Nowy Świat

Nowy Świat
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą słowa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 kwietnia 2014

Miłość w czasach lateksu

"Dziwne, ludzie klną od rana do wieczora, ale kiedy usłyszą przez radio znanego człowieka, którego szanowali, jak w każdym zdaniu mówi "pierdolę", są w jakiś sposób rozczarowani."

Milan Kundera "Nieznośna lekkość bytu"


Chmielna w piątkową noc przypomina Floriańską za dnia. Nieprzebrane tłumy głównie młodych ludzi przemierzają ją w każdym kierunku. Śmiejąc się idą żeby się urżnąć albo rżnąć między sobą. Pod kinem Atlantic już nikt nie czeka. Tylko jakiś żul zwraca betonowej naturze zawartość swoich trzewi. Kolor jego wymiocin wydaje się dużo bardziej romantyczny niż rozpalone alkoholem twarze przechodniów.

czwartek, 14 czerwca 2012

Śmierć autora a estetyka tekstu (cd.)

Warsztat pseudofilozofa - Problem nr 8 (Esej 3. cd.)
Wypowiedź estetyczna musi wywołać u odbiorcy jakąś reakcję, nawet najmniejszą i najchętniej tę, na którą została zamierzona. Jeśli ktoś zaśmieje się, bo powiedziałem coś śmiesznego, zasmuci, gdyż powiedziałem coś smutnego albo oburzy, gdy mój tekst zamierzony był na wywołanie gniewu, to znaczy, że udało mi się osiągnąć estetyczny wymiar swojej wypowiedzi. Ale nawet wtedy, gdy reakcja będzie niezgodna z oczekiwaną, ale wypowiedź wprawi odbiorcę w zakłopotanie, zmusi go do zastanowienia, może powrócenia do tekstu później i przeanalizowania go na nowo, to również odniosłem sukces w procesie estetycznego wypowiadania się. Tym samym mojej rozumienie estetyki tekstu jest szersze niż zwykła funkcja poetycka, gdzie autor niekoniecznie chce coś przekazać, ale formą zwraca uwagę na nią samą - tworzy sztukę pustą, sztukę dla sztuki.
Dla mnie to jedynie część właściwej estetyki. Rozciągam ją również bowiem na te teksty, które nie mają zamiaru stanowić dzieła, które przetrwa wieki i będzie zachwycać pięknem kolejne pokolenia. Najwspanialsze i najbardziej wartościowe wytwory mojego dialogu wewnętrznego to te teksty, które wtrącają się w normalny ciąg konwersacji po to, by zaistnieć przez krótką chwilę i wywołać uśmiech na czyjejś twarzy. I nawet jeśli jest to gorzki uśmiech zniesmaczenia to jest on dowodem na sukces procesu estetyzowania, który uprzednio założyłem (a śmiem sugerować, że wywoływanie zniesmaczenia jest tworzenie specyficznego typu estetyki). Te wszystkie krótkie, zazwyczaj werbalne teksty, które zawisają w powietrzu na krótkie sekundy, ale wyrywają swój ślad w czyjejś pamięci (niekoniecznie słowo do słowa, ale po prostu zatrzymują w pamięci odbiorcy uczucie związane ze sobą), są najbardziej dla mnie cenne.
Jeśli tekst niczemu nie służy, ale zwraca swoją uwagę poetyką i pięknem za nią tkwiącym to jest dziełem estetycznym i dziełem sztuki. Jednakże każdy tekst, który pełni przede wszystkim funkcję ekspresywno-impresywną i niesie ze sobą określone emocje, które zostają w pamięci odbiorcy do późniejszego rozważenia lub chociażby wspomnienia o nim, jest tekstem estetycznym, pomimo pełnienia funkcji pragmatycznego komunikatu. Tym samym każdy dowcip i każda zniewaga, jeśli wywrą na drugiej stronie jakiekolwiek wrażenie, osiągnęły pozytywny skutek przeze mnie zamierzony. Jeśli rozśmieszam ludzi lub ich oburzam; jeśli nie mogą pozostać obojętni wobec mojego tekstu; jeśli przypomną sobie o nim za 5 lat; jeśli zapomną go, ale pozostanie w nich jakieś mdłe wrażenie; jeśli oburzą się i sprzeciwią - to w każdym przypadku mogę być z siebie dumny. Oto ekspresja mojego dialogu wewnętrznego przeznaczona dla innych jednostek nie pozostawiła ich bowiem bez reakcji. (Można sprzeczać się, że każdy tekst wywołuje jakąś reakcję. Tekst o spaghetti, gdy jesteśmy głodni może wywołać w nas uczucie łaknienia.)
No ale przecież Roland mi gdzieś zaginął w tym słowotoku. A przecież pan Barthes pisze, że autor umarł! Niemniej on odnosi się raczej do tekstów pisanych, gdzie medium umożliwia ponowne przeczytanie (lub jak kto woli przepisanie) tekstu przez czytelnika i tym samym zezwala na wielokrotną reinterpretację, dekonstrukcję, a nawet pozwala na wykorzystanie takiego tekstu do napalenia nim w piecu. Mnogość zastosowań z szerokiego wachlarza fizycznych i umysłowych możliwości.
Tak więc autor nie żyje, ale czy na pewno? Tekst mówiony sam żyje krótko i ja wypowiadając go zazwyczaj szybko skazuję go na zapomnieniem. Owszem, często zakładam, że wypowiedź ma dostarczyć określonych wrażeń, ale przecież niezwykle rzadkie jest, by zdarzyło mi się powiedzieć coś aż tak dobrego, by ktoś to zapamiętał. A zatem - jeśli nie ma nośnika utrwalającego mój tekst, to równie dobrze nie ma możliwości, by odbiorca-czytelnik pozwolił sobie na lekturę tekstu i przepisał go po swojemu. Oczywiście, gdy zdarzy się, że zapamięta moją wypowiedź, wówczas trafia to wszystko do domeny Barthesa i jego jest racja (i nawet nie będzie żadnego krwawiącego orzełka).
Tym samym chciałbym wierzyć, że gdy mówię, to mimo wszystko należy mi się miano pisarza (żywego, martwego, jakiegokolwiek), bo tekst nie trwa długo i nie wpada w szpony czytelnika, nie daje się mu szansy go przepisać, przeczytać, nie ma czasu na kolejną reinterpretację. I tak na czoło wyścigu trafia nikła szansa - ta jedna chwila zanim potwierdzimy zejście śmiertelne, te kilka sekund zanim trzeba będzie teatralnie obwieścić zgon. W tym przelotnym momencie będzie miała prawo rozegrać się jeszcze jedna historia, być może tylko jeden króciutki epizod. Jeśli nikt nie ma władzy nad tym, co przemija, to czy nie mogę sobie uzurpować prawa, by wygasające w eterze dźwięki mojego głosu nadal pozostawały moją własnością? Oczywiście ich zderzenie się z membraną czyjegoś ucha środkowego i cała kanonada czynności, który musi przeprowadzić każdy sprawny otolaryngologicznie organizm, jest ode mnie zupełnie niezależna; podobnie jak to, co ów organizm sobie poczyta z informacji i form, które do niego dotarły.
Sztuka powinna rozgrywać się krótko - w sekundach i ich ułamkach - powstawać z miejsca głośno i robić wobec siebie dużo hałasu, niepokoić stojących obok i oburzać przechodniów, zmuszać sprzedawców warzyw do zastanawiania się nad sięgnięciem po rozciapane pomidory. Tekst jedynie rozbłyska dając się ujrzeć wąskiej grupie osób, kilku innym rozświetla się za plecami, skłaniając do obrócenia się w kierunku, z którego dochodzi niespodziewane zjawisko. Sztuka nie powinna być czytana i pisana, ale czytywana i pisywana krótkimi interwałami chwil, pomiędzy którymi rozgrywają się emocje i nikt nikogo nie uśmierca. Sztuka ma rozpalać się i gasnąć jak jedna zapałka - wątłym blaskiem oświecać twarz dziewczynki z zapałkami: jeśli od jej płomienia zajmą się spłoną miasta i lasy, to trudno. A jeśli nie będzie z tego żadnej pożogi, a jedynie smużka siwego dymu, to czy nie jest to równie oczekiwanym zakończeniem. Wróć, sens w tym, by niczego nie oczekiwać (to wielka przepaść, która dzieli mnie od sztuki), by rzucać słowa na wiatr i pozwalać się im unosić, by swobodnie rozbijały się o ludzkie oczy i uszy, brzegi mórz i oceanów, nie zważając na to, co będzie dalej. Trwać ze słowami i odchodzić razem z nimi - czy to nie dobra definicja bycia autorem?
Jestem nadal młodym człowiekiem (acz jeśli brać po uwagę chociażby Arthura Rimbaud - a co, mierzymy wysoko (choć trzeba przyznać, że on dla weny miał dużo więcej alkoholu i mężczyzn pod ręką) - to chyba już raczej starzejącym się autorem) i wiem już jak chciałbym coś napisać, i chciałbym, żeby było to coś godnego uwagi - by większość ludzi nie mogła przejść obok tego obojętnie (ech, ta mania wielkości) - lecz nadal nie wiem, co chciałbym napisać, a tym bardziej nie mam perspektyw na to, że cokolwiek powstanie ani też historii tworzenia czegoś mającego ręce i nogi z widokiem na przyszłość. No ale teoretyzować sobie chyba mogę, bo kto mi zabroni? Internetowe memy?







niedziela, 10 czerwca 2012

Śmierć autora a estetyka tekstu

Warsztat pseudofilozofa - Problem nr 8 (Esej 3.)
"L’acqua ch’io prendo già mai non si corse
Minerva spira, e conducemi Appollo
e nove Muse mi dimostran l’Orse."

Dante Alighieri "Boska komedia. Raj. Pieśń II, 7-9"
http://www.youtube.com/watch?v=7bHC8XEfEYk
Trochę więcej wydumanych wynaturzeń.
Tekst ten powstał w dwóch częściach w prawie rocznym odstępie czasu, a następnie pociąłem go, dla czytelności, na 3 części. Efekt osiągnięty może być przeciwny do zamierzonego. Już sam fakt, że do części drugiej (przy pierwotnym podziale) zostawiłem sobie 20-słowną notatkę, której znaczenie rozszyfrowywałem przez miesiąc, a na dodatek doktor Rusinek przejął władzę nad memami i nieco zaważył na zakończeniu, a jeszcze lepiej - już w pierwszym akapicie wspominam, że część pierwsza też jest sklejana z kto wie jak odległych czasowo tekstów (a przecież czas to jedna czwarta wszystkiego - to zupełnie inny autor!) źle wróży temu tekstowi, ale jest on dla mnie bardzo ważny (niniejszym ogłaszam czerwiec miesiącem estetyki tekstu! - Jest to miesiąc idealny ze względu na egzaminy, gdyż będę mało pisał i miał niewiele okazji, by z kimś porozmawiać, co pozytywnie wpłynie na sumę estetycznych pierwiastków we wszechświecie) mimo wszystko. Tekst jest bowiem miejscem, w którym żyję, prawdopodobnie będąc w nim uwięziony dużo bardziej niż większość ludzi.
Jest letnie popołudnie - przede mną czterostronicowa "Śmierć autora" Rolanda Barthesa, a zza ściany dobiega głośny i rozpraszający dźwięk wiertarki. Idealna chwila, by przyjrzeć się napisanemu dwa tygodnie wcześniej - szumnie to zowiąc - esejowi o estetyce tekstu. Mojego tekstu, bo przecież kto inny miałby mnie interesować. Chciałem sklecić coś z tego wtedy i dziś, ale obawiam się, że nie uda mi się uzyskać zupełnej spójności - trudno, nikt płakać nie będzie.

niedziela, 13 maja 2012

Jak minął weekend?

Oto nowy pomysł wyrobienia ustawowej liczby postów na blogu: shorties™, czyli parę zdań od przysłowiowej dupy strony. Odcinek pierwszy. Jak będzie się dało zauważyć shorties niekoniecznie będą się charakteryzować tym, że są bardzo krótkie dwuzdaniowe itp., ale tym, że z braku czasu nie będzie do nich dołączana żaden kawałek muzyczny albo mniej lub bardziej mądry cytat bądź fragment tekstu innej piosenki.

--

Rzadko wiem, jak reagować na konwersacje rozpoczynające się w stylu „jak minął weekend?” Oczywiście oczekiwane jest podtrzymanie odpowiedzi w charakterze dialogu typu small talk i dobór odpowiedzi ze zbioru dość dużej liczebności: począwszy od „dobrze”, „bardzo przyjemnie”, po „tak sobie”, „po staremu”. Naturalnie niektóre z tych odpowiedzi grożą kontynuacją rozmowy: „A dlaczego tak sobie?/Coś się stało?” Chyba nigdy nikt nie zastanawia się, że podsumowanie chociażby dwóch dni życia w jednym, dwóch ucinających rozmowę słowach jest trudne do osiągnięcia. No ale konwencja społeczna wymaga. Jeden osobnik w ramach tychże konwenansów sili się na empatię, zapytując o samopoczucie drugiego, a tenże – w zależności od relacji między nimi – udziela prostej i niezobowiązującej odpowiedzi z kilkoma szczegółami lub też kusi się na bardziej deskryptywne przedstawienie wydarzeń rozważanego okresu.

Podobnie z wymianą zdań ludzi mijających się w progu – osoby ze studenckimi doświadczeniami dokładnie wiedzą o czym mówię – „Wychodzisz?” „Tak, mam zajęcia.” I tutaj również czasem nie wiem jak zareagować. Wtedy najczęściej zastanawiam się, czy zrewanżować się prostą odpowiedzią o analogicznej konstrukcji „O, wracasz?” czy raczej wysilić się, jednak wciąż zachowując formę również stwierdzić jakiś fakt: „O, to woda zaczyna wrzeć w temperaturze 80 stopni Reaumura?”

Gdyby dało się to zbyć milczeniem. Niestety, sam również najczęściej wymieniam te zdania. Skoro ład społeczny w mojej jednostce bytowania miałby się zawalić z takiego powodu…

sobota, 31 marca 2012

Trwalszy niż ze spiżu

Nowa metoda – podzielić jeden esej na dwa i udawać, że zwiększyła się liczba postów. Tylko taki geniusz jak mój mógł wpaść na coś równie genialnego. Nieważne. Tym razem o pięknie.
---
Warsztat pseudofilozofa - Problem nr 8 (Esej 2. Część pierwsza.)
あなたの唇に近づいてしまった
あと1ミルにある飽和への入り口
Lily Chou-Chou "Houwa"
I
Gaszę w pokoju górne światło i włączam lampkę. Zimne i odległe światło świetlówki zastępują nieco cieplejsze promienie zwykłej żarówki. Powoli nalewam do kieliszka czerwonego słodkiego wermutu - patrzę na tę czynność zupełnie spokojnie, nawet nie jestem przekonany, że to ta sama osoba nalewa alkohol i ta sama patrzy. Jeszcze inna chyba będzie go pić.
To ma być wena, która popłynie moimi żyłami. Że alkoholizm? Ależ proszę, alkoholik za ojca sprawia, że jestem przekreślony zarówno przez psychologów jak i genetyków. Przynajmniej nie będę miał rodziny - będę co najwyżej wkurzał ludzi pod monopolowym prosząc o złotówkę (albo euro) na bułkę lub papierosa. Dziś jest mi to zupełnie obojętne. Ten płyn przelewający się z butelki do kieliszka - choć obiektywnie zimny - i tak jest cieplejszy niż moja krew. Na kolanach wprawdzie siada mi kot, ale wątpliwe, by był w stanie ogrzać mnie tak mocno, by jego ciepło trafiło do mojej duszy. Przypomina mi co najwyżej jakim cudownym zmysłem jest dotyk - jak jeden ruch dłoni po jakimś przedmiocie potrafi tyle powiedzieć o temperaturze, kształcie i fakturze przedmiotu. Chyba lepiej będzie jak po prostu napiję się i pogłaszczę kota - przecież i tak nie zapowiada się, bym coś mądrego napisał. Jeszcze jedna elukubracja pisana tą samą manierą.

czwartek, 23 lutego 2012

Kiss Me Goodbye

Tekst poniżej powstał w Krakowie jakieś pół roku temu, ale nie mając nic lepszego, a chcąc zaspokoić tłumy wielbicieli umieszczam go tutaj właśnie teraz. Chwila jest dość dobra: od 21. marca nie mam gdzie mieszkać ani za co żyć. Nie zostaje nic innego jak pseudofilozofować, zwłaszcza o odchodzeniu, póki jeszcze mam dostęp do Internetu.

---
Warsztat Pseudofilozofa – Problem nr 3, esej nr 2 - Kraków 12 września 2011r. – z późniejszymi poprawkami.

Po dłuższym namyśle, z dedykacją mojej jedynej szalonej M., która gdzieś mi się zapodziała…

===

"Wyprostowałem się i wyjrzałem przez okienko na ciemne chmury wiszące nad Morzem Północnym. Zastanawiałem się nad tym, co do tej pory utraciłem, nad straconym czasem, nad ludźmi, którzy umarli albo odeszli, nad myślami, które już nie wrócą."
Haruki Murakami "Norwegian Wood"

Marek Grechuta “Ocalić od zapomnienia”

Koty są naprawdę przydatne do filozoficznych rozważań. Siadają cicho na kolanach, zamykają oczy i zmuszają człowieka, by tkwił przez dłuższy czas w niewygodnej pozycji - uczą zarazem cierpliwości i wytrwałości.

Przypomina mi się mój poprzedni domowy kot (nie mój, a współlokatorki, który również z nią wyniósł się końcem czerwca tego roku). Była to zabawna, łobuziarska istotka o standardowym szarym zabarwieniu, ale z nutką pięknego rudego odcienia. Kotka ninja, która odbijając się od ścian potrafiła jakimś cudem zahaczyć nawet o sufit. O wszystkich rzeczach pomiędzy sufitem i podłogą nie wspominając. Kicia była jedyną lubianą przeze mnie współlokatorką w ostatnim roku i zarazem jedyną, która od czasu do czasu dotrzymywała mi towarzystwa. Z radością wyczekując dnia wyprowadzki współlokatorek, przy okazji niepokoiłem się, bo wiedziałem, że to wydarzenie poprzedzi dzień zniknięcia kota.

I tak też się stało. Nie było żadnej zapowiedzi - przecież prawie nie rozmawiałem z dziewczynami, więc nie spodziewałem się też, że ktoś pozwoli mi pożegnać się z kotem. Toteż jednego pięknego czerwcowego popołudnia usłyszałem jak kotek jest pakowany do klatki-nosidełka dla kotów i wyjeżdża. Już od kilkunastu dni patrzyłem ze smutkiem na kota i wiedziałem, że jego odejście wydarzy się dokładnie w taki sposób - nagle i bez fanfarów. Kota wyniesiono, a ja dziwnie smutny spoglądałem w okno - tak jak miał to w zwyczaju kot. Nie obserwowałem niczego, po prostu gapiłem się w przestrzeń, od czasu do czasu zmieniając punkt, w którym ogniskowało się moje spojrzenie. Robiłem jedyne co umiem robić w życiu - myślałem.

wtorek, 4 października 2011

Sprzed lat czterech

W ramach wypełniania czasu oczekiwania na kolejne posty – bo ponoć istnieje taka osoba, która czeka – proponuję kolejny marny wiersz z serii dedykowanych. Ostrzeżenie przed rymami częstochowskimi jest ostatnim ostrzeżeniem w sprawie wierszy, które pojawi się na tym blogu. Właściciel bloga nie bierze odpowiedzialności za szkody wynikające z czytania jego zawartości.

środa, 14 września 2011

Poetą być

Tak sobie pomyślałem, że poziom tego bloga nie jest wystarczająco niski, toteż wprowadzam regularną akcję publikowania moich starych (i nowych) pseudo-wierszy. Sekretarzowi p. Szymborskiej się nie podobały, Arystoteles byłby się załamał, ale cóż mi szkodzi. Cykl pierwszy: wiersze dedykowane (moim zdaniem najlepszej jakości).

niedziela, 11 września 2011

Nihil sub sole novum

Warsztat pseudofilozofa - Problem nr 8 (Esej 1.)
 
"Nihil sub sole novum nec valet quisquam dicere ecce hoc recens est iam enim praecessit in saeculis quae fuerunt ante nos."
Koh 1, 10 [Vulgata]

"Heaven or Las Vegas" - Cocteau Twins

Wszystko, co warte powiedzenia zostało już wypowiedziane. Pozostaje nam już tylko mówienie - przetwarzanie, bo nie można stworzyć już (prawie) nic nowego. Zakres uczuć, choć zróżnicowany, jest skończony. I nawet o miłości, która jest jednym najbardziej indywidualnych przeżyć (i płodnych tematów), przelano już tyle słów w tylu różnych kombinacjach, że wszelkie próby powiedzenia czegoś nowego kończą się niepowodzeniem. Choć może się wydawać, że odkrywam coś nowego, opowiadamy zupełnie nową historię, to w rzeczywistości jedynie bawimy się tymi samymi klockami tych samych idei, które zabawiały naszych przodków i co najwyżej zmieniamy ich porządek, co wcale jednak nie czyni nowej konstrukcji unikalną - w historii wypróbowano już bowiem wszystkie możliwe kombinacje. Możemy zabiegać o ciekawy styl, ale będzie to jedynie przekład starych słów na nowe, bliższe naszym czasom, ale treść pozostanie wciąż ta sama (więc po co udawać, że tworzymy ją od nowa? Nie wystarczyłoby uznać, że stwarzamy na nowo, ale tylko dla siebie?), samo zaś przetworzenie z czasem się zdezaktualizuje, zachęcając naszych potomków do dalszego daremnego poszukiwania nowych tekstów do wypowiedzenia.

niedziela, 14 sierpnia 2011

Between the light and nowhere

Warsztat pseudofilozofa – Wstęp

"Ohne Musik wäre das Leben ein Irrtum." Friedrich Nietzsche

Bajm „Różowa kula”

Dzwoni budzik. Sięgam ręką po komórkę i przełączam, by zadzwonił za 20 minut. Jest przecież dopiero 10.42, czyli jak na moje standardy - ranek. Półprzytomnym wzrokiem spoglądam w kierunku okna. Odchylam lekko zasłonę i zauważam siedzącego na parapecie kota. On też rzuca mi przelotne spojrzenie, ale zaraz odwraca głowę i wraca do swojego wcześniejszego zajęcia - wpatrywania się przez okno w siną dal. Gdy tak patrzy - jego źrenice zwężone i czujne, ale też jakieś nieobecne i rozmarzone - zastanawiam się przede wszystkim czego wygląda. Może to ptaki za oknem, na które chciałby zapolować, a może to łaknienie wolności - przecież wszak to kot domowy i nie wolno mu wychodzić. Nie wiem, ale jego spojrzenie wydaje się przejmująco smutne. Nie utkwił wzroku w żadnym oddalonym obiekcie, po prostu spogląda w dal i kontempluje świat, do którego nie może należeć. Tam, za szybą, tańczą stadka głupich gołębi czekających tylko, by je upolować, ale czyha też mnóstwo niebezpieczeństw: ludzie, psy, samochody. Kot zauważa chyba jakiś ruch, gdyż nagle jego spojrzenie zastyga w jednym punkcie, a ciało wydaje się lekko naprężyć. Może to jeden z gołębi przeleciał bliżej szyby?

piątek, 17 czerwca 2011

„Just like everybody else does(?)”

“There's a club, if you'd like to go
You could meet someone who really loves you
So you go, and you stand on your own
And you leave on your own
And you go home
And you cry
And you want to die”

The Smiths “How soon is now?”

Już jakiś czas temu poseł Węgrzyn uraczył świat słowami: „Z gejami to dajmy sobie spokój, ale z lesbijkami, to chętnie bym popatrzył”. Trudno odmówić mu pewnej racji – w panującym systemie estetycznym naszego społeczeństwa (a może żadnego systemu nie ma, a tylko go sobie ubzdurałem, ale wytrwajcie proszę ze mną kilka minut przy tym założeniu) oczywistym jest, że najsłuszniejsza rodzina składa się z kobiety i mężczyzny, którą łączą się ze sobą na kilka lub więcej lat i płodzą śliczne dzieci równo dziedziczące z ich genotypu. Przy tym, jeśli zamiast mężczyzny wstawimy drugą kobietę i otrzymamy parę homogeniczną dwóch niewiast, to możemy ją rozważyć w dwóch kategoriach.

niedziela, 13 marca 2011

Metafory są rzeczą niebezpieczną

„Tomasz wtedy nie uświadamiał sobie jeszcze, ze metafory są rzeczą niebezpieczną. Z metaforami nie należy igrać. Miłość może się narodzić z jednej metafory.” - Milan Kundera „Nieznośna lekkość bytu”

Od zawsze wiadomo, że pomiędzy słowem mówionym a pisanym jest różnica. Pisane słowa jakoby są bardziej faktyczne – to, co wyrażają staje się lub stało się i nie można zapobiec temu, zdziałają podczas odbioru przez czytelnika. Oczywiście można napisać nowe słowa i odwołać te wcześniejsze, ale nie zawsze da się to zrobić. Z drugiej strony to, co napisane może łatwo przepaść, zaginąć, zostać zniszczone. Mowa natomiast ulatuje dużo szybciej – ledwie przebrzmi w naszych uszach już jej nie ma – jej natychmiast przemijający byt, wydawałoby się, skazuje słowo mówione na posiadanie dużo mniejszej wagi niż słowo pisane.

Można jednak zauważyć, że słowa, które ktoś nam powie działają na nas dużo mocniej niż te, które przeczytamy. Owszem, dużo łatwiej się powołać na pismo, gdy zaś rzeczy usłyszanej dużo łatwiej zaprzeczyć, prosto przeinaczyć ją, twierdzić, że czegoś nie wypowiedziano. Pismo pozostawia dużo więcej dowodów, bo rozpowszechnienie dyktafonów nie jest szczególnie duże, ale wydaje mi się, że mowa pozostawia dużo trwalsze ślady w pamięci. Naturalnie po pewnym czasie można nie być w stanie przypomnieć sobie dokładnie jak brzmiało jakieś zdanie, coś w naszej pamięci się zniekształci, zaś zapisane słowa w elektronicznej lub papierowej formie pozwalają na łatwiejsze odwołanie się do nich w przyszłości. Jednak właśnie ten fakt – to że pozwalamy papierowi pamiętać za nas – skłania nas do łatwiejszego zapominania tego, co napisano.

Słowa, przeciwnie, mogą nam ulecieć, ale wrażenie jakie na nas odniosą, okoliczności gdy padły, tembr głosu wypowiadającej je osoby – to wszystko dużo dłużej zostanie w naszej głowie. Kolory mogą wyblaknąć, to i owo rozsypie się bądź poprzestawia, ale pewne niespójne kształty, kontury obrazów, dźwięków, a najbardziej idei, zostaną naruszone czasem w dużo mniejszym stopniu i trwać będą z nami czasem aż do samej śmierci. Listom, pamiętnikom czy dziennikom również nie można odmówić tej zdolności do opierania się czasowi, ale jest pewna delikatna, subtelna różnica, która czyni z mowy nośnik, któro dużo mocniej wyryty zostaje w naszej pamięci – ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Dużo ważniejsze niż to jak zapamiętamy słowa jest to, jak te słowa zadziałają na nas w chwili odbioru. Często docierają do nas przypadkowe zbitki dźwięków, bądź liter, które nie mają większego znaczenia w rozważanej perspektywie; są jedynie informacjami, które mogą być do czegoś komuś przydatne lub też stanowią bełkot niezrozumiały dla kogokolwiek. Jeśli jednak rozważamy słowa, które docierają w określonym celu, to stajemy przed zupełnie odmiennym światem możliwości.

Słowa stwarzają. Odkryliśmy to już tysiące lat temu, gdy zaczęto pisać pierwsze utwory prozą najpierw w celach religijnych a później, gdy wynaleźliśmy fikcję literacką, otworzyły się przed nami zupełnie nowe światy i możliwości – jeden człowiek może stworzyć miejsce, całą nową rzeczywistość, używając jedynie słów, a miliony ludzi mogą o tej rzeczywistości przeczytać i ruszyć do niej jak do zupełnie nowego świata, w którym mogą zaistnieć na nowo, w zupełnie odmienny sposób. Mi jednak chodzi o słowa, które docierają do niewielu osób – o takie zbitki liter i dźwięków, które komunikujemy każdego dnia. Jesteśmy zwierzętami, które takiej arbitralnej sekwencji znaków przypisują określone znaczenie, a co za tym idzie, wypowiadanie określonych słów wiąże się z pewnymi konsekwencjami. Żadne słowo nie jest bezkarne. Ostrzeżenie Mirandy padające w amerykańskich filmach najlepiej to unaocznia, ale w codziennym życiu mając zaledwie kilka lat przekonujemy się, że to, co wyjdzie spod naszej ręki albo wypłynie z naszych ust, będzie niemal zawsze miało jakieś konsekwencje. Jeżeli ktoś widzi lub słyszy nasze słowa, to nie może pozostać im obojętny, a przynajmniej nie w sensie braku jakiejkolwiek reakcji na odbiór tychże znaków. Są ludzie, którzy potrafią opanować swoje emocje i są ludzie, którzy są mniej wrażliwi na słowa, ale nikt z nas nie może się na nie uodpornić. Jeśli jadąc autobusem przeczytam na bilbordzie jakieś hasło reklamowe, to na płaszczyźnie praktycznej zapewne będzie mi ono obojętne, ale w odniesieniu do mojego aparatu percypującego nie jest możliwe odcięcie się od przeczytanych czy usłyszanych słów. Odbierając je przynajmniej powtórzę je w swojej głowie i zajmę wobec nich jakieś stanowisko – nawet jeśli będzie to decyzja o ich zignorowaniu podjęta w ułamku sekundy.

O ile silniejsze są słowa adresowane do bezpośrednio do określonego człowieka. Będąc nadawcą lub adresatem w procesie indywidualnej komunikacji ma się do czynienia z dużo silniejszym działaniem słów. Są one przecież obmyślone dla tej, a nie innej osoby. Fakt wypowiedzenia jakiegoś zdania przy świadkach czyni je dużo bardziej faktycznym – skierowanie słów do jednej osoby sprawia, że one stają się już w zasadzie nieśmiertelne tak długo, jak żyje osoba, do której je skierowaliśmy, oczywiście z poprawką na jej zdolności mentalne. Wypowiedzenie czegoś w przestrzeń, jak choćby blogowanie może być mniej lub bardziej groźne. Oświadczenie czegoś przy innym człowieku daje słowom niesamowitą realność i sprawia, że nie mogą one już przebrzmieć wraz z wygaśnięcie fali akustycznej. Ich nośnikiem pozostanie człowiek na tak długo jak będzie chciał i mógł nim pozostać.

Pozostaje jeszcze problem słów, które chcielibyśmy, by były wypowiedziane tylko raz w życiu. Na myśl przychodzi pewna grupa zwrotów, z wśród nich zwłaszcza czasowników, bo to one mają największą moc – czynią coś z niczego, które mają działanie zamierzone nawet poza krótkie ludzkie życie. Są słowami natchnionymi nadzieją na przetrwanie próby czasu. Co jednak, jeśli zamiast przetrwać zgon wypowiadającego tracą swoje znaczenie wkrótce po ich wypowiedzeniu? Czy można je kiedyś wypowiedzieć ponownie? Oczywiście, że tak, ale czy będą miały tę samą siłę i przede wszystkim, czy my sami będziemy w nie wierzyć jednakowo silnie, gdy pierwszy raz je wypowiedzieliśmy? Słowa się zużywają. Przychodzi czas, kiedy ich zużycie jest już zbyt duże, by mogły cokolwiek zdziałać.

Słowa ranią, słowa cieszą, słowa niszczą, słowa bawią, słowa dzielą, słowa zabijają. Potęgę słów tak łatwo przecenić – w końcu nie idą one w ilość; jeśli użyje się ich za dużo nie przybierają wcale na sile, nie amplifikują swojego działania, a jedynie duszą się we własnym nadmiarze i przeciwnie do zamierzeń tracą swoją moc, zamiast uzyskać ją ze swojego wielkiego nagromadzenia. Można wypowiedzieć tyle słów i nie zostać zrozumianym. Przed ponownym wypowiedzeniem tych samych słów człowiek musi się zastanowić, czy warto po raz drugi otwierać usta bądź zużywać atrament.