W sprawach organizacyjnych generalnie zapraszam do Chin, ale najlepiej do Xi'anu, bo okazuje się, że Pekin, jak przystało na stolicę pełen jest tutejszego porządku. Przykładem niech będzie następująca historia.
Jest czwartek, pewnego pięknego grudniowego przedpołudnia siedzę sobie w pokoju i kolejny raz zdycham na jakąś chorobę górnych dróg oddechowych, bo mój szwankujący nochal zdecydowanie nie ma się najlepiej przy pekińskim powietrzu. Pukanie do drzwi - myślę - "Któż o tej porze?" - Otwieram drzwi i mym oczom ukazuję się znajoma mała skośna twarzy, swoją drogą jedna z najskośniejszych jakie widziałem.
Fuwuyuan rezydentna dla tego piętra (za zbójnicze pieniądze, które dopłacam, by mieć zachodni sedes, w cenie jest również codzienne wyrzucanie śmieci i cotygodniowa zmiana ręcznika i pościeli) zadaje standardowe wyjściowe pytanie, które nakazuje każdemu fuwuyuanowi zadać niezidentyfikowana siła wyższa, którą nie bardzo mogę rozpracować - "Keshituofu, Bolanren? (*upraszczam, podając tylko to co relewantne, i co rozumiem)" - No, zaintrygowany czegóż to znów mogą ode mnie chcieć, mówię spokojnie: "Shi wo (najdłuższe zdanie, w którym umiem w miarę poprawnie wykonać wszystkie tony nie zastanawiając sie zbyt długo)". "Nie chodzisz ostatnio do szkoły, prawda?" - zaczyna delikatną inwigilacją. Pomrukuję, potakując głową. "Jesteś chory?" - Zbity z tropu znowu coś mruczę. Fuwuyuanka kontynuuje - "Byłeś u lekarza? Powinieneś pójść." - Trochę niezadowolony z pytania, bo u lekarza nie byłem, bo mam dość biegania i wysłuchiwania krzyków, bo nie ten pokój, bo znów mnie durne pielęgniarki wskazały do nie tego co trzeba, odpowiadam: "Tak, byłem, mam dużo lekarstw." - a myślę sobie jedynie z coraz bardziej wrogim wyrazem twarzy: I tak ten Wasz kurwa pseudo-lekarz bez stetoskopu gówno mi pomoże. Mam leki od Elizy, będzie dobrze.
Ale Fuwuyuanka za sprawą swoją a może siły wyższej niestrapiona kontynuuje - "Nie chodzisz na zajęcia. Poinformowałeś nauczyciela?" - I w tym momencie z prawdopodobnie głupim wyrazem twarzy wyrażającym "A co kurwa obchodzi moją sprzątaczkę i ludzi od akademika jak załatwiłem sprawę z laoshymi??!!" (dzień wcześniej napisałem maila z pytaniem, czy mam jeszcze limit nieobecności, i że sądzę, że Pekin mi nie służy. Zhang-laoshi z Sugouwską delikatnością odparła po chińsku, że nie mam się czym martwić, i że życzy mi zdrowia etc.) Jak się można spodziewać zdegustowany odparłem: "Tak, powiedziałem swojemu laoshi." - "No to dobrze, to jedz lekarstwa i odpoczywaj." - bez najmniejszego zadowolenia ze wspaniale spełnionego wobec chińskiego wymiaru sprawiedliwości obowiązku fuwuyuanka żegna się zaijienem, zostawiając mnie ze sporym niesmakiem w ustach, który akurat wcale nie jest konsekwencją przyjętych kilkanaście minut wcześniej leków. Koniec końców mam nadzieję, że przysłał ją jakiś urząd bezpieczeństwa, bo jeśli to tylko inicjatywa kierownika akademika albo kogoś takiego to przecież ich zbombarduję jak tylko będę miał kiedyś okazję.
Co by wyjaśnić - mój jakże "luksusowy" akademik jest w zasadzie obozem koncentracyjnym. Odwiedziny od 16 do 22, w weekendy od 9. Trzeba zostawiać jakiś dowód tożsamości w recepcji. Kontroli czasem nie ma, a czasem wręcz posikać się można z restrykcji, jakie nakładają. Mój ulubiony przykład - ja i czworo Francuzów wchodzimy do akademika. Jest coś po 13, wracamy z obiadu po zajęciach. Jeden z Francuzów nie mieszka w akademiku. Jakby nigdy nic kierujemy się w stronę windy - a tu nagły krzyk halt! Recepcjonistka w grupie waiguorenów wykrywa obcego! I ja sobie myślę - Co?! No przecież nas szło pięcioro - jak ona śmiała w ogóle zwrócić uwagę, że jedno z nas nie jest lokatorem tego budynku na ponad 400 osób!? Naturalnie tego Pana zawrócono...
Ale co, by nie było, że Chiny to restrykcyjny kraj - porównajmy z Xi'anem. Dla ciekawostki za Mateuszem, hrabią Sosem Sasinowskim podaję, że tamtejsze akademiki dla tubylców mieszczą po 8-10 osób i zawierają jedynie łóżka i wielkie stoły z paroma krzesłami. Nie ma kontaktów ani włączników światła - w końcu nie wolno im mieć urządzeń elektrycznych, a światło samo gaśnie punkt 22.00, więc wszystko gra, prawda? Żyć nie umierać. Natomiast gaijini (tudzież waiguoreny jak kto woli) mają tam pełen luksus - w cenie apartamentu z oknami, które nawet przy temperaturze +5 C przewodzą chłód jest zachodni sedes, który jak przystało na chiński nie akceptuje dużej kupy (w tym momencie chciałbym rzec "Sorry, Gawron!"), więc trzeba robić mniejsze. Kwestia sztuki, by się nauczyć i nie zatykać go co parę dnia... W każdym razie o tyle dobrze, że podczas naszego pobytu z Elizą u Sosa tamtejsi fuwuyuani mieli absolutnie w dupie kto i kiedy i w jakiej liczbie wchodzi i wychodzi z akademika (zwanego dumnie "hotelem" - na wprost wejścia stoi inny budynek, na którym napis angielski - jest też chiński oczywiście - głosi "What a delight is to have friends from afar"). W końcu przespaliśmy tam 3 noce i nikt nawet pewnie nie wiedział, że byli nielegalni gaijini, którzy nawet nie pokusili się, by zarejestrować na policji, zgodnie z chińskim prawem, miejsca pobytu, jeśli zostaje się w nim dłużej niż 24 godziny. Jakby kto pytał - uczelnia Sosa to XISU, a moja BLCU. (to oni są odpowiedzialni za popsucie HSK - chińskiego JLPT - i dodanie doń sekcji "kouyu", czyli mówienia...) I rzeczywiście, inna prowincja, inne jedzenie, inne zwyczaje, inne fuwuyuany...
Wciąż czekają nas: Xi'an, Tianjin, Francuzi i depresje, autostrady i monumentalizm, i coś pewnie jeszcze...
"Smutek był formą, a szczęście treścią. Szczęście wypełniało przestrzeń smutku." - Milan Kundera "Nieznośna lekkość bytu"
Nowy Świat
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sebek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sebek. Pokaż wszystkie posty
piątek, 1 stycznia 2010
środa, 23 grudnia 2009
Przychodzi Polak do (chińskiego) lekarza
Dawno już nic nie pisałem, a że wena do pisania bloga kończy mi się przy pisaniu maili, więc pomyślałem co by opublikować fragment jednego z nich. Z listu do Sebastiana, z dnia 11 listopada br.
Otóż dziś, uzbrojony w marny zasób słownictwa, uderzyłem do tutejszej kliniki studenckiej i naturalnie po paru zdaniach niezrozumiałej konwersacji pokazano mi na tablice świetlną, która po paru chwilach oświeciła mnie na czerwono, że lekarze w godzinach 11.45-13.30 mają przerwę. No cóż. Tutaj o 12 chyba tylko poczta pracuje - przynajmniej oficjalnie. Wróciwszy zatem robię "guahao" i naturalnie każą mi płacić - 5 mao (=22 gr) - więc jakoś przeżywam tą dziwną prośbę, choć załapanie "wumao" trwa kilkanaście sekund, bo nie rzadko zdarza się w tym kraju słyszeć tą jednostkę monetarną. Pytam o pokój, ale porywa mnie siostra w maseczce i każe zmierzyć temperaturę, po czym znów odsyła do okienka, w którym dają mi nowy świstek i każą iść na drugie piętro do "yuan-cośtam-shi". Po jakże zdrowym wdrapaniu się po schodach znajduję miłą panią, która w miarę prosto tłumaczy gdzie mam iść - i tu niespodzianka - bo trafiam przed panią za szklaną szybką która ma igłę i robi coś dziwnego. Na szczęście okazuje się, że biorą krew z palca - mój palec nie chce krwawić "yinggai duo he shui!" - wyraz mojej twarzy musiał być bezcenny. Po 10 minutach jest wynik - mnóstwo znaczków, ale wystarczająco czytelny dzięki międzynarodowym skrótom, żeby oznajmić mi, że to morfologia krwi. Niestety Chińczycy jeszcze nie wymyślili magicznego testu na A/H1N1.
Z kartką biegnę do rejestracji po raz trzeci. Tam każą mi iść do pokoju lekarskiego - staję więc w kolejce, by po wejściu do pokoju wyglądająca na 70 lat babcia zaczęła mówić do mnie coś czego zupełnie nie kumałem. Ale wzięła długopis i zaznaczyła mi na kartce 2 znaki - aha, więc mam lekarza o nazwisku "Liu cośtam" - tylko teraz gdzie on kurde przyjmuje. Rejestracja po raz kolejny. Okazuje się, że pani dr Liu pełni dyżur antygrypowy 5 metrów od rejestracji - nie mogli tak od razu?! Oczywiście siedzenie na ławce i czekanie okazuje się bezsensem, bo wiekowi Chińczycy wbijają natychmiast przez drzwi, które i tak nie są zamknięte - w końcu na co komu tajemnica lekarska, czy prywatność. Okaże się jednak, że istotnie nie trzeba zamykać drzwi. Po serii w miarę zrozumiałych pytań pada sakramentalne "Czy mogę brać Aspirin?" No mówię, że tak. Badanie poza rozmową sprowadza się do zajrzenia do gardła. Ciekaw więc jestem, czy mam zapalenie oskrzeli czy coś innego. "Duo he shui!" Żegna mnie na do widzenia.
Idę więc do apteki, się znaczy oszklonego pokoju kilkanaście metrów dalej. Ja jestem gaijinem, więc staję przy okienku "Xiyao", ale i tak wiem, że moje leki niewiele będą miały wspólnego z Zachodnią medycyną. Pan spogląda na kartkę i coś mówi, ja na to eeee? powtarza "jiu fei" - po 3 sekundach oświecenie - pieczęć - a więc jeszcze jedna wizyta w rejestracji po pieczątkę.
Wracam do pana w aptece - naładował mi całą reklamówkę czegoś i wytłumaczył ile razy to ile tamto. Na do widzenia zgadnij co powiedział? Tak! "DUO HE SHUI!" ALLELUJAH! I kur zapiał... Okazało się, że połowa moich leków to flakoniki z dziwną cieczą, które przypominały mi nasze zastrzyki. Jedno wiedziałem na pewno - nie będę sobie dawał niczego brązowego wstrzykiwać. Ulotka ratuje moje nieosłuchane stetoskopem (właściwie nie widziałem u nich tego urządzenia) serce - pośród badziewia znaczków "koufu" - uff czyli mam to łykać - bo dalszej analizie okazuje się, że dołączone są śmieszne cieniutkie słomki. Jeden z leków smakuje jak obrzydliwa kawa, a drugi po prostu obrzydliwie - dawkowanie 3 razy dziennie - mojej radości nie ma końca.
Poza tym dostałem antybiotyk - azytromycynę - oraz paracetamol. Dotąd pojąć nie mogę gdzie jest moje "Aspirin". No chyba, że w chińskiej farmacji między paracetamolem, a aspiryną nie ma już różnic w związku z uchwałą Parlamentu Ludowego. Tada! I to by było na tyle. Ileż emocji, ileż wrażeń. Aż mi się zrobiło gorąco. Ups, gorąco mi się zrobiło, bo Irańczyk wyzamykał wszystkie okna i ja przy kaloryferze mam ochotę na drinka z palemką:P
Otóż dziś, uzbrojony w marny zasób słownictwa, uderzyłem do tutejszej kliniki studenckiej i naturalnie po paru zdaniach niezrozumiałej konwersacji pokazano mi na tablice świetlną, która po paru chwilach oświeciła mnie na czerwono, że lekarze w godzinach 11.45-13.30 mają przerwę. No cóż. Tutaj o 12 chyba tylko poczta pracuje - przynajmniej oficjalnie. Wróciwszy zatem robię "guahao" i naturalnie każą mi płacić - 5 mao (=22 gr) - więc jakoś przeżywam tą dziwną prośbę, choć załapanie "wumao" trwa kilkanaście sekund, bo nie rzadko zdarza się w tym kraju słyszeć tą jednostkę monetarną. Pytam o pokój, ale porywa mnie siostra w maseczce i każe zmierzyć temperaturę, po czym znów odsyła do okienka, w którym dają mi nowy świstek i każą iść na drugie piętro do "yuan-cośtam-shi". Po jakże zdrowym wdrapaniu się po schodach znajduję miłą panią, która w miarę prosto tłumaczy gdzie mam iść - i tu niespodzianka - bo trafiam przed panią za szklaną szybką która ma igłę i robi coś dziwnego. Na szczęście okazuje się, że biorą krew z palca - mój palec nie chce krwawić "yinggai duo he shui!" - wyraz mojej twarzy musiał być bezcenny. Po 10 minutach jest wynik - mnóstwo znaczków, ale wystarczająco czytelny dzięki międzynarodowym skrótom, żeby oznajmić mi, że to morfologia krwi. Niestety Chińczycy jeszcze nie wymyślili magicznego testu na A/H1N1.
Z kartką biegnę do rejestracji po raz trzeci. Tam każą mi iść do pokoju lekarskiego - staję więc w kolejce, by po wejściu do pokoju wyglądająca na 70 lat babcia zaczęła mówić do mnie coś czego zupełnie nie kumałem. Ale wzięła długopis i zaznaczyła mi na kartce 2 znaki - aha, więc mam lekarza o nazwisku "Liu cośtam" - tylko teraz gdzie on kurde przyjmuje. Rejestracja po raz kolejny. Okazuje się, że pani dr Liu pełni dyżur antygrypowy 5 metrów od rejestracji - nie mogli tak od razu?! Oczywiście siedzenie na ławce i czekanie okazuje się bezsensem, bo wiekowi Chińczycy wbijają natychmiast przez drzwi, które i tak nie są zamknięte - w końcu na co komu tajemnica lekarska, czy prywatność. Okaże się jednak, że istotnie nie trzeba zamykać drzwi. Po serii w miarę zrozumiałych pytań pada sakramentalne "Czy mogę brać Aspirin?" No mówię, że tak. Badanie poza rozmową sprowadza się do zajrzenia do gardła. Ciekaw więc jestem, czy mam zapalenie oskrzeli czy coś innego. "Duo he shui!" Żegna mnie na do widzenia.
Idę więc do apteki, się znaczy oszklonego pokoju kilkanaście metrów dalej. Ja jestem gaijinem, więc staję przy okienku "Xiyao", ale i tak wiem, że moje leki niewiele będą miały wspólnego z Zachodnią medycyną. Pan spogląda na kartkę i coś mówi, ja na to eeee? powtarza "jiu fei" - po 3 sekundach oświecenie - pieczęć - a więc jeszcze jedna wizyta w rejestracji po pieczątkę.
Wracam do pana w aptece - naładował mi całą reklamówkę czegoś i wytłumaczył ile razy to ile tamto. Na do widzenia zgadnij co powiedział? Tak! "DUO HE SHUI!" ALLELUJAH! I kur zapiał... Okazało się, że połowa moich leków to flakoniki z dziwną cieczą, które przypominały mi nasze zastrzyki. Jedno wiedziałem na pewno - nie będę sobie dawał niczego brązowego wstrzykiwać. Ulotka ratuje moje nieosłuchane stetoskopem (właściwie nie widziałem u nich tego urządzenia) serce - pośród badziewia znaczków "koufu" - uff czyli mam to łykać - bo dalszej analizie okazuje się, że dołączone są śmieszne cieniutkie słomki. Jeden z leków smakuje jak obrzydliwa kawa, a drugi po prostu obrzydliwie - dawkowanie 3 razy dziennie - mojej radości nie ma końca.
Poza tym dostałem antybiotyk - azytromycynę - oraz paracetamol. Dotąd pojąć nie mogę gdzie jest moje "Aspirin". No chyba, że w chińskiej farmacji między paracetamolem, a aspiryną nie ma już różnic w związku z uchwałą Parlamentu Ludowego. Tada! I to by było na tyle. Ileż emocji, ileż wrażeń. Aż mi się zrobiło gorąco. Ups, gorąco mi się zrobiło, bo Irańczyk wyzamykał wszystkie okna i ja przy kaloryferze mam ochotę na drinka z palemką:P
Subskrybuj:
Posty (Atom)