Nowy Świat

Nowy Świat
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beihai. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beihai. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 31 maja 2010

Makumba odwiedza Wieżę Dzwonniczą

W imię Boshega Wszechniemogącego!
Zacznę, jak przystało na wzorowego skauta, od początku. Otóż pewnego pięknego dnia zgodziłem się potowarzyszyć etiopskiej z pochodzenia koleżance (codename Yordi) w skromnej wyciecze w Pekinie. Jak mi powiedziała nikt jej, tak jak mnie, nie kocha, koledzy wolą chodzić do restauracji niż zwiedzać, więc ona chce gdzieś pojechać, żeby zrobić zdjęcia, by pokazać siostrze. No dobra, brzmi nienajgorzej, zwłaszcza, że celem wyprawy był Beihai (park w pobliżu Zakazanego Miasta), więc w zasadzie chleb z masła. Ale jak się okazało wcale nie.
Jako, że w Beihai byłem już z moją drogą Elizą, która porzuciła mnie i Chińczyków dla imperialistycznych japońskich kapitalistów, to chciałem po drodze wpaść jeszcze do Gulou i Zhonglou (odpowiednio Wieża Bębnów i Wieża Dzwonu, tak pi razy drzwi). Sugerowałem, że jeszcze, jeśli starczy czasu, możemy zajść do Jingshang i obejrzeć malowniczy pejzaż na Gugong (Zakazane Miasto). Yordi, która po chińsku wydaje się rozumieć nieco więcej niż po angielsku, ze mną preferuje komunikacje po angielsku, co i tak sprawia niesłychane problemy, by ustalić zgodność podmiotu z orzeczeniem, czy w ogóle dostrzec podmiot i zrozumieć sens. No ale pomyślałem sobie, że jakoś dam radę ten jeden raz.
Dzień wyjścia, poniedziałek, 31 maja 2010, godzina 13. Pukam do pokoju Yordi. Jak na kobietę nie przystało jest już prawie gotowa. Ubiera właśnie buty. Buty na 2-centymetrowym obcasie. Zdegustowany zbieram się w sobie i pytam ją, czy jest pewna swojego wyboru, gdyż przypominam jej, że idziemy na wycieczkę krajoznawczą, a nie na zakupy, że będą 2 wieże i Beihai to jezioro, i że trzeba będzie chodzić w koło i jest White Dagoba, do której trzeb się wspinać i Jingshan, jak nazwa wskazuje to wzgórze... No dobra "is not good?" - odparła. Symulując brytyjskość najlepiej jak umiem mówię, że buty ładne, i że mogą być, ale że jest naprawdę dużo "walking" i że może weźmie inne. Ale nie, Etiopka stwierdza, że "maybe is good". A jak Wam tam Pani raźniej.
Po drodze 3-krotnie powtarzam, że idziemy do Beihai i spędzimy tam najwięcej czasu, ale że po drodze chcę zobaczyć Bell i Drum Tower, bo jeszcze nigdy tam nie byłem (no byłem w odpowiednikach w Xi'anie, ale chciałem zobaczyć te za Qingów, a nie te od Mingów, czy których tam wcześniejszych). Już sama przesiadka w Xizhimen (pół kilometra schodami w dół, w dół, w górę, w dół, w górę, w dół, bo ktoś był na szczycie listy popieprzonych architektów ds. rozwiązań komunikacyjnych) napawa mnie niepewnością, gdyż moja towarzyszka tak jakoś dziwnie stąpa. Ale nic, przesiadamy się na linię nr 2 i w między czasie usiłuję wydobyć coś o Etiopii, niestety gdy mówię po angielsku ona nie rozumie, odpowiada coś zupełnie nie związanego z tematem w stylu "o to Ty wiesz, że jest miasto Addis-Abeba?" - dobra, próbuję po chińsku, w końcu ona tu jest na poziomie wyżej niż ja więc powinna comprendo. No i chyba comprendo, ale odpowiada po angielsku. Rozpaczliwie szukam resztek sensu ukrytych w syntaktycznym chaosie, ale nic z tego nie wynika. Poddaję się.
Wysiadamy na Guloudajie-zhan i zmierzamy na południe w kierunku wież. Po raz 4 (gubię się w rachunku) tłumaczę, że najpierw Gulou i Zhonglou, ale do drugiej strony nie dociera, że Beihai tak, będzie, ale jest do niego 20 minut spaceru, a po drodze zboczymy oglądać budynki.
No nic, stajemy obok Zhonglou, rozglądam się za kasą - znajduję jakieś okienko, w którym Pani nawet mówi parę słów po angielsku, ale mówi nam, że zniżki nie ma, a na oba budynki bilet osiąga zbójeckie 65 yuanów. No, ale dobra, ja jestem gotów się poświęcić, ja tam chcę wejść i już, a poza tym czytałem, że w 2008 roku bilet był za bodaj 40 albo 45 yuanów, więc myślę, że wyciągnę (teraz mam dziwne przeczucie, że coś za dużo zapłaciłem, ale nie będę rozwijał tematu, bo nie wiąże się on z główną historią zbyt znacząco), ale pytam Yordi, czy jej pasuje. Ona coś tam myśli, a później mówi, że ok. No to idziemy. Dostajemy Pana, który uwaga - naprawdę mówi po angielsku, i nawet rozumiem! Zabiera nas do Gulou i mówi, że o 14.30 (więc wówczas za niecałe 10 minut) będzie pokaz gry na bębnach. Gulou w przeciwieństwie do Zhonglou jest odrestaurowany i Pan informuje nas, że jest 69 ogromnych stopni na szczyt - ja spoglądam w górę i myślę sobie - i tak wygląda na mniej niż przy przesiadce w Xizhimen, ale mam wrażenie, że gdy ja żwawo (!) pnę się na górę za mną Pan przewodnik zachęca Yordi do wspinaczki. Po drodze próbuję zrobić zdjęcia w dół owego korytarza, ale z moim aparatem gówno wychodzi. Etiopka jak jakaś babcia powoli pnie się do góry, a ja sobie myślę, że miesiąc temu na Wielkim Murze wspiąłem się 20 razy tyle i żyłem i niespodzianka, myślę sobie - istnieje zdrowy człowiek w moim wieku, który ma gorszą sprawność fizyczną niż ja! A kysz wy wszyscy wuefiści, z którymi kończyłem z oceną dostateczną wybłaganą i wypoconą. Ja i moje 80 kilo zdobyliśmy Gulou i nie wypluwam jeszcze płuc! A wiem, że znajomi dobrze wiedzą, że to u mnie wielki wyczyn. Widok z Gulou jest całkiem ładny, acz można tylko patrzeć w kierunku południa, gdyż reszta jest zagrodzona. Czyżby trzymali tam snajperów na wypadek buntu studentów? No nic, zaczyna się pokaz - 5 chińskich młodzików gra na 5 bębnach, co kiedyś odbywało się ponoć 12 razy na dobę, a dziś tylko dla białych (którzy przeważają wśród zwiedzających w stopniu 3 do 1). Bez rewelacji, no ale coś jest. W Xi'anie było ładniejsze przedstawienie, ale też przeżyję. W między czasie robię zdjęcia zegara wodnego, jakichś dziwnych rzeczy, które pomagały odmierzać czas i starego zniszczonego bębna, który jako jedyny ostał się po powstaniu bokserów.
Yordi każe zrobić sobie parę zdjęć. Zasadniczo resztę przedmiotów i pokaz raczej ignoruje. Jak się później okaże firma Casio powinna pozostać przy robieniu zegarków, a nie uciekać się do produkcji aparatów fotograficznych.
No nic to, schodzimy, Etiopka wygląda na lekko zmordowaną - buty na 2 centymetrach nie wydają się pomagać. Zmierzamy do Zhonglou, które wygląda na nie odnawiane, ale gdzie ma być największy chiński dzwon. I naprawdę jest ogromny, ale oczywiście trzeba wspiąć się po ogromnych schodach. Ja znów myślę Xizhimen a moja towarzyszka zdycha pewnie gdzieś za mną. Ja wspiąwszy się jak pantera (czy Ty sobie Gosiu to wyobrażasz?) w porównaniu z Yordi po tym razem 76 stopniach, kontempluję ogrom dzwonu. Gdy przewodnik i czarna "pantera" docierają na górę tenże pierwszy mówi nam, że dzwon też brzmiał kilka razy dziennie, ale teraz używa się go tylko na Chunjie (co mnie dziwi, że nie na Shi-yi, ale nie inwigiluję dalej, bo nie mam tego w charakterze). Jest legenda, robię zdjęcia. Yordi ze zdziwieniem przyjmuje do wiadomości, że będąc metr od niej nie jestem w stanie objąć jej ruskim aparatem jej i 11-metrowego dzwonu - ciekawe czemu? Może trzeba mieć doktorat z fizyki, by rozumieć ten problem? No ale nic - staje na tym, że chrzanić dzwon, liczy się, by twarz Etiopki było ładnie widać. I wówczas sobie myślę, że na cholerę było jej płacić 65 kuai'ów - nie mogła stanąć przy naszym kiosku przed południową bramą? Efekt przecież byłby dla widzącego zdjęcie identyczny. Przewodnik demonstruje widok na północ Pekinu, że tam gdzieś jest Bird's Nest (narodowy stadion olimpijski) a tu blisko są hutongi - no co ja bym bez jego wiedzy zrobił.
Schodzimy - Yordi już nawet nie każe robić zdjęć na schodach - mówi, że "is tired", a ja jej na to, że od wyjścia z akademika minęły 2 godziny, i ledwie zaczęliśmy - w Beihai drugie, a w Jinshan trzecie tyle wspinania. Znów z ciekawością dziecka pyta gdzie ten Beihai, a ja znów szukam w sobie cierpliwości, by wytłumaczyć, że do Beihai jest jeszcze kilometr, zejdzie z 10 minut. Zbaczamy lekko w stronę Houhai, by usiąść przy jeziorku na trawce i znów zrobić parę zdjęć, ale nie takich byle było cokolwiek widać, takich by było widać Yordi, nawet kwiatuszków nie musi być widać. Staram się nie zgrzytać zębami myśląc sobie "a to kurde w ogrodzie przed akademikiem wynik byłby ten sam, a ile zaoszczędzonego czasu". Ale nic pstrykam 10, może 15 zdjęć w różnych pozach, wreszcie Etiopka zbiera się i kontynuujemy drogę o północnej bramy Beihai.
Dochodzimy do większej ulicy, wiem że brama jest tuż po drugiej stronie, ale jak to w Chinach bywa przejście dla pieszych jest 200 metrów w prawo albo w lewo. Yordi nieco zawiedziona idzie za mną, gdy zmierzam ku przejściu. Ponawia po raz n-ty pytanie gdzie jest Beihai. Liczę w myślach do dziesięciu i grzecznie wyjaśniam sytuację, chociaż nie wiem ile sensu do niej dociera. Kupujemy bilety, wchodzimy, tada! Czyż tu nie pięknie? "Is ok" - no tak, tryumf i apogeum mego entuzjazmu zostaje zdruzgotany bardziej nonszalancko niż Yuanmingyuan pod butami wojsk sprzymierzonych. Idziemy 300 metrów, Yordi mówi "is tired, we sit here one moment" - ja mogę na to tylko WTF, ale przystaję na propozycję. Wygląda na to, że zaspokojenie etiopskiej ciekawości na temat Beihai zostało wykonane w co najmniej 91.5% Jemy ciasteczka i wypijamy wodę - towarzyszka zostawia śmieci za sobą, ja pokornie tłumaczę, że tak nie można - kosz jest przecież 20 metrów dalej. No nic przypomina mi się "交通文明" (częst napis przy parkingach, oddaje kwintesencje chińskiego sposobu podejścia do głębokich problemów), tylko że nie wiem jaki jest odpowiednik dla ochrony środowiska ("保护环境"?). W międzyczasie wyjmuje ze swojej torby największy pojemnik z cieniami do powiek i szminką, jaki kiedykolwiek widziałem i poprawia co nie bądź w swej, jak na mój gust wciąż takiej samej aparycji. A myślałem, że półtora roku z przepiękną blondynką przygotowało mnie na takie scenariusze. Och, żywot ludzki pełen jest niespodzianek. Czy muszę wspominać, że jej ciastka, woda i bilety wylądowały w mojej torbie?
Zbieramy się, z mapy wyczytuję, że najbliżej nam do Ściany Dziewięciu Smoków, więc tam też staram się kierować. Po drodze trafiamy na piękny pawilon zbudowany nad stawem z rybkami, Yordi zachwyca się krajobrazem i rybkami i każe robić zdjęcia. Naturalnie sobie, nie pawilonowi, nie rybkom, nie niczemu. Po tym jak bardziej podobają się jej zdjęcia ze zbliżenia dociera do mnie jak mam robić zdjęcia. Niestety zaczyna kropić, a nasze dziecko Casio zaczyna płakać, że "low battery", więc baterię wymieniamy na nową, która przez następne 40 minut będzie robić to samo, co nie przeszkodzi jej wyłączać aparat co drugą próbę zrobienia zdjęcia, ale jednocześnie wykonać ze 20-30 ujęć, większość z lampą błyskową.
W międzyczasie znów muszę jakoś delikatnie i prosto wytłumaczyć Yordi, że jej dziecko to nawet nie moje Fuji, a co dopiero półautomatyczny aparat szerokokątny, i że w zastanych warunkach za cholerę z 1 metra nie obejmę jej i 3 metrowego pawilonu na 4-metrowej górce za nią, by zrobić rozsądne zdjęcie. I to mówi człowiek, który ma marne wyczucie estetyki i kiepskie pojęcie o fotografii.
W między czasie mijamy pawilon z panią, która odgradza wejście do środka siedząc przy stoliku, na którym leżą jakieś woreczki i stoi napis "鱼食3元" (nie trzeba być po sinologii, żeby widzieć ryba jedzenie 3 yuan?). Yordi pyta mnie czy wchodzimy - ja pytam się gdzie, a ona "there write tree kuai to enter". Ponownie rzucam okiem na napis i usiłuję zrozumieć, czy Budda demonstruje w jej rzeczywistości inny napis, czy też kobieta na poziomie wyżej niż ja nie potrafi przeczytać napisu, który powinna umieć już na poziomie 2 razy niższym niż ja. Naturalnie cierpliwie wyjaśniam, że to dla rybek, a do środka i tak nas nie wpuści. Gdyby chociaż zasugerowała, że można tam kupić suszoną rybę, to jeszcze bym takie nieporozumienie puścił w odmęty pamięci.
Po drodze Yordi zgarniają Panie, które chcą jej zrobić zdjęcie w kostiumie cesarzowej. Więc spędzamy z Paniami 5 minut, po czym ja też daję się namówić, bo myślę sobie, że prawie jestem obrzydliwie bogaty, jak na swoją klasę bogactwa, a poza tym niewiadomo ile jeszcze w Chinach zabawię, a tam zrobię zdjęcie dla babci i mamusi - w końcu 10 yuanów to teraz dla mnie nieznaczny wydatek. Dobra, docieramy do ściany ze smokami. Nauczony poprzednim pobytem tutaj mówię, że to stare i ważne, i minshengguji, i że cesarz, i legenda. Ale Yordi przejawia znikome zainteresowanie. Casio umiera wreszcie i mogę zrobić jej zdjęcie aparatem, który nie robi dziwnych smug na zdjęciu gdy tylko światło wokół jest odrobinę za mocne i na którego ekranie widać coś więcej niż piksele, o ostrości nie wspomnę. Ale nic to, Yordi mówi, "make photo here" i wskazuję na trawkę. Osłupiony spoglądam w lewo na liczący sobie 300 lat zabytek i czekam aż się rozsypie. Mija 5 sekund, nic. Dobra, robimy zdjęcie na trawce. Och "very good" - zachwyca się moja niedola. "Now we go home?" Znów spoglądam z niedowierzaniem - przecież jest raptem 16.30, a my widzieliśmy 3 z 20 miejsc do zobaczenia w Beihai, nie mówiąc o White Dagoba i jeszcze czymś na co mamy zapłacony bilet! Delikatnie wyjaśniam, że dopiero co weszliśmy, i że chodź przejdźmy się na to białe wielkie sterczące coś na środku wyspy w środku parku. "OK"
Maszerujemy, przepraszam, wleczemy się, kolejny postój demonstruje, że buty na obcasie są do dupy, zwłaszcza, gdy chce się COKOLWIEK zwiedzić. Na ławeczce dowiaduję się ciekawej rzeczy. Yordi jest tutaj drugi rok! I szlag mnie trafia, Gosiu - no bo przecież ona jest na "zhongji shang" tak jak Ty, a jej błędy językowe są śmieszniejsze niż moje. Ona tu jest drugi rok, a jej brak zrozumienia dla prostych pytań zadawanych przez Chińczyków wręcz mnie powala. Nawet moi najgłupsi koledzy z grupy lepiej zrozumieli by takie pytania korzystając z samej tylko własnej intuicji. A tu ta kobieta marnuje pieniądze rządu Chińskiej Republiki Ludowej (w wiki wyczytałem niedawno, że wg tego rządu rząd=naród=państwo etc.), pieniądze, które ja czy Gosia moglibyśmy wykorzystać by się czegoś nauczyć. Ja się pytam - jak można być w Pekinie o 20 miesięcy, nie być nigdy na Wielkim Murze, nie widzieć nigdy Gugongu i tak olewać głupią wizytę w durnym małym i średnio ważnym parku?! Gdzie jest Budda? Gdzie sprawiedliwość? Jak komuś nie wstyd przed samym sobą? Jaki cel w życiu ma taki ktoś?
Ja wiem, że 2 lata temu zdobyłem 99/100 punktów w teście na introwertyzm, i że teraz jestem dużo bardziej otwarty, ale i tak mam raptem aż jedną Polkę, z którą poruszam głębsze tematy, ze 2 osoby, z którymi widuję się raz na miesiąc i 3 kolegów w grupie, z którymi rozmawiam o jakichś trywialnościach. Jak można mieć gorsze osiągi? Pytam się ja, jak można? Ja spędzam swoje życie oglądają Star Treka, ale widziałem w tym mieście prawie wszystko co się da. Miałem ludzi, z którymi mogłem pogadać i wybrać się na wycieczkę (abstrahuję od faktu, że jedna z tych osób wyjechała, a druga nagle przestała się do mnie odzywać z przyczyn, których do dziś nie rozumiem - trzecia zaś to Ty), a tu oto siedzi ze mną ofiara, pomazaniec narodów, mesjasz bez przesłania, która wygląda jakoby świat był strasznym miejscem, a jednocześnie wydaje się osobą normalną i nie ma najmniejszych oznak schizofrenii paranoidalnej. Ot co najwyżej oznaki lenistwa.
Boshe, bo jeszcze w ciebie uwierzę! No nic, po pogawędce na ławce okazuje się, że Chińczyki swoim zwyczajem zamknęły 10 minut przed naszym przybyciem wejście na Dagobę, ale da się dotrzeć dość blisko, by zrobić znośne zdjęcia (wspinaczka na górę odbywa się standardowo). Z zasmuceniem przyjmuje Yordi fakt, że mój aparat w warunkach pochmurnego i zbierającego się na burzę nieboskłonu, też nie robi super zdjęć, ale są wyraźne "why so dark" - no bo kurwa skąd ma padać światło myślę sobie tłumiąc drżenie rąk. Ok "let's go home". Let's go - mówię zrezygnowany. W drodze na dół napada na nas grupa Xi'ańczyków i robimy tuzin zdjęć 5 aparatami. Standardowe komplementy, że super mamy chiński i że cudni jesteśmy. Ja muszę pomóc koleżance stopień wyżej, bo słowo na "summer" gdzieś jej umknęło. Gdy mogę się pochwalić, że byłem w Xi'anie i widziałem Bingmayong i w ogóle, to poczułem się jak najbardziej światowy człowiek w promieniu kilometra. Moja towarzyszka, która odbywała swoją pierwszą od 20 miesięcy pobytu w Chinach wycieczkę do mingshengguji wyglądała jak gdyby czym prędzej chciała uciec od native'ów.
Powrót do domu odbył się autobusem. Gdybym zostawił Yordi na przystanku, albo chociaż nie powiedział w autobusie kiedy wysiąść, to pewnie zginęłaby z głodu na zajezdni autobusowej. Po wyjściu z autobusu na Chengfu-lu (ulica, przy której jest mój uniwerek, 100 metrów od bramy, którą najczęściej się używa) zadała mi pytanie - "where is beiyu?" - a ja bym się posikał z radości, gdybym tylko nie był lekko odwodniony.