Nowy Świat

Nowy Świat
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tarnobrzeg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tarnobrzeg. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 maja 2011

“God moving over the face of the waters”

Poniżej fragment prozy, który wyszedł spod moich palców trafiając na dysk komputera w kwietniu 2007 roku. Planowałem opublikować go już jakiś czas temu, ale nigdy nie było ku temu odpowiedniej okazji. Dziś nie ma żadnej okazji, więc dzień jest więc idealny! Trafia tu z drobnymi poprawkami. W oryginale miał być częścią powieści epistolarnej a la “Cierpienia młodego Wertera”, ale napisałem jedynie kilka tekstów podobnych do tego, które leżą gdzieś i uparcie próbują się zdegradować. Może najlepszą okazją jest ostatnio ograniające mnie uczucie ubywania prawdy i stałe pogrążanie się w trudnym do opisania marazmie. I choć sam tekst zawodzi już nawet mnie, to i tak go sobie opublikuję. A nuż zmarnuje pięć minut swojego życia na przeczytanie go, dając tym samym pole na kolejny tryumf absurdu, a więc rozkoszny tryumf rechoczącego Sartre’a.

---

Kościół był, jak zwykle przed rozpoczęciem się mszy, pogrążony w delikatnym mroku. Przez okna dostawały się jedynie strzępki światła, co sprawiało, że atmosfera wewnątrz budynku byłaby niemal przyjemna, gdyby nie przenikliwy chłód, który odbierał chęć do snu w tak, wydawałoby się, optycznie przytulnym miejscu. Usiadłem powoli w sosnowej (ale czy aby na pewno?) pięknie lakierowanej ławce, która nie została ozdobiona żadnymi zbędnymi ornamentami, lecz przerażała nawet nieco swoją prostotą. Zdawszy sobie sprawę ze zwyczajów, o których zacząłem już powoli zapominać, przyklęknąłem wspierając swoje kolana na zimnym klęczniku i uczyniłem niedbale owe machnięcia, które jeszcze niegdyś uznawałem za święty symbol. Mimo iż przez lata owe schematy wbijane były mi do głowy przez moich rodziców, dość szybko udało mi się wyzbyć niegdyś żywcem wpojonych zachowań, i bez jakiegokolwiek zaangażowania czy wiarygodności, a nawet nieco sztucznie odprawiałem znany mi rytuał, który prawdopodobnie większość otaczających mnie ludzi uznawała za drogę ku jedynej wspaniałej przyszłości, którą mogą mieć po śmierci.

Machając rękoma, jak gdyby chcąc odgonić jakiegoś wściekłego szerszenia, z pewnym wyrzutem uczyniłem dawniej nabożnie czczony znak i układając swoje ręce na ławce, splótłszy palce położyłem na dłoniach nieco zmęczoną twarz, tak że podbródek opierał się na kciukach, a pozostałe palce zasłaniały moje usta. Udawałem, że się modlę.

Panujący półmrok, głucha cisza przerywana co kilka chwil szuraniem butów, bądź stukotem pantofli na obcasach i leniwie wlewające się przez nieduże ciemne okna ostatnie promienie kwietniowego słońca wprawiły mnie w dziwny nastrój. Zresztą cały mój dzień był stosunkowo chaotyczny i rozmemłany, jak niektóre prace Pollocka. Te bardziej abstrakcyjne.

Przez chwilę ogarnęła mnie nieodparta chęć pogrążenia się swoją twarzą w splecionych rękach, tak by wstrzymały one dopływ powietrza przez nozdrza. Gdyby to było możliwe, to chciałbym tutaj i teraz, zakończyć swój niezbyt szczęśliwy żywot, zdusić resztkę swojej nadziei własnymi rękami i nimi też powstrzymać swój chory organizm przed ciągłym i niepotrzebnym marnowaniem powietrza. Niestety nie jest tak łatwo przemóc dziwne immanentne ludzkie pożądanie podtrzymywania swojej egzystencji i dokonać samobójstwa. Już, jak pamiętasz, raz próbowałem, ale klęska była sromotna. Nie, nie, wszystko ze mną w porządku, póki co nie wybieram się w stronę nieubłaganej nicości. Postanowiłem Ci uwierzyć i trwam w swoim postanowieniu, ale nie mogę zaprzeczyć uczuciom jakie mnie nachodziły.

Mój wzrok nie wiedzieć kiedy spoczął na kancie uwypuklonej i sterczącej części oparcia poprzedzającej ławki, która w jednej części była zaokrąglonym półkolem, ale w drugiej strzeliście kończyła się szpicem. Nagle moje myśli skupiły się w całości na owym drewnianym elemencie wyposażenia kościoła. Oczyma wyobraźni widziałem jak uderzam swoją czaszką o ten róg, jak gładko, choć nie bez przeszkód w postaci kości, drewno wchodzi w delikatną strukturę mózgu, a z zewnątrz czaszki dobywają się gwałtownie szerokie strużki ciepłej krwi. Dodawało to znacząco kolorytu szarościom, w których powoli zaczynali tonąć ludzie i ławki, które zajmowali. Tętniąca krew rozbryzgiwała się namiętnie po sąsiadujących mi ludziach, a ja utraciwszy fragment swojej głowy, odłupany skrawek, o nieregularnym kształcie, jak gdyby uspokojony ulatywaniem swojej dogorywającej świadomości, powoli osuwałem się na skraj ławki, a wreszcie bezwładny pod własnym ciężarem głucho uderzyłem w ziemię.

Fantastyczne było doświadczyć nagle twardości podłoża, które nagle objęło mnie swoim chłodem, ale jednocześnie, pomiędzy mnie a gładkie martwe płytki, prawie tak martwe jak ja, wtłaczała się delikatnie ciepła krew. Przypominało to wejście do zimnej pustej wanny i nagłe wpuszczenie do niej przyjemnej, odpowiednio ciepłej wody. Twarda lodowatość zaczęła nagle być pochłaniana przez rozkoszne ciepło i miękkość. Rzekłbym, że tonąłem w czerwonym aksamicie. Resztka mojej świadomości żegnała przymykającymi się powiekami niewyraźną szarość, w której do tej pory byłem pogrążony, a wyciekająca ze mnie krew czerniała w moich sztywniejących oczach i mieszała się z czernią rozszerzających się źrenic. Świat mój zaczynał wirować i rozmazywać się, a ja tonąłem w cieniu czyichś twarzy i w gęstniejących i niewyraźnych pomrukach dobiegających mnie zewsząd głosów. Wokół mnie było tylko ciepło i narastająca ciemność, która po chwili okazała się jedynym co było. Nie było nagle ciepła, nie było ciemności, tylko nieokreślone nic.

Niestety takie rozkoszne marzenia z przyczyn chociażby fizycznych i biologicznych trudne są do wykonania. Tkwiłem więc dalej w tym lodowatym kościele i opamiętując się z tego często powracającego do mnie marzenia, podniosłem się bezszelestnie z klęczek i usiadłem w ławce, opierając się w możliwie wygodnej pozycji, położyłem stopy na klęczniku, a tułowiem opuściłem się lekko, jak gdyby chcąc przylgnąć do drewna, albo też wydać się współwyznawcom niższym. A może po prostu udawać przed nimi, że mnie tam nie ma. I tak minęła pierwsza minuta, jaką spędziłem w kościele od Bożego Narodzenia.