Nowy Świat

Nowy Świat
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mongolia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mongolia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 października 2009

Eliza jedzie do Szanghaju - No a ja?

Korzystając z pomocy mówiącej po chińsku rosyjskiej koleżanki Ksenii, znalazłem najtańszy możliwy turnus – Mongolia tam i z powrotem w 3 dni. Ok. No to odliczamy pieniążki i jedziemy.
Dzień pierwszy, szósta rano, wsiadamy do luksusowego, zgodnie z opisem, autokaru, który jednak jak wszystkie chińskie produkty jest za mały na europejską fizjonomię, więc jest co nieco niewygodnie, ale po 9 godzinach w samolocie AirFrance człowiek przyzwyczaja się do naprawdę małych przestrzeni. Jakieś 6 godzin z dwoma krótkimi postojami trwa przejazd do prowincji pt. „Mongolia Wewnętrzna”, do miasta Huhehaote (Huhhot po mongolsku jeśli ktoś woli), które jest jednym z malutkich miasteczek w Chinach. Ot maciupeńkim. Się znaczy ze wschodu na zachód jakieś 30 kilometrów średnicy, ponad dwa i pół miliona mieszkańców oraz wieżowce i estakady przypominające mi swoim rozmiarem Warszawę. No więc owo malutkie miasteczko wielkości naszej stolicy w połowie wciąż jest w budowie. I to wcale nie przesada – gdy okna po jednej stronie wychodzą na nowoczesne centrum handlowe z MacDonaldsem, to z tych po drugiej stronie wyłania się betonowy szkielet kolejnego wznoszonego gmachu.
Później trafiamy do pewnej faktorii handlowej, w której mieliśmy podobno zobaczyć jak Mongołowie tkają swe obrusiki, ale widzieliśmy głównie sklepy ze sweterkami z wielbłądziej wełny za 900 yuanów (się znaczy 400 złotych), więc raczej nie nakupiłem pamiątek. Później miało być muzeum, ale zamknęli wcześniej niż zazwyczaj, bo akurat wypadało wspomniane wcześniej święto „środka jesieni”. Cóż, mówi się trudno i żyje się dalej. A my ruszyliśmy dalej w drogę ku właściwym stepom Mongolii, gdzie mieliśmy spędzić noc w tradycyjnej mongolskiej „jurcie”, czyli czymś pomiędzy domkiem a namiotem. N powitanie był mongolski spirytus służący do odkażania toalet, niestety tylko po małym łyku i pieczony baran, który niestety też nie wyglądał na zbyt utuczonego. Znalazłem się przy stole wśród samych kobiet, więc gdy trafiła do nas spora porcja barana, a raczej mnóstwo kości i odrobina mięsa, to nie było żadnych chętnych do tegoż dania. No ale byłem ja, więc polegając na swym wiejskim rodowodzie przystąpiłem do ogryzania kości, co dostarczyło sporo radości siedzącym tam również trzem Japonkom. Zapytałem, czy wyglądam równie zabawnie jak panda w tokijskim zoo, ale zachichotały tylko robiąc mi zdjęcie, ale też pozostawiając mnie bez odpowiedzi.
Przerwa na notkę japonistyczną. Nie mogę już znieść Shanbena w moim podręczniku (Yamamoto jakby ktoś pytał) ani Szanzhonga (no, zgadujemy, shan już znamy, a zhong jak w Zhongguo – i co nam wychodzi?) – za każdym razem mam ochotę czytać po naszemu. Podobnie bywa od czasu do czasu z kanjiami (lub hanzi, jeżeliby to zdanie miało dojść do uszu Sosa), w których wybierają zabawną kolejność pisania. Piszę zabawną, bo mam wrażenie, że Japończykom przynajmniej z kolejnością kresek coś dobrze wyszło…
Może jeszcze jedna dygresja na temat jedzenia, albo raczej picia. Otóż istnieje pewien chiński specyfik, który ma 56% zawartości alkoholu, a więc więcej niż przyzwoita wódka i, o zgrozo, pakowany jest również w półlitrowe butelki. Niestety ma jeden mankament, przynajmniej dla mnie – smakuje ohydnie. Ma niemniej też jeden plus – kosztuje ok. 6 yuanów (się znaczy 2,75 zł), więc tyle co piwo w Polsce – i ja się pytam – czemu nie widzę pijanych Chińczyków, skoro taki alkohol rozdają niemal za darmo?!
Wróćmy do zoo, a dokładniej na stepy Mongolii dnia pierwszego. Po kolacji czekało nas imprezowanie po mongolsku, które składało się z żałośnie małego, w proporcji do liczby uczestników wycieczki, ogniska i odrobiny muzyki. Najpierw zagrali i pośpiewali coś po swojemu, a później puścili disco i tak sobie trochę poskakaliśmy, raczej z zimna niż w takty muzyki, gdyż temperatura na zewnątrz na pewno dochodziła już do zera. Powrót zaś do jurty też nie należał do najweselszych, gdyż temperatura tam była może o kilka stopni wyższa niż ta na zewnątrz.
Przypuszczam, że nad ranem wyniosła gdzieś koło zera, gdyż jak okazało się kiedy wstaliśmy, woda w pewnej beczce nieopodal jurt zamarzła… Niemniej ubrani w najcieplejsze ubrania, w kurtkach i czapkach na głowach, przykryci kołdrami przespaliśmy z Ksenią parę godzin, by wstać przed 6 rano i obejrzeć wschód słońca. Nie byliśmy jedyni. Drogę przed gospodarstwem goszczących nas Mongołów zasnuło o tej porze ze dwa tuziny ludzi w kurtkach, a mimo to trzęsących się z zimna. My z Ksenią uznaliśmy, że nie zaszkodzi zabrać swoich kołder na głowie, i w takim nieco groteskowym ubiorze wybraliśmy się fotografować owo cudo.
Niestety nie było aż tak cudowne jak zwykło się przypuszczać. Dla rozgrzania dostaliśmy śniadanie, które też nie było zbyt ciepłe, a dla mnie absolutnym hitem był – uwaga – ryż w wodzie. Powtarzam – ryż w wodzie, w której został ugotowany, absolutnie żadnych dodatków, chyba nie było w nim ani odrobinę soli, więc byliśmy raczej nie pocieszeni po lodowatej nocy. Dla uradowania oczu zabrano nas na przejażdżkę konną. Niestety na własny koszt, więc nie skorzystałem i zamiast tego 2 godziny plątałem się po stepie. Niemniej nie wiele straciłem, gdyż ludzie, którzy wybrali się na grzbiecie owych niezbyt oszałamiających rumaków powiedzieli mi później: „No jedziemy te półtorej godziny, zatrzymujemy się i mówią nam – To jest najpiękniejsze miejsce w okolicy. – Patrzymy a tam step, jak wszędzie, ot uschnięta trawa i tak dalej. Pytamy więc, ale czemu to jest najpiękniejsze, skoro wygląda tak jak wszystko naokoło? – Odpowiedź, godna Salomona – No bo w maju jak kwiaty zakwitną to tutaj jest ich najwięcej! – Acha…” Innymi słowy może pojeżdżę konno w jakichś bardziej sprzyjających okolicznościach.
Obiad u Mongołów też był iście swojski, gdyż identyczny jak poprzedniego wieczoru, ale tym razem bez barana, więc nie było ogryzania kości, a tylko wybieranie kawałeczków jakiegoś mięsa spośród ogromu zieleniny. Później przegłosowano, że nie chcemy jechać do muzeum, które mieliśmy zwiedzać wczoraj, ale chcemy do hotelu – bowiem drugą noc mieliśmy spędzić w luksusowym hotelu z trzema gwiazdkami. No więc czekało nas kolejne dwie godziny drogi do miasta Baotou, też mniej więcej wielkości Warszawy. I hotel był rzeczywiście milutki – ciepły prysznic, nawet łóżko prawie tak miękkie jak te w Polsce. Po nocy w temperaturze zera stopni istny rarytas.
Krótka dygresja o towarzystwie – poznaliśmy kolejne dwie Rosjanki – Zjemfirę i drugą Ksenię, które studiują na innym pekińskim uniwersytecie, ale za to chińskim władają już naprawdę sprawnie, gdyż mają mniej więcej takie samo podłoże akademickie jak ja w japońskim. Toteż wieczorem wyszliśmy razem na krótki spacer i dziewczyny zapytały przechodzącą Chinkę, gdzie jest centrum, bo chcieliśmy coś zobaczyć, a ona nam na to, że jakieś 30 kilometrów w tamtym kierunku… Acha. No to musiał nam wystarczyć spacer po tym podmiejskim osiedlu, wśród którego znajdował się nasz hotel.
Trzeci dzień wycieczki to ostatnia atrakcja – pustynia. Dokładnej nazwy nie pamiętam, ale na pewno stanowiąca którąś z fragmentów sławetnej pustyni Gobi, z tym, że przerobioną do potrzeb białych, i rzadziej chińskich, turystów. I prawdę mówiąc z całej wycieczki było to miejsce najfajniejsze. Zjazd kolejką linową, błąkanie się po wydmach, zapasy rosyjskich kobiet w piasku, pół godziny na grzbiecie wielbłąda (moment, kiedy wielbłąd schodzi z wydamy w dół jest najbardziej emocjonujący, gdyż jeśli się człowiek dobrze nie trzyma to można wypaść z siodła – prawie jak na przyzwoitej jakości kolejce górskiej w wesołym miasteczku) i takie tam. Niestety raptem 3 godziny i musieliśmy wracać, gdyż czekał nas obiad i długi powrót do Pekinu. W sumie tego dnia spędziliśmy na wracaniu do stolicy niemal 8 godzin. No może nie aż tyle, bo administracyjna stolica zaczęła się dużo wcześniej. Ale przejechanie samego Pekinu, z centrum, gdzie mniej więcej mieszkam, do przedmieść z tabliczką „Pekin żegna” jedzie się dobre półtorej godziny z ustawową dla autobusu prędkością 80 km/h na drodze ekspresowej. Nie da się ukryć, że przynajmniej administracyjnie to miasto ma rozmiar połowy Belgii lub naszego województwa.
A może krótka wstawka o drogach. Otóż prowadzenie w Chinach jest zadaniem wymagającym wiele uwagi, mimo iż poza miejskimi drogami, gdzie panuje totalny chaos, te ekspresowe wydają się być cywilizowane, to nadal panują na nich pewne prawa dżungli. Jak chociażby to, że nasz kierowca ledwie zbliżając się do jakiegoś pojazdu przed nami zawsze używał klaksonu. Czasem trąbił, gdy ktoś zajeżdżał mu drogę, ale zdecydowanie najczęściej trąbił bez żadnego wyraźnego, przynajmniej dla europejskiego oka, powodu. I robił to przynajmniej 3 razy w przeciągu 5 minut. Po godzinie człowieka naprawdę trafiał szlag, nie mówiąc o tym, że oka nie dało się zmrużyć, ale już następnego dnia jakoś przywykłem do tego nieustannie powracającego hałasu. Do ciekawych przydrożnych obserwacji należy również sposób budowania chińskich dróg, gdyż przebiegają one w rejonach niezwykle pofałdowanych, więc muszą być budowane w formie estakad, a tam gdzie się nie da biegną w tunelach. To było ciekawe doświadczenie, gdyż w pewnym miejscu wjechaliśmy do tunelu, który jak informowała tabliczka miał mieć 725 metrów, więc jak na moją miarę całkiem sporo, po to by wyjechać z niego na 20 sekund i wjechać do kolejnego, nawet dłuższego tunelu. Naturalnie kierowcy nie przeszkadzało to w trąbieniu.