitetu wskazującego z wielką agresją na znieważany przedmiot) establiszment.

A my? My wciąż to mamy! Jeszcze jakaś część naszego społeczeństwa nie postradała zmysłów! Jeszcze 10 lat temu spora część[4] z nas uważała, że pedały trzeba gazować, a dziś jest to ledwie czwarta część społeczeństwa! I tylko 40% ludzi nie akceptuje gejów w swoim otoczeniu (lesbijek 43% - WTF? eksplenejszon eniłan?). Co za czasy! (O tempora, o mores! - powiedział Cyceron[5] oddając się rozpuście z westalkami, jak Jowisz przykazał.)

Jeszcze kilkanaście lat i grozi nam duchowy kryzys, który przeżywają obecnie kraje zachodnie. Nie możemy na to pozwolić! Ocaliliśmy dolinę Rospudy, możemy ocalić i radnego Adamca! Nie możemy pozwolić, by kolejna część kolorytu naszego cudownego kraju odeszła w zapomnienie! Od dawna wiadomo, że Polska gościnnością (czytaj: ksenofobią) stoi. Więc jak jesteśmy gościnni dla nowinek zza oceanów i kanałów La Manche, tak nie pozwólmy sobą pomiatać, nie tolerujmy tych bezbruderyjnych wynaturzeń. Jesteśmy krajem Krzyża (i papieża zapowiadanego przez Andrzeja Seweryna w 12 składach tramwajowych obsługujących krakowską linię 8 w sumie ponad 180 razy dziennie i to przez najbliższe 2 lata[6]) nie możemy opuścić dziedzictwa Chrystusowego! Dalej, stańmy na barykadach grodząc drogę szerzącemu się plugastwu (naprawdę mam ubogi słownik)!

 

Podpisa(li):

Krzysztof (i Józef - w nawiasach - obaj Stanisławowicze - ten drugi właśnie płacze czytając o Wojciechu Kilarze na czele honorowego komitetu poparcia PiS)

 

[1] (Nota bene Kapłańska 19, 1 każe ukamienowaniem za ubrania w stylu bawełna 65%, poliester 35% - Chińczycy miejcie się na baczności!)
[2] http://articles.cnn.com/2009-08-01/world/israel.club.shooting_1_gay-club-israeli-police-netanyahu?_s=PM%3AWORLD
[3] http://en.wikipedia.org/wiki/Stonewall_riots
[4] http://pl.wikipedia.org/wiki/Sytuacja_prawna_i_społeczna_osób_LGBT_w_Polsce#Poparcie_praw_LGBT_w_Polsce
[5] Pierwsza mowa przeciwko Katylinie
[6] http://news.komunikacja.krakow.pl/lokalne/6111,1,artykul,codziennie_w_osemce_opowiesc_o_papiezu.html

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

「我、闇とて」

「手を開き壊れそうな言葉でも、ただ一つでもいい
その胸に突き刺さる程の刃を胸に
忘れてしまえば人は変われるもの?
忘れても、変われても、君でもないことも
正しい価値さえ 冷酷に見えて
せめて今を声に変えて
明日の条件」

Wracając dziś wieczorem zobaczyłem, tak po prostu idąc przed siebie, czerwonawy krąg zachodzącego słońca, który wydał mi się nadzwyczaj krwisty i duży. Wątpię, by było to zjawisko wytłumaczalne astronomicznie, prawdopodobnie dużo łatwiej jest wytłumaczyć je bólem głowy. Niemniej dzisiejsza ładna pogoda wydaje się mieć zapowiedź swojej kontynuacji w dniu jutrzejszym, co mam nadzieję (no nie ma, ale nie szkodzi się trochę oszukiwać, choć na piśmie, prawda) pozytywnie na produkcję witaminy D w moim organizmie. Chyba nawet ten proces już się zaczął, bo po kontemplacji słońca nabrało mnie na spędzenie krótkiej chwili na ławce przy placu zabaw, by móc raczyć się zapachem kwitnących obok drzew. Nie mam pojęcia jakie to drzewa kwitną, ale ich słodki zapach działa na mnie niezwykle wabiąco, choć równie szybko przyprawia mnie o katar i zawrót głowy. Nie potrafiłem się jednak oprzeć tym płynącym chłodnym wieczorem olejkom eterycznym, związkom węgla, wodoru i innych pierwiastków, które tak przyjemnie drażnią w nosie.

Pomyślałem, że chyba tak musiał czuć się ten, który pisał, że 桜咲きけり - choć wcale nie wiem, czy sakura pachnie równie słodko. U sakury najważniejsze jest to, że opada, ale dla mnie dziś wieczorem ważny był ten przelotny zapach, który już kilkukrotnie w ostatnich dniach mijałem, i który towarzyszy mi raptem przez kilka chwil, tylko w miejscu, w którym owe drzewa rosną. Przypomniałem sobie o przystojnym mężczyźnie, który wsiadł dziś do autobusu, którym wracałem do domu i przeszedł obok mnie na tył autobusu, tak że nie mogłem w trakcie swojej podróży wlepiać weń oczu. Jego widok i ten zapach drzew mają ze sobą tak wiele wspólnego – są tak bardzo ulotne. Ta jedna chwila, kiedy trwają jest bardzo piękna, ale jakże nietrwała (trwale nietrwały – co za semantyczna, a może syntaktyczna zabawa! I znów ciśnie się na usta japońskie 浮世). I ów mężczyzna i owe drzewa nie mają żadnego znaczenia – były takie tysiąc lat temu, gdy cesarz Koukou pisał 我が衣手に 雪は降りつつ i będą pewnie takie same za tysiąc lat. Drzewa kwitły i będą kwitnąć, przystojni mężczyźni rodzili się, by przechodzić obok innych ludzi, zwracając ich uwagę, i będą pałać się tym zajęciem tak długo jak rodzina Kimów z północy nie wejdzie w posiadanie rakiet balistycznych dalekiego zasięgu.

Jednocześnie zdałem sobie sprawę jak bardzo ważne jest to, że zapach drzew unosi się tylko kilka, kilkanaście dni – bo gdyby tak trwał nieprzerwany to byłby dla mnie nie do zniesienia, a później spowszedniałby i stał się niezauważalny. Zarazem, wydaje mi się teraz, niebo musi być bardzo nudnym miejscem, jeśli nieustannie drzewa bielą się kwieciem (co za frazes). Więcej, niebo musiałoby być, gdybym się do niego wybierał, miejscem niezwykle nieznośnym, no bo ileż można wąchać kwitnących kwiatów? Sam jego koncept wydaje mi się dziś poroniony – tak właśnie: poroniony, nie mam lepszego słowa na oddanie tego stanu. Miejsce, w którym wciąż jest wiosna, gdzie wszechmogący bóg wciąż jest obecny i swym światłem wiekuistym darzy każdego człowieka – jakie to nieznośne! Najpierw chyba musiałby wyposażyć ludzi w zdolność cieszenia się czyjąś stałą bytnością, a co wówczas z radością, gdy wita się kogoś, kto wraca po całym dniu pobytu w pracy? A co ze zranieniem kogoś, by później móc przeprosić? Im więcej się zastanawiam, raj (czy też niebo, jeśliby czepiać się jednoznacznego trzymania się określonych morfemów – tak właśnie, napiszę sobie morfemów, a nie wyrazów tylko dzięki mojej ostatniej lekturze. Buce dzięki za Cortázara – bo dzięki jego „Grze w klasy” już nigdy nie pomyślę, że moje wypowiedzi pisemne są bełkotem, choć obiektywnie nim są.) musiałby być miejscem nieprzyzwoicie okrutnym, gdzie to, co najlepsze – kontrast wynikający z ustawicznego przemijania rzeczy i odczuwania przez większość swojego życia braku czegoś w stosunku do chwil przyjemnych, chwil trwania stanu błogości – miałby być zatracony. To skłania, by stwierdzić, że nawet jeśli nie jestem teistą lub chociażby teologiem, to i tak jestem na swój sposób zwolennikiem teodycei (tak jak byłem fanem definicji całki wg Leibniza pomimo eleganckiego uogólnienia wg Riemanna – ciekawe czy dobrze pamiętam…).

W chwilach, gdy kwitną kwiaty i ludzie przechodzą obok siebie najlepsze, co można zrobić, to przystanąć chwilę, w ciszy, tak by żadne słowa nie przecinały wątle istniejącego status quo, nie godziły w czyjekolwiek ucho czy pierś, by pozwolić ciszy zapaść tak samo łatwo jak zapada zmierzch zimą, chociażby do zimy podobne były tylko opadające płatki kwiatostanów drzew (fe! Ci parszywi cesarze z Heian-kyou). By cisza rozwlekała się wszędzie i na podobieństwo ciemności wlewała do wszelkich zakamarków własnego bytu. By w tej powodzi ciszy-ciemności u schyłku dnia zapomnieć. Zapomnieć rok, to co było pięć lat temu, zapomnieć wczoraj. Ale jeśli da się zapomnieć, to czy to cokolwiek zmieni?

sobota, 9 kwietnia 2011

Na szarość naszych nocy

„Na twarzy przezroczystość, na twarzy bez wyrazu, na nasze oddalanie, na naszą nieobecność i rozmów obojętność…”

Szli obok siebie pośród przepływającego z wiatrem szarego wieczoru rozmawiając o jakichś bezbarwnych problemach dotyczących zaimków osobowych. Ona, jak zwykle, wydawała się zainteresowana, ale nie było w tym już takiej szczerości jak kiedyś. On jak zwykle tłumaczył coś, o czym nie miał pojęcia, ale jego sytuacja pozwalała mu zająć pozycję autorytetu. Niemniej nie miał wcale ochoty tłumaczyć – wszystko, co się działo, wydawało mu się sztuczne. Dawniej było to dużo bardziej szczere, a teraz stanowiło tylko egzystencję dwóch jednostek, które, idąc i rozmawiając, idą jedynie obok siebie, i mówią w powietrze, bez przekonania, że druga strona coś słyszy. Poruszają tematy błahe, jak niegdyś, ale teraz prozaiczność konwersacji nie ma w sobie nic naturalnego. Dobierane tematy są proste i niezobowiązujące, ale nie ma w tym też nic z premedytacji. Nadal czuć jednak brak głębi, której wcześniej nie brakowało. Wcześniej wszystko przychodziło samo z siebie – teraz trzeba mozolnie pchać rozmowę do przodu, nie wiedząc czy pragnie się, by trwała dalej czy jak najszybciej skończyła.

„Na zawsze pozostajesz odpowiedzialny za to, co oswoiłeś.” I co z tego? Na zawsze jestem odpowiedzialny i na zawszę będę świadomy tej odpowiedzialności. Nie zmienia to jednak niedorzeczności całej sytuacji. Odpowiedzialność okazuje się być zarazem tym samym, co bezsilność. Oswajanie jest jednocześnie przyzwoleniem na własną bezradność. Z ludźmi (lub lisami jak kto woli), których się nie poznało można uczynić cokolwiek – spora część przemocy na świecie rozgrywa się w sferze dwojga nieznajomych, którzy nic dla siebie nie znaczą: zabicie obcej osoby to tylko pozbycie się pewnego dwunożnego zwierzęcia.

Oswojenie oznacza przyzwolenie na wolność drugiej strony, oznacza potwierdzenie wolności i jest przyzwoleniem, którego nie można cofnąć, a przynajmniej nie powinno się próbować. A wolność to bezradność właśnie dlatego, że jedna strona musi pozwolić drugiej, by ta sama decydowała o sobie. Oswojenie jest przyrzeczeniem – nie będę nastawać na twoją wolność, a wobec tego wyrzekam się podejmowania względem ciebie akcji, których sobie nie życzysz, pozbawiam się tej możliwości dla ciebie.

Oswajanie to stopniowe ubezwłasnowolnienie się. Ani jedno ani drugie nie przychodzi człowiekowi łatwo. Trzeba przychodzić o tej samej porze i siadać w tym samym miejscu, jedynie od czasu do czasu zbliżając się kilka centymetrów bliżej. I nigdy nie wiadomo, czy następny dzień będzie tym, w którym siądziemy bliżej, czy znów dalej, czy może nie będzie przy kim siąść. A nawet jeśli ktoś jest i czeka, ale jego twarz maluje się nieobecnością, cóż wówczas przychodzi z odpowiedzialności? Wówczas można jedynie spojrzeć na siebie tym charakterystycznym mglistym, nieobecnym wzrokiem, uśmiechnąć się, prawie tak jak miało się to w zwyczaju, ale nie jest to już ten sam uśmiech. Ile by się nie starać to i tak będzie przebijać z niego bezradność. Nasze twarze jakieś takie inne, choć rozpoznajemy w nich siebie. Ulotne spojrzenia na zawsze, wraz z tą szumną odpowiedzialnością, będą ciężko zalegać w naszych sercach.

Znam cię, znam twoje imię. Nic więcej nie umiem już zrobić. Nic więcej nie mogę już zrobić. Pokazałem, że taki oto jestem odpowiedzialny. I na zawsze będą. Tam gdzieś, gdzie ciebie nie będzie.

niedziela, 13 marca 2011

Metafory są rzeczą niebezpieczną

„Tomasz wtedy nie uświadamiał sobie jeszcze, ze metafory są rzeczą niebezpieczną. Z metaforami nie należy igrać. Miłość może się narodzić z jednej metafory.” - Milan Kundera „Nieznośna lekkość bytu”

Od zawsze wiadomo, że pomiędzy słowem mówionym a pisanym jest różnica. Pisane słowa jakoby są bardziej faktyczne – to, co wyrażają staje się lub stało się i nie można zapobiec temu, zdziałają podczas odbioru przez czytelnika. Oczywiście można napisać nowe słowa i odwołać te wcześniejsze, ale nie zawsze da się to zrobić. Z drugiej strony to, co napisane może łatwo przepaść, zaginąć, zostać zniszczone. Mowa natomiast ulatuje dużo szybciej – ledwie przebrzmi w naszych uszach już jej nie ma – jej natychmiast przemijający byt, wydawałoby się, skazuje słowo mówione na posiadanie dużo mniejszej wagi niż słowo pisane.

Można jednak zauważyć, że słowa, które ktoś nam powie działają na nas dużo mocniej niż te, które przeczytamy. Owszem, dużo łatwiej się powołać na pismo, gdy zaś rzeczy usłyszanej dużo łatwiej zaprzeczyć, prosto przeinaczyć ją, twierdzić, że czegoś nie wypowiedziano. Pismo pozostawia dużo więcej dowodów, bo rozpowszechnienie dyktafonów nie jest szczególnie duże, ale wydaje mi się, że mowa pozostawia dużo trwalsze ślady w pamięci. Naturalnie po pewnym czasie można nie być w stanie przypomnieć sobie dokładnie jak brzmiało jakieś zdanie, coś w naszej pamięci się zniekształci, zaś zapisane słowa w elektronicznej lub papierowej formie pozwalają na łatwiejsze odwołanie się do nich w przyszłości. Jednak właśnie ten fakt – to że pozwalamy papierowi pamiętać za nas – skłania nas do łatwiejszego zapominania tego, co napisano.

Słowa, przeciwnie, mogą nam ulecieć, ale wrażenie jakie na nas odniosą, okoliczności gdy padły, tembr głosu wypowiadającej je osoby – to wszystko dużo dłużej zostanie w naszej głowie. Kolory mogą wyblaknąć, to i owo rozsypie się bądź poprzestawia, ale pewne niespójne kształty, kontury obrazów, dźwięków, a najbardziej idei, zostaną naruszone czasem w dużo mniejszym stopniu i trwać będą z nami czasem aż do samej śmierci. Listom, pamiętnikom czy dziennikom również nie można odmówić tej zdolności do opierania się czasowi, ale jest pewna delikatna, subtelna różnica, która czyni z mowy nośnik, któro dużo mocniej wyryty zostaje w naszej pamięci – ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Dużo ważniejsze niż to jak zapamiętamy słowa jest to, jak te słowa zadziałają na nas w chwili odbioru. Często docierają do nas przypadkowe zbitki dźwięków, bądź liter, które nie mają większego znaczenia w rozważanej perspektywie; są jedynie informacjami, które mogą być do czegoś komuś przydatne lub też stanowią bełkot niezrozumiały dla kogokolwiek. Jeśli jednak rozważamy słowa, które docierają w określonym celu, to stajemy przed zupełnie odmiennym światem możliwości.

Słowa stwarzają. Odkryliśmy to już tysiące lat temu, gdy zaczęto pisać pierwsze utwory prozą najpierw w celach religijnych a później, gdy wynaleźliśmy fikcję literacką, otworzyły się przed nami zupełnie nowe światy i możliwości – jeden człowiek może stworzyć miejsce, całą nową rzeczywistość, używając jedynie słów, a miliony ludzi mogą o tej rzeczywistości przeczytać i ruszyć do niej jak do zupełnie nowego świata, w którym mogą zaistnieć na nowo, w zupełnie odmienny sposób. Mi jednak chodzi o słowa, które docierają do niewielu osób – o takie zbitki liter i dźwięków, które komunikujemy każdego dnia. Jesteśmy zwierzętami, które takiej arbitralnej sekwencji znaków przypisują określone znaczenie, a co za tym idzie, wypowiadanie określonych słów wiąże się z pewnymi konsekwencjami. Żadne słowo nie jest bezkarne. Ostrzeżenie Mirandy padające w amerykańskich filmach najlepiej to unaocznia, ale w codziennym życiu mając zaledwie kilka lat przekonujemy się, że to, co wyjdzie spod naszej ręki albo wypłynie z naszych ust, będzie niemal zawsze miało jakieś konsekwencje. Jeżeli ktoś widzi lub słyszy nasze słowa, to nie może pozostać im obojętny, a przynajmniej nie w sensie braku jakiejkolwiek reakcji na odbiór tychże znaków. Są ludzie, którzy potrafią opanować swoje emocje i są ludzie, którzy są mniej wrażliwi na słowa, ale nikt z nas nie może się na nie uodpornić. Jeśli jadąc autobusem przeczytam na bilbordzie jakieś hasło reklamowe, to na płaszczyźnie praktycznej zapewne będzie mi ono obojętne, ale w odniesieniu do mojego aparatu percypującego nie jest możliwe odcięcie się od przeczytanych czy usłyszanych słów. Odbierając je przynajmniej powtórzę je w swojej głowie i zajmę wobec nich jakieś stanowisko – nawet jeśli będzie to decyzja o ich zignorowaniu podjęta w ułamku sekundy.

O ile silniejsze są słowa adresowane do bezpośrednio do określonego człowieka. Będąc nadawcą lub adresatem w procesie indywidualnej komunikacji ma się do czynienia z dużo silniejszym działaniem słów. Są one przecież obmyślone dla tej, a nie innej osoby. Fakt wypowiedzenia jakiegoś zdania przy świadkach czyni je dużo bardziej faktycznym – skierowanie słów do jednej osoby sprawia, że one stają się już w zasadzie nieśmiertelne tak długo, jak żyje osoba, do której je skierowaliśmy, oczywiście z poprawką na jej zdolności mentalne. Wypowiedzenie czegoś w przestrzeń, jak choćby blogowanie może być mniej lub bardziej groźne. Oświadczenie czegoś przy innym człowieku daje słowom niesamowitą realność i sprawia, że nie mogą one już przebrzmieć wraz z wygaśnięcie fali akustycznej. Ich nośnikiem pozostanie człowiek na tak długo jak będzie chciał i mógł nim pozostać.

Pozostaje jeszcze problem słów, które chcielibyśmy, by były wypowiedziane tylko raz w życiu. Na myśl przychodzi pewna grupa zwrotów, z wśród nich zwłaszcza czasowników, bo to one mają największą moc – czynią coś z niczego, które mają działanie zamierzone nawet poza krótkie ludzkie życie. Są słowami natchnionymi nadzieją na przetrwanie próby czasu. Co jednak, jeśli zamiast przetrwać zgon wypowiadającego tracą swoje znaczenie wkrótce po ich wypowiedzeniu? Czy można je kiedyś wypowiedzieć ponownie? Oczywiście, że tak, ale czy będą miały tę samą siłę i przede wszystkim, czy my sami będziemy w nie wierzyć jednakowo silnie, gdy pierwszy raz je wypowiedzieliśmy? Słowa się zużywają. Przychodzi czas, kiedy ich zużycie jest już zbyt duże, by mogły cokolwiek zdziałać.

Słowa ranią, słowa cieszą, słowa niszczą, słowa bawią, słowa dzielą, słowa zabijają. Potęgę słów tak łatwo przecenić – w końcu nie idą one w ilość; jeśli użyje się ich za dużo nie przybierają wcale na sile, nie amplifikują swojego działania, a jedynie duszą się we własnym nadmiarze i przeciwnie do zamierzeń tracą swoją moc, zamiast uzyskać ją ze swojego wielkiego nagromadzenia. Można wypowiedzieć tyle słów i nie zostać zrozumianym. Przed ponownym wypowiedzeniem tych samych słów człowiek musi się zastanowić, czy warto po raz drugi otwierać usta bądź zużywać atrament.

czwartek, 3 lutego 2011

Montparnasse

Starając się wczoraj wieczorem zasnąć w łóżku zwróciło moją uwagę, że gdy dwie godziny wcześniej szedłem ulicą poczułem dotkliwe zimno. Przypomniałem sobie o tym, bo w łóżku poczułem podobny chłód. Zazwyczaj po prostu odkręciłbym kaloryfer i nie zwrócił na to uwagi, ale świadomość zimna okazała się przytłaczająca. Odkryłem – w nocy z 2 na 3 lutego – że jest zima i naturalnym jest, że jest zimno. Nieco inną sprawą jest, dlaczego poczułem to dopiero teraz; co sprawiło, że dokonałem tego odkrycia dopiero teraz. Skupiam się tu na samej niespodziance tego spostrzeżenia. Gdyby warunki na to pozwalały, to zachichotałbym przypominając sobie durną czytankę z podręcznika do japońskiego, o równie „spektakularnym” odkryciu. Jednak przyczyna, która sprawiła, że owego wieczoru obudziłem się z hibernacji i zastałem zimę, i zdziwiłem się nią, nie pozwalała mi się śmiać. Niemniej faktyczność (a może faktualność?) tego chłodu była zbyt realna, by się jej oprzeć.
Nareszcie zrozumiałem, że tylko dzięki ciepłu swojego ciała jestem w stanie odczuwać chłód, dzięki bólowi potrafię docenić ukojenie – zrozumiałem wreszcie, że byt kształtowany jest przez nicość, bo to poczucie braku uświadamia mi egzystencję, przypomina, perwersyjnie wręcz wbija w świadomość przekonanie o tym, że coś było, i że teraz czuję, że czegoś nie ma. Tylko dzięki temu, że czegoś nie ma doceniam, że coś jest lub było – tylko dzięki temu, że wychodzę i rozstaję się z kimś, jestem w stanie docenić, gdy spotykam się z tą osobą następnego dnia. Ciągłe trwanie byłoby tylko przyczynkiem do znużenia, zaś powtarzalność uczucia braku prowadzi do zrozumienia bytu. Byt (dla-siebie) byłby niczym bez nicości, to znaczy nigdy nie potrafiłby osiągnąć esencji, nie miałby możliwości odkryć wartości bytu bez doświadczenia braku tegoż.
Jak niewiele i wiele zarazem trzeba, by dokonać odkryć tak prostych, poczynionych przez ludzi już dużo wcześniej, ale by dokonać ich dla siebie samego. W tym momencie pewien francuski filozof mógłby, w moje miejsce, głośno zachichotać nad japońską czytanką, ale przeszkadza mu w tym to, że nie żyje. A ja, zbulwersowany odkryciem, zniesmaczony nie tyle jego konsekwencjami, co świadomością braku, nicości, nie mogę nawet nasikać na jego grób. Nie chodzi tu o fizyczną niemożność wybrania się do Paryża, ale o szkodę, którą takie postępowanie by przyniosło. Otóż bezczeszczenie czyjegoś grobu jest tylko tryumfem właściciela – sam fakt, że posunąłbym się do tego, by uczynić coś tak, z punktu widzenia zmarłego, zupełnie nierelewantnego, byłby tylko afirmacją jego osoby, jeszcze jednym tryumfem za grobu. Otóż próba zemsty na czymś lub kimś, co nie istnieje, jest absolutnie daremna. Taka próba zbezczeszczenia jedynie podkreślałaby to, z czym próbuję się nie zgodzić; oznaczałaby, że autor myśli, z którą walczę w taki właśnie sposób, jest autorem myśli słusznej, i im bardziej próbowałbym zaprzeczyć, tym bardziej przyznawałbym temu rację.
Wolno mi być może wszystko, ale nie zmienia to faktu, że w obliczu pewnych spraw, pomimo całej swojej wolności i wszystkich możliwości wyboru, pozostaję całkowicie bezsilny. Wobec pustki nicości jest się absolutnie bezsilnym.