Ekhem Witojcie!
Wygląda na to, że wreszcie udało mi się zebrać na napisanie paru słów o moich pierwszych dniach pobytu wśród śmiesznego chińskiego narodu, z którym moja komunikacja na moment bieżący odbywa się za pomocą machania rękami, a w najlepszym przypadku kartki i długopisu.
No ale do rzeczy. Po jakże radosnym locie z paryskiego CDG na pokładzie Boeinga 777-300 ER w klasie ekonomicznej, gdzie generalnie była tylko ekonomia, a brakowało klasy i miejsca na cokolwiek, wylądowaliśmy z Sosem na pekińskim Capital Airport i, ku mojemu drobnemu zawodowi, nie było żadnych rewizji, psów uzbrojonych po zęby - jedynie wyjście z samolotu zostało opóźnione, żeby pani w maseczce mogła obejrzeć potencjalnych siewców wirusów i wydać zezwolenie na rozładunek, jeżeli nikt nie pluł krwią. Zresztą nie wiem, po prostu zgaduję, ale faktem jest, że ocena stanu zdrowia pasażerów miała tempo wizyty u lekarza finansowanego z NFZ 5 minut przed końcem jego dyżuru. Co więcej zakupiliśmy z Sosem po pół litra żubrówki na Okęciu i pomimo strasznego filmu Air France o chińskiej kontroli celnej (ku mojej rozpaczy) to my musieliśmy dopaść jakiegoś pana kontrolera, który miał wyraz twarzy jakby chciał przed nami uciec. I ja się pytam gdzie ta demonstracja siły?
Okazuje się, że nastąpiła szybko, bo już 2 dni później. Mieliśmy we troje (plus sempajka Eliza) zwiedzać Zakazane Miasto. Niestety metro na stacjach Tian'anmen Dong i Tian'anmen Xi zrobiło tylko wielkie hops a z głośników popłynął jakiś komunikat. Z domysłów, informacji, albo Bhuk wie czego wynikło, że Chińczycy robią swojemu wojsku ćwiczebną musztrę przed świętem 1 pażdziernika (Mao ogłasza republikę ludową w 1949, więc okrągła 60 się im szykuje) i z oglądania nici. No, ale kiedy kręcono "Ostatniego cesarza" odbywająca wizytę królowa Elżbieta II też nie mogła zobaczyć sławnego miasta, bo partia dała pierwszeństwo filmowi, więc można czuć się w całkiem doborowym, jak na europejskie warunki klubie "Ludzi, którzy nie zobaczyli Zakazanego Miasta, bo Chińczycy mieli tam ważniejsze rzeczy do zrobienia". Pojechaliśmy więc w Tianten, czyli Świątyni Niebios i też było całkiem fajnie. W Galerii zamieszczę wkrótce parę zdjęć z tamtego przesławnego miejsca.
Poza tym Chiny są rozkoszne, zwłaszcza dla tych, którzy umieją tylko liczyć błędnie do 20 i kupować pół kilo jabłek na bazarze :P
Jak znajdę wenę na coś mądrzejszego to może wkrótce napiszę. Zapewne stanie się to wkrótce, gdyż ciężko mi tutaj, nawet pomimo nadzwyczajnej (w mojej skali) otwartości, wyciągnąć kogoś na błąkanie się po Pekinie. Klątwa Air France trwa, gdyż spotykam głównie Francuzów. No pomijając Mongoła, z którym mieszkam w pokoju, ale o współlokatorach i pokojach to osobna bajka...