Wchodzę do pokoju zmęczony i w nastroju dziwnego zmieszania. Jest ciemno i duszno. Włączam światło i rzucam swoją torbę na łóżko, a następnie wbijam się swoją ciężką dupą w krzesło. Jestem gdzieś pomiędzy wstydem a wkurwieniem. No i jestem osiem tysięcy jenów do tyłu.
Było piękne piątkowe popołudnie – ostatni dzień września. Umówiłem się z trzema Chinkami na wycieczkę do supermarketu po piwo na planowaną wieczorem koreańską popijawę w raunji[1] na czwartym piętrze[2]. Umówiłem się o 16:10 przed recepcją, ale że przybyłem tam 7 minut przed czasem, to postanowiłem zajrzeć do pana Fujimury, by zapytać go, do kiedy można zgłaszać się na egzamin JLPT[3]. Ten prędziutko wyszedł do mnie ze swojego cubicle, by czym prędzej tam powrócić i wykonać pięciominutową rozmowę w najczystszym keigo[4]. Wrócił nieco zdenerwowany i poinformował mnie, że termin mija dziś i mamy już niewiele czasu – chciałem powiedzieć: „och to trudno”, ale nakazał mi iść do pokoju po zdjęcie potrzebne do formularza i zaraz stawić się na dole. Ja, zupełnie nieświadomy, co mnie czeka, pomachałem tylko zbierającym się Chinkom i rzuciłem „chotto matte ne”[5]. Gdy wróciłem do recepcji Fujimura-san pobiegł do księgarni, zwinął paczuszkę z formularzem rejestracyjnym i zaczął biec. A ja za nim. „Jitensha ga noreru?” „Iie, noremasen.”[6] – odparłem prosto z mostu wprawiając tego małego człowieka w nieopisane zdziwienie.
Bynajmniej nie przeszkodziło mu to w niczym. Zamiast biec w kierunku stoiska z rowerami, rzuciliśmy się ku wyjściu na parking. Było coś koło 16.20. Oczekującym mnie Chinkom rzuciłem tylko krótkie wyjaśnienie (że tak naprawdę to nie wiem co się dzieje) i przeprosiłem. Fujimura-san uparcie odmawiając udzielenia wiary w mojej kompetencje językowe swoją nieco łamaną angielszczyzną wytłumaczył mi, że dziś do 18 musimy dokonać przelewu opłaty egzaminacyjnej i dlatego ruszamy na pobliską pocztę, bo poczta w instytucie nie ma możliwości wykonania przelewu ekspresowego. Dodał, że akurat szczęśliwie się złożyło, że dziś przyjechał do pracy samochodem, bo zazwyczaj korzysta z pociągu. Moje próby grzecznego wytłumaczenia mu, że „daijoubu[7]” i że yamemasu-jemy[8] okazywały się całkowicie daremne.
Na pocztę dotarliśmy w 2 minuty. Tu znów wysłuchałem rozmowy w keigo, z której odniosłem jedynie niejasne wrażenie, że coś nie gra. Gdy Fujimura-san poprosił o telefon i wypowiedział trochę więcej keigo naprawdę zacząłem się martwić. 5 minut później biegliśmy znów do jego samochodu, gdzie wytłumaczył mi, że na tutejszej poczcie nie działa bankomat, którym mielibyśmy dokonać przelewu, więc jedziemy na inną pocztę. Gdzie? – nieśmiało zapytuję. „空港[9]” – pada o dziwo odpowiedź w języku japońskim. „関西国際空港?[10]”-zapytuję z niedowierzaniem. „Yes” – i wszystko jasne. (Pozostaje mi tylko żałować, że nie umiem jeździć na rowerze, bo gdybyśmy byli w tym miejscu na rowerach, to moja przygoda zapewne skończyłaby się dokładnie teraz.)
Najbliższe 3 minuty spędzam na wysilaniu swojego keigo, by wybić mu ten pomysł z głowy, ale Fujimura-san – nadal po angielsku – odpowiada, że kiedyś już zawiódł jedną Polkę (to o Olasi) i że w ogóle mu przykro, że Polacy dostają od rządu Japonii mniej pieniędzy, i że choć tyle chce dla mnie zrobić. „If this won’t work I give up” – zakończył dyskusję. Kontynuował rozmowę informując mnie, że most często jest zamykany z powodu mgły i trzęsień ziemi, i że ma nadzieję, że nie będziemy nocować na lotnisku. To delikatne poczucie humoru nie jest mi do końca obce, ale nadal uważam je u Japończyków za nie pasujące do ich charakterów.
Po chwili wjeżdżamy na pobliski Sky Gate Bridge (prawie 4-kilometrowy most łączący Honsiu ze sztuczną wyspą, na której jest lotnisko). Przypominam sobie z Google’a, że to toll bridge i pamięć mnie nie myli – mijamy tabliczkę informującą: „普通車 800円”[11]. Zaje-kurwa-biście jest jedynym słowem, które przychodzi mi na myśl, gdy mkniemy przez most, a nad nami przelatuje startujący samolot.
Gdy wjeżdżamy na parking nie chcę nawet patrzeć na tabliczkę informacją o opłacie za postój. Dowiem się później, gdy Fujimura-san wręczy mi kwitki. Czym prędzej bieżymy w poszukiwaniu rzeczonej poczty i tam następuje długotrwały proces uzupełniania formularza zgłoszeniowego i blankietu przelewu – nie dość, że każdy kraj i język ma przypisany kod, to jeszcze pytają mnie o zawód. Pod numerem 3 widnieje coś jak „house maker”, która to opcja strasznie mnie kusi. Ostatecznie zostaję jednak przy gakuseiu[12]. Poza tym na formularzu przelewu trzykrotnie wypełniam adres i nazwę instytutu: „国際金流基金関西国際センター” i adres Rinku-Pooto-Kita 3-14 już chyba na zawsze zostaną w mojej pamięci. To samo na formularzu zgłoszeniowym i kopercie. W międzyczasie pomylę się kilka razy, co trzeba będzie skorygować korektorem. Okazuje się jednak, że korektor i klej to materiały całkiem łatwo dostępne na osakańskich pocztach.
Na koniec Fujimura-san każe mi grzecznie zapytać obsługującego mnie pana, ile będzie kosztować mnie wypożyczenie korektora, co posłusznie czynię. W odpowiedzi pada „goman’en”[13], co mogę skwitować tylko uśmiechem i „sou desu ka”[14]. Najwidoczniej tu na południu jednak mają poczucie humoru. Tym na północy na pewno nie pomaga sprawa Fukushimy. Choć może ich dzieci będą dużo weselsze machając swoimi trzema rączkami?
Kolejne 15 minut spędzimy z Fujimurą-sanem biegając po lotnisku i szukając parkingu, na którym został samochód. Gdy wracamy nad mostem zaczyna unosić się delikatna mgła, ale nadal dobrze widać ląd, w którego kierunku zmierzamy. Tajiri, pomimo że małe, sprawia wieczorem całkiem oszałamiające wrażenie – nic dziwnego, że nadal znajdują się ludzie, którym marzy się zawód marynarza. Jest mi już absolutnie wszystko jedno – gdzie jedziemy, ani ile będzie to kosztować - nie robi mi już żadnej różnicy. Fujimura-san próbuje zabić krępującą ciszę opowiadaniem o swoich wyjazdach do Chin, ale nie idzie mu to szczególnie dobrze. Naprawdę chyba wolałbym, gdyby mówił do mnie nawet po chińsku – byle tylko nie po angielsku.
Gdy wysiadamy z zaparkowanego przed instytutem auta jest już mroczny wieczór. Zastanawiam się, czy Chinki będą mnie bardzo nienawidzić, ale jest mi wszystko jedno: Fukuzawa Yukichi[15] już prawie się rozpłynął i jego resztki w postaci dwóch Noguchich Hideyo[16] oddam panu Fujimurze. Jeszcze raz bełkoczę wszystkie znane mi keigo świata i kłaniam się najniżej jak kiedykolwiek przyszło mi się kłaniać. Fujimura-san z uśmiechem informuje tylko, że jest już spóźniony na spotkanie i musi jeszcze popracować. Zegar w uketsuke zbliża się powoli do 19, gdy Fujimura-san rozpływa się w słabo oświetlonym korytarzu zmierzającym w kierunku biurowej części instytutu.
[1] Ang. Lounge.
[2] W Japonii parter numerowany jest jako 1. piętro.
[3] Taki japoński Cambridge Certificate.
[4] Keigo – rodzaj gramatycznego i leksykalnego sposobu wyrażania najwyższych stopni grzeczności w języku japońskim.
[5] „Zaczekajcie chwilkę”.
[6] „Umiesz jeździć rowerem?” „Nie, nie potrafię.”
[7] Tu: W porządku. (używane w różnych funkcjach)
[8] Poddać się, zrezygnować.
[9] Lotnisko.
[10] Lotnisko Międzynarodowe Kansai (KIX).
[11] Samochód zwykły – 800 jenów.
[12] Uczeń, student.
[13] 50000 jenów (przy kursie 4,20 PLN/JPY to ok. 2100 zł)
[14] „Doprawdy?”
[15] Postać na banknocie 10000-jenowym.
[16] Bohater banknotu 1000-jenowego i czytanki w sławnym wśród japonistów krakowskich podręczniku do średniozaawansowanego japońskiego.
Było od razu mu powiedzieć, że nie masz kasy. Może by i umarł ze wstydu za swój rząd, ale nie będziesz musiał głodować teraz :3. Też by mnie trafiło w takiej sytuacji, eh. Ale ja myślę, że nie ma czegoś takiego jak wyjazd do obcego kraju bez niepotrzebnego stracenia jakiejś sumy pieniędzy :/ Gambaruj tam dzielnie mimo wszystko :3
OdpowiedzUsuńCiesz się, że tak się tam Tobą przejmują. W Fukuoce panie w ofisie na jakiekolwiek zapytanie, udzielały uprzejmej odpowiedzi w japońskim, a wszystko trzeba było załatwiać samemu (w przeciwieństwie do kursu angielskojęzycznego - dla tych to stawali na głowie i prowadzili za rączkę).
OdpowiedzUsuńW Kansaju mają zajebiste poczucie humoru! Można się niemalże poczuć jak u nas czasami ^^
A na poczcie japońskiej mają wszelkie materaiy papiernicze. Łącznie z dwoma rodzajami taśmy klejącej, sznurkiem i innymi cudami.
I okularami :D
OdpowiedzUsuńPrzy każdej możliwej okazji jęczę, że mam mało pieniędzy ;) Tutaj zasadniczo uważają, że wszystkich trzeba za rączkę prowadzić i nawet nie zamierzam protestować, acz w pewnych momentach jest to strasznie wkurzające...
OdpowiedzUsuńOkularami?
Nie zauważyłeś okularów na poczcie? ^^
OdpowiedzUsuńhttps://picasaweb.google.com/106829272999661504638/Wynalazki#5525958841940204018