Zacznę po lewej i będę skakał jak mi się podoba. Andri – Indonezja, z nadzianego ojca pochodzenia chińskiego, studiował w Hameryce jakiś kierunek, ble, informatyczny. Dobrze mówi po hamerykańsku i dogaduje się z Hamerykanami, ale c, ch /cz/, z, zh /dż/ itp. W jego wykonaniu brzmią zawsze tak samo – jak syczenie. Zresztą to problem wszystkich Indonezyjczyków, których mam w grupie. Tak sobie myślę, że polski by ich zdruzgotał.
Duże w czerwony – Valter, Portugalia, spoko gość, szkoda że trochę wiekowy i łysiejący. Jeden z bardziej kumatych. Małe w czerwonym – Patty, Indonezja – słodka dziewczynka, o której zupełnie nic nie wiem.
Małe w czarnym – Brian, Hamerykanin z Michigan. Jeśli oglądaliście „Family Guya” to dokładnie taki sam Brian jak tam, przynajmniej, co do sposobu wysławiania się, no może nie taki dystyngowany. Nawet przy temperaturze 4 stopni chodzi w klapkach. Poza tym za chińskie imię wybrał sobie Bai Ren, czyli dla niewtajemniczonych „biały człowiek”. Nasza sensei delikatnie mu wytłumaczyła, że brzmi to dla Chińczyków rasistowsko. Kumpluje się z Belgiem.
Duże w paskach – Mert, Turcja – mówi dobrze po francusku i rosyjsku, a przynajmniej tak wygląda. Niestety jego „Aj tink ju szud du dis end dat” mnie rozbraja. Poza tym jest niezmiernie tajemniczy. Trzyma z Francuzami. (Tak tymi, których nie mam w grupie, a o których wciąż nie napisałem).
Malutkie w paskach – Profesor Lizzie, Imperium Brytyjskie. Profesor, bo uczy biznesmenów na Beijing University i tak do niej mówią. Ja w swojej szkole średniej o cholernie długiej nazwie mam skromny tytuł Oral English Teacher. Ma tak wspaniały akcent, że przy mojej miłości do Received Pronunciation mogłaby być dla mnie drugą królową brytyjską (bo pierwszą jest oczywiście doktor Basia).
Malutkie, siedzi – Ollie, przystojny absolwent poważnego uniwersytetu w Imperium Brytyjskim, którego nazwę jeszcze wczoraj pamiętałem. Niestety już zajęty. No ale biorąc pod uwagę, że jest ode mnie 30 centymetrów niższy to nie będę długo płakał. Potwierdza teorię Elizy, że brytyjskich mężczyzny zrozumieć ciężej niż kobiety.
Białe, szeroko uśmiechnięte – Nery, Kostaryka – równa luźna babka przy kości. Sosu może dostawałby drgawek przy jej hiszpańsko-latynoskim. No a może nie.
Białe siedzi – Sun Di –nauczycielka z aparatem na zębach, zakładam, że w moim wieku, ale się jeszcze nie przyznała. Styl prowadzenia zajęć ma identyczny jak nasza Danka. Zresztą pisałem o niej.
Czarne, duże, z tyłu – Cezar, Rumunia – zupełnie nie wygląda jak Rumun. Twierdzi, że od dzieciństwa był przewodniczącym grupy zajęciowej w przedszkolu, a skończywszy na Parlamencie, więc trochę mu nie wierzę. Generalnie luzak i żartowniś, przybywa na zajęcia w połowie – w sensie w połowie zajęć danego dnia. Oczywiście chiński idzie mu lekko.
Fioletowe bóstwo z długimi włosami – Natty, Chile – spoko babka, która jednak woli towarzystwo swoich latynoskich znajomych niż taką żenadę jak my. Trzyma się razem z Kostarykanką.
Pani w szaro-czarnym – Zhang Jianhua – wcielenie wszelkich cnót, druga inkarnacja Sugou, zawsze nienagannie ubrana w modne, moim zdaniem, garsonki, marynarki, czy co tam noszą kobiety. Mój ideał nauczyciela.
Czarne długowłose powyżej – Tamila, Kazachstan – naturalnie mówiąca po rosyjsku lokalna blondynka, wyrażająca ciągłe upierdliwe wąty do pracy banzhanga, czyli mnie.
Na prawo od niej – Joost, Belgia – ach, niech krótkie westchnienie standardowe Wam, szanowni czytelnicy, a przede wszystkim czytelniczki, wystarczy. Trudno mi określić jaki jest. Jedno z pewnością mu wychodzi – tony. Brzmi wprost przepięknie – nawet nauczyciele nigdy nie mają mu nic do zarzucenia. Trzyma z Hamerykaninem.
Dalej na prawo, z dziwnym wyrazem twarzy, Dylan z „apstejt nju Jork”, drugi Hamerykanin w grupie. Raptem 19 lat i swoją manierą przypomina mi trochę Sosa. Niestety równie jak Sos jest w stanie, ku mojemu zupełnemu zdziwieniu, przyciągać do siebie kobiety.
Dalej na prawo, Sanchai, Tajlandia – nie mam absolutnie żadnego pojęcia kto to, bo z nikim z naszej grupy nie rozmawia, ani z nikim nie chadza.
Pod nimi – Astro Boy, lub jak kto woli Yu Miao, nauczyciel z ADHD.
Na prawo i lekko do góry – wcielenie japońskiej doskonałości, obowiązkowo zawsze w bluzie z kapturem. Trzydziestoletni. Od czasu do czasu próbuje ze mną rozmawiać, a ja próbuję odpowiedzieć zapominając jak się mówi po naszemu „cztery”, co sprawia, że trafia mnie szlag i zwiększa się zapotrzebowania na tabletki antydepresyjne i walenie głową w mur.
W tym samym kierunku nad nim – moje boskie oblicze.
Pode mną – Rebecca, Filipiny. Jedna z najmniejszych kobiet jakie w życiu widziałem. Ma czterdzieści coś lat (wiem po lekcji o wieku) i zupełnie jakoś nie pasuje do całego obrazka.
W dół i na prawo ode mnie – Kolja, Ukraina – że tak powiem, aż jedzie od niego narodowością, ale odkąd zmienił fryzurę stał się nawet niezgorszym kolegą. Niestety niewiele mówi po angielsku. W zasadzie tyle co ja po rosyjsku :P
Na wschód od Ukrainy, jak wiemy z geografii, jest Rosja, a na zdjęciu, Ilja. Też zmienił fryzurę i też prawie da się na niego patrzeć. Podobnie jak słowiański kolega lekko mówi po angielsku, więc raczej nie będzie ze mną Multi-słowiańskiego aliansu. Jeden z kurzących na prawie każdej przerwie.
Pod nim, ostatnia osóbka to Charity, Indonezja numer 4. Swoim sposobem wpadania w śmiech na lekcjach Astro Boya przypomina mi Gawrona. Niestety nie znam jej zbyt dobrze by wiedzieć co za dziewczynka, ale dobrze się zapowiada.
Na zdjęciu brakuje Rasheda, Irańczyka, nie, nie tego ode mnie z pokoju, tylko tego a la Antonio Banderas. Niestety jest chamem i nie przyszedł jako jedyny na wspólne stołowanie się. Ostatnio przyznał mi się, że nie jest praktykującym muzułmaninem i poprosił, żebym nie wspominał o tym swojemu współlokatorowi. Jeśli któregoś dnia nie przyjdzie to będę musiał w obawia o swoje życie zmienić pokój.
No to by było na tyle. Następne wieści po wyprawie do Xi'anu i Sosowego raju. Ale czy ktoś w ogóle mnie jeszcze kocha i czyta moje wypociny?