Nowy Świat

Nowy Świat
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kwiatuszki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kwiatuszki. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 kwietnia 2014

Miłość w czasach lateksu

"Dziwne, ludzie klną od rana do wieczora, ale kiedy usłyszą przez radio znanego człowieka, którego szanowali, jak w każdym zdaniu mówi "pierdolę", są w jakiś sposób rozczarowani."

Milan Kundera "Nieznośna lekkość bytu"


Chmielna w piątkową noc przypomina Floriańską za dnia. Nieprzebrane tłumy głównie młodych ludzi przemierzają ją w każdym kierunku. Śmiejąc się idą żeby się urżnąć albo rżnąć między sobą. Pod kinem Atlantic już nikt nie czeka. Tylko jakiś żul zwraca betonowej naturze zawartość swoich trzewi. Kolor jego wymiocin wydaje się dużo bardziej romantyczny niż rozpalone alkoholem twarze przechodniów.

piątek, 19 października 2012

Praga P.

Mieszkałem po prawej (a może lewej? nigdy nie wiem, która strona jest która) stronie Wisły tylko miesiąc, ale pozostawiło mi to szereg różnych wspomnień. Dziś chciałbym podejść do nich z trochę większym dystansem w luźno skomponowanym wierszu.

Na Pradze nocą
Gdy skini się grzmocą
I żuchw łamanych rozchodzi się trzask
Chwiejnym krokiem
Idziemy pod obłokiem
Zewsząd oblewa nas neonów blask

wtorek, 31 lipca 2012

Noc w mieście P.

“Gdzie miałbym trzymać swoją przeszłość? Nie można jej włożyć do kieszeni; trzeba mieć dom, żeby ją tam ułożyć. Ja posiadam tylko ciało, samotny człowiek ze swoim samotnym ciałem nie może zatrzymać wspomnień, przepływają przez niego.”

Jean-Paul Sartre „Mdłości”

(Przy lekturze polecam „Sleep Alone” by Moby)

 

H. zdecydowanym krokiem przedzierał się chodnikiem przez zatęchły lipcowy wieczór jednego z najgorętszych dni w roku. Zaduch miejskiej ciszy przerywany był tylko dźwiękami napływającymi z przyległych do ulicy bloków: z jednego okna huczał telewizor podając podsumowanie wiadomości bieżącego dnia, kilkanaście metrów dalej zapity męski głos kurwował na swoją żonę, która odpowiadała mu w nie mniej wybredny sposób. Gdzieś z prostopadłej, niedoświetlonej ulicy nadciągało nierówne zawodzenie grupki młodych osób, sugerujące ich powrót z jakiegoś meczu, a gdy przeszedł przez ulicę i minął jeszcze jeden blok, natrafił na kolejną grupkę w podobnie bachicznym nastroju przeciągającą się między jedną a drugą imprezą. To, co krzyczeli czy też usiłowali odśpiewać tonęło w potoku przekleństw. Forma podekscytowanego wulgarnego uniesienia pochłaniała całą niewyraźną treść szczęścia, które prowadziło ich teraz ulicą.

„Jeszcze jedno skrzyżowanie i będę na miejscu.” – pomyślał jednocześnie zastanawiając się, czy byłoby mu raźniej, gdyby też wcześniej wprowadził się w dionizyjski nastrój otępiając nieco swoje zmysły.

Gdy tylko skręcił z ulicy E. w ulicę C. nad jego głową rozległo się głośne „O chyba idą te zajebane skurwysyny!” Momentalnie odwrócił głowę w stronę krzyczącego z balkonu mężczyzny. Może gdyby nie bełkoczący głos krzyczącego, H. pomyślałby, że patrzą w niego złowrogie oczy jednego z mieszkańców P. Był jednak pewien, że sposób, w jaki nieznajomy krzyknął gwarantował, że jego stan nie pozwoliłby mu skupić wzroku w jednym punkcie ani wyróżnić sylwetki H. wśród drzew przysłaniających światło lamp. Dla pewności przeszedł jednak ulicę trochę wcześniej niż było to konieczne i nie odwracając wzroku starał się zignorować ostatnie minuty – te wszystkie krzyki, te wszystkie dźwięki niepotrzebnie rozsadzające mrok zalegający między płytami chodnika.

środa, 4 kwietnia 2012

Trwalszy niż ze spiżu (cd.)

桜咲きけり
---
Warsztat pseudofilozofa - Problem nr 8 (Esej 2. Część druga.)
II
Kładę się do łóżka i spoglądam w kierunku książki i DSa. Skończyłem dopiero 4 rozdziały "Tsugumi" Yoshimoto i jestem w połowie "The Picture of Dorian Gray" Wilde'a. Nie na dziś chyba nie jestem na siłach i w nastroju, by przed snem zająć swój umysł jeszcze czymś pożytecznym. Okrywam się kołdrą i wyciągam rękę do wyłącznika lampki. Jakiś owad zderzył się z gorejącą żarówką i dokonał żywota kilkanaście centymetrów niżej. Czas wyłączyć tę maszynę destrukcji. Krótki trzask i już pochłania mnie ciemność. To przymykam powieki na kilka sekund to mozolnie je otwieram, usiłując rozpoznać ścianę półtora metra ode mnie. Nie, to potrwa jeszcze chwilę. Pozostaje tylko wsłuchać się w odgłosy za oknem.
Deszcz. Silny sierpniowy wiatr miota liśćmi i konarami pobliskich drzew, a do spadające krople smagają je burzą. Dokładnie - smaga – deszcz nie może robić nic innego; pada mocno i wulgarnie, zupełnie nie zważając na szkody jakie może uczynić. Jego prosta wulgarność dobiega mnie narastającym szumem - to deszcz przybiera na sile. Wiatr huczy, a krople z całą siłą grawitacji i ziemskiego przyspieszenia uderzają o wszystko co stanie im na drodze ku spotkaniu z ziemią. Gdyby to był deszcz wiosenny, to z taką siłą poniszczyłby już wszystkie kwiaty.
Skąd te kwiaty? To chyba ta niepewność. Jeszcze mnie nie ma w Japonii, ale już czuję pragnienie ujrzenia sakury w rozkwicie - tak dla zasady. Ale czy rok będzie dość ciepły, by przed dwudziestym marca skłonić drzewa do rozłożenia kwiatów? To jakiś taki okres. Jedno nieopaczne skojarzenie podczas lekcji japońskiego na konwencie anime w sali rozgrzanej do przynajmniej 35 stopni i człowiekowi rzuca się na mózg jakaś idea, która z niezrozumiałych przyczyn zostaje na myśli dłużej niż powinna.

sobota, 31 marca 2012

Trwalszy niż ze spiżu

Nowa metoda – podzielić jeden esej na dwa i udawać, że zwiększyła się liczba postów. Tylko taki geniusz jak mój mógł wpaść na coś równie genialnego. Nieważne. Tym razem o pięknie.
---
Warsztat pseudofilozofa - Problem nr 8 (Esej 2. Część pierwsza.)
あなたの唇に近づいてしまった
あと1ミルにある飽和への入り口
Lily Chou-Chou "Houwa"
I
Gaszę w pokoju górne światło i włączam lampkę. Zimne i odległe światło świetlówki zastępują nieco cieplejsze promienie zwykłej żarówki. Powoli nalewam do kieliszka czerwonego słodkiego wermutu - patrzę na tę czynność zupełnie spokojnie, nawet nie jestem przekonany, że to ta sama osoba nalewa alkohol i ta sama patrzy. Jeszcze inna chyba będzie go pić.
To ma być wena, która popłynie moimi żyłami. Że alkoholizm? Ależ proszę, alkoholik za ojca sprawia, że jestem przekreślony zarówno przez psychologów jak i genetyków. Przynajmniej nie będę miał rodziny - będę co najwyżej wkurzał ludzi pod monopolowym prosząc o złotówkę (albo euro) na bułkę lub papierosa. Dziś jest mi to zupełnie obojętne. Ten płyn przelewający się z butelki do kieliszka - choć obiektywnie zimny - i tak jest cieplejszy niż moja krew. Na kolanach wprawdzie siada mi kot, ale wątpliwe, by był w stanie ogrzać mnie tak mocno, by jego ciepło trafiło do mojej duszy. Przypomina mi co najwyżej jakim cudownym zmysłem jest dotyk - jak jeden ruch dłoni po jakimś przedmiocie potrafi tyle powiedzieć o temperaturze, kształcie i fakturze przedmiotu. Chyba lepiej będzie jak po prostu napiję się i pogłaszczę kota - przecież i tak nie zapowiada się, bym coś mądrego napisał. Jeszcze jedna elukubracja pisana tą samą manierą.

sobota, 25 lutego 2012

Weekend

Za mało pedałów! Na tym blogu jest za mało pedałów! Owszem jest tu jeden nieustannie obecny duchem w swoich słowach, ale uważam, że to zdecydowanie za mało na stronę projektowaną do użytkowania w rozdzielczości 1280x1024 pikseli i wyższej. Niniejszym nadrobię to i nowy minimalny limit postów wynoszący dwanaście sztuk wypocin rocznie (liczba absolutnie zmyślona, podobnie jak limit, podobnie jak fakt ustalenia takowego; poza tym oznacza to pi razy drzwi raz na miesiąc totalny chłam pisany najczęściej pod wpływem alkoholu albo zwykłego prozaicznego wkurwienia na życie) ma mi w tym pomóc.

Niemniej, jako że nie mam o czym pisać, to będę wrzucał tu rzeczy, które z różnych przyczyn nie trafiły na Facebooka. By nie zrobić zupełnego śmietniska obiecuję jednak ograniczyć roczną liczbę postów do 24. Tak z czystej empatii dla Czytelnika*. Nie żeby ktoś subskrybował tego bloga w formie kanału RSS, by mógł ponieść jakąś szkodę z powodu dużej liczby postów – tak po prostu łączę się w Weltschmerzu z wyimaginowaną i wyidealizowaną osobą, która mnie rozumie.

Jeśli, Drogi Czytelniku*, również łączysz się w pijanym bólu Weltschmerzu z czymkolwiek wyimaginowanym, czytaj dalej – chciałbym przedstawić Ci pewien film.

Do rzeczy! Mowa o filmie Weekend (2011, bo w cholerę filmów o tym tytule, szczególnie nie należy mylić z tym, który nie jest aż tak godny uwagi – ten, o którym piszę też nie jest, chyba że jesteś gejem albo kobietą - Drogi Czytelniku* - do których akurat prezentowany typ urody przemawia) w reżyserii jakiegośtam Andrew Haigha. Poniżej plakat reklamowy – mam nadzieję, że Hamerykanie nie każą mnie aresztować za użycie go bez zgody autorów.

środa, 5 października 2011

藤村修治さん (Fujimura Syuji-san)

Wchodzę do pokoju zmęczony i w nastroju dziwnego zmieszania. Jest ciemno i duszno. Włączam światło i rzucam swoją torbę na łóżko, a następnie wbijam się swoją ciężką dupą w krzesło. Jestem gdzieś pomiędzy wstydem a wkurwieniem. No i jestem osiem tysięcy jenów do tyłu.

sobota, 9 lipca 2011

Microsoft loves fags

Poniższy tekst jest treścią posta, który opublikowałem na pewnym blogu dotyczącym Microsoft. O dziwo zdarzyło się bowiem, że Microsoft posłuchał pewnej petycji ze środowisk gejowskich i nie wiedzieć skąd wywiązała się dyskusja na temat gejów, Biblii itp. itd. tak ostra, że nie mogłem się powstrzymać przed dorzuceniem czegoś od siebie.

wtorek, 17 maja 2011

"wolę poddać się karze niż ulec złu!"

I znów bezecne cioty stają na drodze Prawa i Sprawiedliwości! (Jeremiasza 23, 5)

"Jeżeli dojdzie do postępowania sądowego, wolę poddać się karze niż ulec złu!" - powiedział pan Adamiec czyniąc za dość słusznym swym przekonaniom (Kapłańska 20, 13) [1 - patrz przypisy dolne], radomski radny z (chyba) PiS-u. Ileż radości dostarczył mi tym stwierdzeniem (prawie jak rozdziały 19 i 20 z Księgi Kapłańskiej - mój poziom endorfin skoczył chyba o 1000%)!

Przypomina mi to jedynie walkę o Dolinę Rospudy. Skąd to skojarzenie? Już tłumaczę.

Otóż, jak wiemy, na pogańskim Zachodzie szerzą się wynaturzenia na miarę pozwalania homoseksualistom na adopcję dzieci i związki jednopłciowe. Co za plugastwo! Niemniej liczba osób, które uważają to za grzech i zło maleje w tamtych krajach. Owszem, zwiększa się poziom manifestacji swojego, jedynego słusznego, punktu widzenia. Dawniej, gdy porządnych ludzi było więcej, wystarczyło zwykłe psioczenie na tych zboczeńców - teraz zaś muszą się owi biedni, zaszczuci propagandą szatana ludzie uciekać do takich środków jak strzelanie z broni palnej[2]. Nie ma się czemu dziwić, kiedyś robiła to policja[3] a dziś? Nawet te sqrwysyńskie psy tańczą jak im gra ten (no dobra poddaje się - zabrakło mi groźnie brzmiącego epitetu wskazującego z wielką agresją na znieważany przedmiot) establiszment.

A my? My wciąż to mamy! Jeszcze jakaś część naszego społeczeństwa nie postradała zmysłów! Jeszcze 10 lat temu spora część[4] z nas uważała, że pedały trzeba gazować, a dziś jest to ledwie czwarta część społeczeństwa! I tylko 40% ludzi nie akceptuje gejów w swoim otoczeniu (lesbijek 43% - WTF? eksplenejszon eniłan?). Co za czasy! (O tempora, o mores! - powiedział Cyceron[5] oddając się rozpuście z westalkami, jak Jowisz przykazał.)

Jeszcze kilkanaście lat i grozi nam duchowy kryzys, który przeżywają obecnie kraje zachodnie. Nie możemy na to pozwolić! Ocaliliśmy dolinę Rospudy, możemy ocalić i radnego Adamca! Nie możemy pozwolić, by kolejna część kolorytu naszego cudownego kraju odeszła w zapomnienie! Od dawna wiadomo, że Polska gościnnością (czytaj: ksenofobią) stoi. Więc jak jesteśmy gościnni dla nowinek zza oceanów i kanałów La Manche, tak nie pozwólmy sobą pomiatać, nie tolerujmy tych bezbruderyjnych wynaturzeń. Jesteśmy krajem Krzyża (i papieża zapowiadanego przez Andrzeja Seweryna w 12 składach tramwajowych obsługujących krakowską linię 8 w sumie ponad 180 razy dziennie i to przez najbliższe 2 lata[6]) nie możemy opuścić dziedzictwa Chrystusowego! Dalej, stańmy na barykadach grodząc drogę szerzącemu się plugastwu (naprawdę mam ubogi słownik)!

 

Podpisa(li):

Krzysztof (i Józef - w nawiasach - obaj Stanisławowicze - ten drugi właśnie płacze czytając o Wojciechu Kilarze na czele honorowego komitetu poparcia PiS)

 

[1] (Nota bene Kapłańska 19, 1 każe ukamienowaniem za ubrania w stylu bawełna 65%, poliester 35% - Chińczycy miejcie się na baczności!)
[2] http://articles.cnn.com/2009-08-01/world/israel.club.shooting_1_gay-club-israeli-police-netanyahu?_s=PM%3AWORLD
[3] http://en.wikipedia.org/wiki/Stonewall_riots
[4] http://pl.wikipedia.org/wiki/Sytuacja_prawna_i_społeczna_osób_LGBT_w_Polsce#Poparcie_praw_LGBT_w_Polsce
[5] Pierwsza mowa przeciwko Katylinie
[6] http://news.komunikacja.krakow.pl/lokalne/6111,1,artykul,codziennie_w_osemce_opowiesc_o_papiezu.html

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

「我、闇とて」

「手を開き壊れそうな言葉でも、ただ一つでもいい
その胸に突き刺さる程の刃を胸に
忘れてしまえば人は変われるもの?
忘れても、変われても、君でもないことも
正しい価値さえ 冷酷に見えて
せめて今を声に変えて
明日の条件」

Wracając dziś wieczorem zobaczyłem, tak po prostu idąc przed siebie, czerwonawy krąg zachodzącego słońca, który wydał mi się nadzwyczaj krwisty i duży. Wątpię, by było to zjawisko wytłumaczalne astronomicznie, prawdopodobnie dużo łatwiej jest wytłumaczyć je bólem głowy. Niemniej dzisiejsza ładna pogoda wydaje się mieć zapowiedź swojej kontynuacji w dniu jutrzejszym, co mam nadzieję (no nie ma, ale nie szkodzi się trochę oszukiwać, choć na piśmie, prawda) pozytywnie na produkcję witaminy D w moim organizmie. Chyba nawet ten proces już się zaczął, bo po kontemplacji słońca nabrało mnie na spędzenie krótkiej chwili na ławce przy placu zabaw, by móc raczyć się zapachem kwitnących obok drzew. Nie mam pojęcia jakie to drzewa kwitną, ale ich słodki zapach działa na mnie niezwykle wabiąco, choć równie szybko przyprawia mnie o katar i zawrót głowy. Nie potrafiłem się jednak oprzeć tym płynącym chłodnym wieczorem olejkom eterycznym, związkom węgla, wodoru i innych pierwiastków, które tak przyjemnie drażnią w nosie.

Pomyślałem, że chyba tak musiał czuć się ten, który pisał, że 桜咲きけり - choć wcale nie wiem, czy sakura pachnie równie słodko. U sakury najważniejsze jest to, że opada, ale dla mnie dziś wieczorem ważny był ten przelotny zapach, który już kilkukrotnie w ostatnich dniach mijałem, i który towarzyszy mi raptem przez kilka chwil, tylko w miejscu, w którym owe drzewa rosną. Przypomniałem sobie o przystojnym mężczyźnie, który wsiadł dziś do autobusu, którym wracałem do domu i przeszedł obok mnie na tył autobusu, tak że nie mogłem w trakcie swojej podróży wlepiać weń oczu. Jego widok i ten zapach drzew mają ze sobą tak wiele wspólnego – są tak bardzo ulotne. Ta jedna chwila, kiedy trwają jest bardzo piękna, ale jakże nietrwała (trwale nietrwały – co za semantyczna, a może syntaktyczna zabawa! I znów ciśnie się na usta japońskie 浮世). I ów mężczyzna i owe drzewa nie mają żadnego znaczenia – były takie tysiąc lat temu, gdy cesarz Koukou pisał 我が衣手に 雪は降りつつ i będą pewnie takie same za tysiąc lat. Drzewa kwitły i będą kwitnąć, przystojni mężczyźni rodzili się, by przechodzić obok innych ludzi, zwracając ich uwagę, i będą pałać się tym zajęciem tak długo jak rodzina Kimów z północy nie wejdzie w posiadanie rakiet balistycznych dalekiego zasięgu.

Jednocześnie zdałem sobie sprawę jak bardzo ważne jest to, że zapach drzew unosi się tylko kilka, kilkanaście dni – bo gdyby tak trwał nieprzerwany to byłby dla mnie nie do zniesienia, a później spowszedniałby i stał się niezauważalny. Zarazem, wydaje mi się teraz, niebo musi być bardzo nudnym miejscem, jeśli nieustannie drzewa bielą się kwieciem (co za frazes). Więcej, niebo musiałoby być, gdybym się do niego wybierał, miejscem niezwykle nieznośnym, no bo ileż można wąchać kwitnących kwiatów? Sam jego koncept wydaje mi się dziś poroniony – tak właśnie: poroniony, nie mam lepszego słowa na oddanie tego stanu. Miejsce, w którym wciąż jest wiosna, gdzie wszechmogący bóg wciąż jest obecny i swym światłem wiekuistym darzy każdego człowieka – jakie to nieznośne! Najpierw chyba musiałby wyposażyć ludzi w zdolność cieszenia się czyjąś stałą bytnością, a co wówczas z radością, gdy wita się kogoś, kto wraca po całym dniu pobytu w pracy? A co ze zranieniem kogoś, by później móc przeprosić? Im więcej się zastanawiam, raj (czy też niebo, jeśliby czepiać się jednoznacznego trzymania się określonych morfemów – tak właśnie, napiszę sobie morfemów, a nie wyrazów tylko dzięki mojej ostatniej lekturze. Buce dzięki za Cortázara – bo dzięki jego „Grze w klasy” już nigdy nie pomyślę, że moje wypowiedzi pisemne są bełkotem, choć obiektywnie nim są.) musiałby być miejscem nieprzyzwoicie okrutnym, gdzie to, co najlepsze – kontrast wynikający z ustawicznego przemijania rzeczy i odczuwania przez większość swojego życia braku czegoś w stosunku do chwil przyjemnych, chwil trwania stanu błogości – miałby być zatracony. To skłania, by stwierdzić, że nawet jeśli nie jestem teistą lub chociażby teologiem, to i tak jestem na swój sposób zwolennikiem teodycei (tak jak byłem fanem definicji całki wg Leibniza pomimo eleganckiego uogólnienia wg Riemanna – ciekawe czy dobrze pamiętam…).

W chwilach, gdy kwitną kwiaty i ludzie przechodzą obok siebie najlepsze, co można zrobić, to przystanąć chwilę, w ciszy, tak by żadne słowa nie przecinały wątle istniejącego status quo, nie godziły w czyjekolwiek ucho czy pierś, by pozwolić ciszy zapaść tak samo łatwo jak zapada zmierzch zimą, chociażby do zimy podobne były tylko opadające płatki kwiatostanów drzew (fe! Ci parszywi cesarze z Heian-kyou). By cisza rozwlekała się wszędzie i na podobieństwo ciemności wlewała do wszelkich zakamarków własnego bytu. By w tej powodzi ciszy-ciemności u schyłku dnia zapomnieć. Zapomnieć rok, to co było pięć lat temu, zapomnieć wczoraj. Ale jeśli da się zapomnieć, to czy to cokolwiek zmieni?

poniedziałek, 31 maja 2010

Makumba odwiedza Wieżę Dzwonniczą

W imię Boshega Wszechniemogącego!
Zacznę, jak przystało na wzorowego skauta, od początku. Otóż pewnego pięknego dnia zgodziłem się potowarzyszyć etiopskiej z pochodzenia koleżance (codename Yordi) w skromnej wyciecze w Pekinie. Jak mi powiedziała nikt jej, tak jak mnie, nie kocha, koledzy wolą chodzić do restauracji niż zwiedzać, więc ona chce gdzieś pojechać, żeby zrobić zdjęcia, by pokazać siostrze. No dobra, brzmi nienajgorzej, zwłaszcza, że celem wyprawy był Beihai (park w pobliżu Zakazanego Miasta), więc w zasadzie chleb z masła. Ale jak się okazało wcale nie.
Jako, że w Beihai byłem już z moją drogą Elizą, która porzuciła mnie i Chińczyków dla imperialistycznych japońskich kapitalistów, to chciałem po drodze wpaść jeszcze do Gulou i Zhonglou (odpowiednio Wieża Bębnów i Wieża Dzwonu, tak pi razy drzwi). Sugerowałem, że jeszcze, jeśli starczy czasu, możemy zajść do Jingshang i obejrzeć malowniczy pejzaż na Gugong (Zakazane Miasto). Yordi, która po chińsku wydaje się rozumieć nieco więcej niż po angielsku, ze mną preferuje komunikacje po angielsku, co i tak sprawia niesłychane problemy, by ustalić zgodność podmiotu z orzeczeniem, czy w ogóle dostrzec podmiot i zrozumieć sens. No ale pomyślałem sobie, że jakoś dam radę ten jeden raz.
Dzień wyjścia, poniedziałek, 31 maja 2010, godzina 13. Pukam do pokoju Yordi. Jak na kobietę nie przystało jest już prawie gotowa. Ubiera właśnie buty. Buty na 2-centymetrowym obcasie. Zdegustowany zbieram się w sobie i pytam ją, czy jest pewna swojego wyboru, gdyż przypominam jej, że idziemy na wycieczkę krajoznawczą, a nie na zakupy, że będą 2 wieże i Beihai to jezioro, i że trzeba będzie chodzić w koło i jest White Dagoba, do której trzeb się wspinać i Jingshan, jak nazwa wskazuje to wzgórze... No dobra "is not good?" - odparła. Symulując brytyjskość najlepiej jak umiem mówię, że buty ładne, i że mogą być, ale że jest naprawdę dużo "walking" i że może weźmie inne. Ale nie, Etiopka stwierdza, że "maybe is good". A jak Wam tam Pani raźniej.
Po drodze 3-krotnie powtarzam, że idziemy do Beihai i spędzimy tam najwięcej czasu, ale że po drodze chcę zobaczyć Bell i Drum Tower, bo jeszcze nigdy tam nie byłem (no byłem w odpowiednikach w Xi'anie, ale chciałem zobaczyć te za Qingów, a nie te od Mingów, czy których tam wcześniejszych). Już sama przesiadka w Xizhimen (pół kilometra schodami w dół, w dół, w górę, w dół, w górę, w dół, bo ktoś był na szczycie listy popieprzonych architektów ds. rozwiązań komunikacyjnych) napawa mnie niepewnością, gdyż moja towarzyszka tak jakoś dziwnie stąpa. Ale nic, przesiadamy się na linię nr 2 i w między czasie usiłuję wydobyć coś o Etiopii, niestety gdy mówię po angielsku ona nie rozumie, odpowiada coś zupełnie nie związanego z tematem w stylu "o to Ty wiesz, że jest miasto Addis-Abeba?" - dobra, próbuję po chińsku, w końcu ona tu jest na poziomie wyżej niż ja więc powinna comprendo. No i chyba comprendo, ale odpowiada po angielsku. Rozpaczliwie szukam resztek sensu ukrytych w syntaktycznym chaosie, ale nic z tego nie wynika. Poddaję się.
Wysiadamy na Guloudajie-zhan i zmierzamy na południe w kierunku wież. Po raz 4 (gubię się w rachunku) tłumaczę, że najpierw Gulou i Zhonglou, ale do drugiej strony nie dociera, że Beihai tak, będzie, ale jest do niego 20 minut spaceru, a po drodze zboczymy oglądać budynki.
No nic, stajemy obok Zhonglou, rozglądam się za kasą - znajduję jakieś okienko, w którym Pani nawet mówi parę słów po angielsku, ale mówi nam, że zniżki nie ma, a na oba budynki bilet osiąga zbójeckie 65 yuanów. No, ale dobra, ja jestem gotów się poświęcić, ja tam chcę wejść i już, a poza tym czytałem, że w 2008 roku bilet był za bodaj 40 albo 45 yuanów, więc myślę, że wyciągnę (teraz mam dziwne przeczucie, że coś za dużo zapłaciłem, ale nie będę rozwijał tematu, bo nie wiąże się on z główną historią zbyt znacząco), ale pytam Yordi, czy jej pasuje. Ona coś tam myśli, a później mówi, że ok. No to idziemy. Dostajemy Pana, który uwaga - naprawdę mówi po angielsku, i nawet rozumiem! Zabiera nas do Gulou i mówi, że o 14.30 (więc wówczas za niecałe 10 minut) będzie pokaz gry na bębnach. Gulou w przeciwieństwie do Zhonglou jest odrestaurowany i Pan informuje nas, że jest 69 ogromnych stopni na szczyt - ja spoglądam w górę i myślę sobie - i tak wygląda na mniej niż przy przesiadce w Xizhimen, ale mam wrażenie, że gdy ja żwawo (!) pnę się na górę za mną Pan przewodnik zachęca Yordi do wspinaczki. Po drodze próbuję zrobić zdjęcia w dół owego korytarza, ale z moim aparatem gówno wychodzi. Etiopka jak jakaś babcia powoli pnie się do góry, a ja sobie myślę, że miesiąc temu na Wielkim Murze wspiąłem się 20 razy tyle i żyłem i niespodzianka, myślę sobie - istnieje zdrowy człowiek w moim wieku, który ma gorszą sprawność fizyczną niż ja! A kysz wy wszyscy wuefiści, z którymi kończyłem z oceną dostateczną wybłaganą i wypoconą. Ja i moje 80 kilo zdobyliśmy Gulou i nie wypluwam jeszcze płuc! A wiem, że znajomi dobrze wiedzą, że to u mnie wielki wyczyn. Widok z Gulou jest całkiem ładny, acz można tylko patrzeć w kierunku południa, gdyż reszta jest zagrodzona. Czyżby trzymali tam snajperów na wypadek buntu studentów? No nic, zaczyna się pokaz - 5 chińskich młodzików gra na 5 bębnach, co kiedyś odbywało się ponoć 12 razy na dobę, a dziś tylko dla białych (którzy przeważają wśród zwiedzających w stopniu 3 do 1). Bez rewelacji, no ale coś jest. W Xi'anie było ładniejsze przedstawienie, ale też przeżyję. W między czasie robię zdjęcia zegara wodnego, jakichś dziwnych rzeczy, które pomagały odmierzać czas i starego zniszczonego bębna, który jako jedyny ostał się po powstaniu bokserów.
Yordi każe zrobić sobie parę zdjęć. Zasadniczo resztę przedmiotów i pokaz raczej ignoruje. Jak się później okaże firma Casio powinna pozostać przy robieniu zegarków, a nie uciekać się do produkcji aparatów fotograficznych.
No nic to, schodzimy, Etiopka wygląda na lekko zmordowaną - buty na 2 centymetrach nie wydają się pomagać. Zmierzamy do Zhonglou, które wygląda na nie odnawiane, ale gdzie ma być największy chiński dzwon. I naprawdę jest ogromny, ale oczywiście trzeba wspiąć się po ogromnych schodach. Ja znów myślę Xizhimen a moja towarzyszka zdycha pewnie gdzieś za mną. Ja wspiąwszy się jak pantera (czy Ty sobie Gosiu to wyobrażasz?) w porównaniu z Yordi po tym razem 76 stopniach, kontempluję ogrom dzwonu. Gdy przewodnik i czarna "pantera" docierają na górę tenże pierwszy mówi nam, że dzwon też brzmiał kilka razy dziennie, ale teraz używa się go tylko na Chunjie (co mnie dziwi, że nie na Shi-yi, ale nie inwigiluję dalej, bo nie mam tego w charakterze). Jest legenda, robię zdjęcia. Yordi ze zdziwieniem przyjmuje do wiadomości, że będąc metr od niej nie jestem w stanie objąć jej ruskim aparatem jej i 11-metrowego dzwonu - ciekawe czemu? Może trzeba mieć doktorat z fizyki, by rozumieć ten problem? No ale nic - staje na tym, że chrzanić dzwon, liczy się, by twarz Etiopki było ładnie widać. I wówczas sobie myślę, że na cholerę było jej płacić 65 kuai'ów - nie mogła stanąć przy naszym kiosku przed południową bramą? Efekt przecież byłby dla widzącego zdjęcie identyczny. Przewodnik demonstruje widok na północ Pekinu, że tam gdzieś jest Bird's Nest (narodowy stadion olimpijski) a tu blisko są hutongi - no co ja bym bez jego wiedzy zrobił.
Schodzimy - Yordi już nawet nie każe robić zdjęć na schodach - mówi, że "is tired", a ja jej na to, że od wyjścia z akademika minęły 2 godziny, i ledwie zaczęliśmy - w Beihai drugie, a w Jinshan trzecie tyle wspinania. Znów z ciekawością dziecka pyta gdzie ten Beihai, a ja znów szukam w sobie cierpliwości, by wytłumaczyć, że do Beihai jest jeszcze kilometr, zejdzie z 10 minut. Zbaczamy lekko w stronę Houhai, by usiąść przy jeziorku na trawce i znów zrobić parę zdjęć, ale nie takich byle było cokolwiek widać, takich by było widać Yordi, nawet kwiatuszków nie musi być widać. Staram się nie zgrzytać zębami myśląc sobie "a to kurde w ogrodzie przed akademikiem wynik byłby ten sam, a ile zaoszczędzonego czasu". Ale nic pstrykam 10, może 15 zdjęć w różnych pozach, wreszcie Etiopka zbiera się i kontynuujemy drogę o północnej bramy Beihai.
Dochodzimy do większej ulicy, wiem że brama jest tuż po drugiej stronie, ale jak to w Chinach bywa przejście dla pieszych jest 200 metrów w prawo albo w lewo. Yordi nieco zawiedziona idzie za mną, gdy zmierzam ku przejściu. Ponawia po raz n-ty pytanie gdzie jest Beihai. Liczę w myślach do dziesięciu i grzecznie wyjaśniam sytuację, chociaż nie wiem ile sensu do niej dociera. Kupujemy bilety, wchodzimy, tada! Czyż tu nie pięknie? "Is ok" - no tak, tryumf i apogeum mego entuzjazmu zostaje zdruzgotany bardziej nonszalancko niż Yuanmingyuan pod butami wojsk sprzymierzonych. Idziemy 300 metrów, Yordi mówi "is tired, we sit here one moment" - ja mogę na to tylko WTF, ale przystaję na propozycję. Wygląda na to, że zaspokojenie etiopskiej ciekawości na temat Beihai zostało wykonane w co najmniej 91.5% Jemy ciasteczka i wypijamy wodę - towarzyszka zostawia śmieci za sobą, ja pokornie tłumaczę, że tak nie można - kosz jest przecież 20 metrów dalej. No nic przypomina mi się "交通文明" (częst napis przy parkingach, oddaje kwintesencje chińskiego sposobu podejścia do głębokich problemów), tylko że nie wiem jaki jest odpowiednik dla ochrony środowiska ("保护环境"?). W międzyczasie wyjmuje ze swojej torby największy pojemnik z cieniami do powiek i szminką, jaki kiedykolwiek widziałem i poprawia co nie bądź w swej, jak na mój gust wciąż takiej samej aparycji. A myślałem, że półtora roku z przepiękną blondynką przygotowało mnie na takie scenariusze. Och, żywot ludzki pełen jest niespodzianek. Czy muszę wspominać, że jej ciastka, woda i bilety wylądowały w mojej torbie?
Zbieramy się, z mapy wyczytuję, że najbliżej nam do Ściany Dziewięciu Smoków, więc tam też staram się kierować. Po drodze trafiamy na piękny pawilon zbudowany nad stawem z rybkami, Yordi zachwyca się krajobrazem i rybkami i każe robić zdjęcia. Naturalnie sobie, nie pawilonowi, nie rybkom, nie niczemu. Po tym jak bardziej podobają się jej zdjęcia ze zbliżenia dociera do mnie jak mam robić zdjęcia. Niestety zaczyna kropić, a nasze dziecko Casio zaczyna płakać, że "low battery", więc baterię wymieniamy na nową, która przez następne 40 minut będzie robić to samo, co nie przeszkodzi jej wyłączać aparat co drugą próbę zrobienia zdjęcia, ale jednocześnie wykonać ze 20-30 ujęć, większość z lampą błyskową.
W międzyczasie znów muszę jakoś delikatnie i prosto wytłumaczyć Yordi, że jej dziecko to nawet nie moje Fuji, a co dopiero półautomatyczny aparat szerokokątny, i że w zastanych warunkach za cholerę z 1 metra nie obejmę jej i 3 metrowego pawilonu na 4-metrowej górce za nią, by zrobić rozsądne zdjęcie. I to mówi człowiek, który ma marne wyczucie estetyki i kiepskie pojęcie o fotografii.
W między czasie mijamy pawilon z panią, która odgradza wejście do środka siedząc przy stoliku, na którym leżą jakieś woreczki i stoi napis "鱼食3元" (nie trzeba być po sinologii, żeby widzieć ryba jedzenie 3 yuan?). Yordi pyta mnie czy wchodzimy - ja pytam się gdzie, a ona "there write tree kuai to enter". Ponownie rzucam okiem na napis i usiłuję zrozumieć, czy Budda demonstruje w jej rzeczywistości inny napis, czy też kobieta na poziomie wyżej niż ja nie potrafi przeczytać napisu, który powinna umieć już na poziomie 2 razy niższym niż ja. Naturalnie cierpliwie wyjaśniam, że to dla rybek, a do środka i tak nas nie wpuści. Gdyby chociaż zasugerowała, że można tam kupić suszoną rybę, to jeszcze bym takie nieporozumienie puścił w odmęty pamięci.
Po drodze Yordi zgarniają Panie, które chcą jej zrobić zdjęcie w kostiumie cesarzowej. Więc spędzamy z Paniami 5 minut, po czym ja też daję się namówić, bo myślę sobie, że prawie jestem obrzydliwie bogaty, jak na swoją klasę bogactwa, a poza tym niewiadomo ile jeszcze w Chinach zabawię, a tam zrobię zdjęcie dla babci i mamusi - w końcu 10 yuanów to teraz dla mnie nieznaczny wydatek. Dobra, docieramy do ściany ze smokami. Nauczony poprzednim pobytem tutaj mówię, że to stare i ważne, i minshengguji, i że cesarz, i legenda. Ale Yordi przejawia znikome zainteresowanie. Casio umiera wreszcie i mogę zrobić jej zdjęcie aparatem, który nie robi dziwnych smug na zdjęciu gdy tylko światło wokół jest odrobinę za mocne i na którego ekranie widać coś więcej niż piksele, o ostrości nie wspomnę. Ale nic to, Yordi mówi, "make photo here" i wskazuję na trawkę. Osłupiony spoglądam w lewo na liczący sobie 300 lat zabytek i czekam aż się rozsypie. Mija 5 sekund, nic. Dobra, robimy zdjęcie na trawce. Och "very good" - zachwyca się moja niedola. "Now we go home?" Znów spoglądam z niedowierzaniem - przecież jest raptem 16.30, a my widzieliśmy 3 z 20 miejsc do zobaczenia w Beihai, nie mówiąc o White Dagoba i jeszcze czymś na co mamy zapłacony bilet! Delikatnie wyjaśniam, że dopiero co weszliśmy, i że chodź przejdźmy się na to białe wielkie sterczące coś na środku wyspy w środku parku. "OK"
Maszerujemy, przepraszam, wleczemy się, kolejny postój demonstruje, że buty na obcasie są do dupy, zwłaszcza, gdy chce się COKOLWIEK zwiedzić. Na ławeczce dowiaduję się ciekawej rzeczy. Yordi jest tutaj drugi rok! I szlag mnie trafia, Gosiu - no bo przecież ona jest na "zhongji shang" tak jak Ty, a jej błędy językowe są śmieszniejsze niż moje. Ona tu jest drugi rok, a jej brak zrozumienia dla prostych pytań zadawanych przez Chińczyków wręcz mnie powala. Nawet moi najgłupsi koledzy z grupy lepiej zrozumieli by takie pytania korzystając z samej tylko własnej intuicji. A tu ta kobieta marnuje pieniądze rządu Chińskiej Republiki Ludowej (w wiki wyczytałem niedawno, że wg tego rządu rząd=naród=państwo etc.), pieniądze, które ja czy Gosia moglibyśmy wykorzystać by się czegoś nauczyć. Ja się pytam - jak można być w Pekinie o 20 miesięcy, nie być nigdy na Wielkim Murze, nie widzieć nigdy Gugongu i tak olewać głupią wizytę w durnym małym i średnio ważnym parku?! Gdzie jest Budda? Gdzie sprawiedliwość? Jak komuś nie wstyd przed samym sobą? Jaki cel w życiu ma taki ktoś?
Ja wiem, że 2 lata temu zdobyłem 99/100 punktów w teście na introwertyzm, i że teraz jestem dużo bardziej otwarty, ale i tak mam raptem aż jedną Polkę, z którą poruszam głębsze tematy, ze 2 osoby, z którymi widuję się raz na miesiąc i 3 kolegów w grupie, z którymi rozmawiam o jakichś trywialnościach. Jak można mieć gorsze osiągi? Pytam się ja, jak można? Ja spędzam swoje życie oglądają Star Treka, ale widziałem w tym mieście prawie wszystko co się da. Miałem ludzi, z którymi mogłem pogadać i wybrać się na wycieczkę (abstrahuję od faktu, że jedna z tych osób wyjechała, a druga nagle przestała się do mnie odzywać z przyczyn, których do dziś nie rozumiem - trzecia zaś to Ty), a tu oto siedzi ze mną ofiara, pomazaniec narodów, mesjasz bez przesłania, która wygląda jakoby świat był strasznym miejscem, a jednocześnie wydaje się osobą normalną i nie ma najmniejszych oznak schizofrenii paranoidalnej. Ot co najwyżej oznaki lenistwa.
Boshe, bo jeszcze w ciebie uwierzę! No nic, po pogawędce na ławce okazuje się, że Chińczyki swoim zwyczajem zamknęły 10 minut przed naszym przybyciem wejście na Dagobę, ale da się dotrzeć dość blisko, by zrobić znośne zdjęcia (wspinaczka na górę odbywa się standardowo). Z zasmuceniem przyjmuje Yordi fakt, że mój aparat w warunkach pochmurnego i zbierającego się na burzę nieboskłonu, też nie robi super zdjęć, ale są wyraźne "why so dark" - no bo kurwa skąd ma padać światło myślę sobie tłumiąc drżenie rąk. Ok "let's go home". Let's go - mówię zrezygnowany. W drodze na dół napada na nas grupa Xi'ańczyków i robimy tuzin zdjęć 5 aparatami. Standardowe komplementy, że super mamy chiński i że cudni jesteśmy. Ja muszę pomóc koleżance stopień wyżej, bo słowo na "summer" gdzieś jej umknęło. Gdy mogę się pochwalić, że byłem w Xi'anie i widziałem Bingmayong i w ogóle, to poczułem się jak najbardziej światowy człowiek w promieniu kilometra. Moja towarzyszka, która odbywała swoją pierwszą od 20 miesięcy pobytu w Chinach wycieczkę do mingshengguji wyglądała jak gdyby czym prędzej chciała uciec od native'ów.
Powrót do domu odbył się autobusem. Gdybym zostawił Yordi na przystanku, albo chociaż nie powiedział w autobusie kiedy wysiąść, to pewnie zginęłaby z głodu na zajezdni autobusowej. Po wyjściu z autobusu na Chengfu-lu (ulica, przy której jest mój uniwerek, 100 metrów od bramy, którą najczęściej się używa) zadała mi pytanie - "where is beiyu?" - a ja bym się posikał z radości, gdybym tylko nie był lekko odwodniony.