Nowy Świat

Nowy Świat

niedziela, 13 marca 2011

Metafory są rzeczą niebezpieczną

„Tomasz wtedy nie uświadamiał sobie jeszcze, ze metafory są rzeczą niebezpieczną. Z metaforami nie należy igrać. Miłość może się narodzić z jednej metafory.” - Milan Kundera „Nieznośna lekkość bytu”

Od zawsze wiadomo, że pomiędzy słowem mówionym a pisanym jest różnica. Pisane słowa jakoby są bardziej faktyczne – to, co wyrażają staje się lub stało się i nie można zapobiec temu, zdziałają podczas odbioru przez czytelnika. Oczywiście można napisać nowe słowa i odwołać te wcześniejsze, ale nie zawsze da się to zrobić. Z drugiej strony to, co napisane może łatwo przepaść, zaginąć, zostać zniszczone. Mowa natomiast ulatuje dużo szybciej – ledwie przebrzmi w naszych uszach już jej nie ma – jej natychmiast przemijający byt, wydawałoby się, skazuje słowo mówione na posiadanie dużo mniejszej wagi niż słowo pisane.

Można jednak zauważyć, że słowa, które ktoś nam powie działają na nas dużo mocniej niż te, które przeczytamy. Owszem, dużo łatwiej się powołać na pismo, gdy zaś rzeczy usłyszanej dużo łatwiej zaprzeczyć, prosto przeinaczyć ją, twierdzić, że czegoś nie wypowiedziano. Pismo pozostawia dużo więcej dowodów, bo rozpowszechnienie dyktafonów nie jest szczególnie duże, ale wydaje mi się, że mowa pozostawia dużo trwalsze ślady w pamięci. Naturalnie po pewnym czasie można nie być w stanie przypomnieć sobie dokładnie jak brzmiało jakieś zdanie, coś w naszej pamięci się zniekształci, zaś zapisane słowa w elektronicznej lub papierowej formie pozwalają na łatwiejsze odwołanie się do nich w przyszłości. Jednak właśnie ten fakt – to że pozwalamy papierowi pamiętać za nas – skłania nas do łatwiejszego zapominania tego, co napisano.

Słowa, przeciwnie, mogą nam ulecieć, ale wrażenie jakie na nas odniosą, okoliczności gdy padły, tembr głosu wypowiadającej je osoby – to wszystko dużo dłużej zostanie w naszej głowie. Kolory mogą wyblaknąć, to i owo rozsypie się bądź poprzestawia, ale pewne niespójne kształty, kontury obrazów, dźwięków, a najbardziej idei, zostaną naruszone czasem w dużo mniejszym stopniu i trwać będą z nami czasem aż do samej śmierci. Listom, pamiętnikom czy dziennikom również nie można odmówić tej zdolności do opierania się czasowi, ale jest pewna delikatna, subtelna różnica, która czyni z mowy nośnik, któro dużo mocniej wyryty zostaje w naszej pamięci – ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Dużo ważniejsze niż to jak zapamiętamy słowa jest to, jak te słowa zadziałają na nas w chwili odbioru. Często docierają do nas przypadkowe zbitki dźwięków, bądź liter, które nie mają większego znaczenia w rozważanej perspektywie; są jedynie informacjami, które mogą być do czegoś komuś przydatne lub też stanowią bełkot niezrozumiały dla kogokolwiek. Jeśli jednak rozważamy słowa, które docierają w określonym celu, to stajemy przed zupełnie odmiennym światem możliwości.

Słowa stwarzają. Odkryliśmy to już tysiące lat temu, gdy zaczęto pisać pierwsze utwory prozą najpierw w celach religijnych a później, gdy wynaleźliśmy fikcję literacką, otworzyły się przed nami zupełnie nowe światy i możliwości – jeden człowiek może stworzyć miejsce, całą nową rzeczywistość, używając jedynie słów, a miliony ludzi mogą o tej rzeczywistości przeczytać i ruszyć do niej jak do zupełnie nowego świata, w którym mogą zaistnieć na nowo, w zupełnie odmienny sposób. Mi jednak chodzi o słowa, które docierają do niewielu osób – o takie zbitki liter i dźwięków, które komunikujemy każdego dnia. Jesteśmy zwierzętami, które takiej arbitralnej sekwencji znaków przypisują określone znaczenie, a co za tym idzie, wypowiadanie określonych słów wiąże się z pewnymi konsekwencjami. Żadne słowo nie jest bezkarne. Ostrzeżenie Mirandy padające w amerykańskich filmach najlepiej to unaocznia, ale w codziennym życiu mając zaledwie kilka lat przekonujemy się, że to, co wyjdzie spod naszej ręki albo wypłynie z naszych ust, będzie niemal zawsze miało jakieś konsekwencje. Jeżeli ktoś widzi lub słyszy nasze słowa, to nie może pozostać im obojętny, a przynajmniej nie w sensie braku jakiejkolwiek reakcji na odbiór tychże znaków. Są ludzie, którzy potrafią opanować swoje emocje i są ludzie, którzy są mniej wrażliwi na słowa, ale nikt z nas nie może się na nie uodpornić. Jeśli jadąc autobusem przeczytam na bilbordzie jakieś hasło reklamowe, to na płaszczyźnie praktycznej zapewne będzie mi ono obojętne, ale w odniesieniu do mojego aparatu percypującego nie jest możliwe odcięcie się od przeczytanych czy usłyszanych słów. Odbierając je przynajmniej powtórzę je w swojej głowie i zajmę wobec nich jakieś stanowisko – nawet jeśli będzie to decyzja o ich zignorowaniu podjęta w ułamku sekundy.

O ile silniejsze są słowa adresowane do bezpośrednio do określonego człowieka. Będąc nadawcą lub adresatem w procesie indywidualnej komunikacji ma się do czynienia z dużo silniejszym działaniem słów. Są one przecież obmyślone dla tej, a nie innej osoby. Fakt wypowiedzenia jakiegoś zdania przy świadkach czyni je dużo bardziej faktycznym – skierowanie słów do jednej osoby sprawia, że one stają się już w zasadzie nieśmiertelne tak długo, jak żyje osoba, do której je skierowaliśmy, oczywiście z poprawką na jej zdolności mentalne. Wypowiedzenie czegoś w przestrzeń, jak choćby blogowanie może być mniej lub bardziej groźne. Oświadczenie czegoś przy innym człowieku daje słowom niesamowitą realność i sprawia, że nie mogą one już przebrzmieć wraz z wygaśnięcie fali akustycznej. Ich nośnikiem pozostanie człowiek na tak długo jak będzie chciał i mógł nim pozostać.

Pozostaje jeszcze problem słów, które chcielibyśmy, by były wypowiedziane tylko raz w życiu. Na myśl przychodzi pewna grupa zwrotów, z wśród nich zwłaszcza czasowników, bo to one mają największą moc – czynią coś z niczego, które mają działanie zamierzone nawet poza krótkie ludzkie życie. Są słowami natchnionymi nadzieją na przetrwanie próby czasu. Co jednak, jeśli zamiast przetrwać zgon wypowiadającego tracą swoje znaczenie wkrótce po ich wypowiedzeniu? Czy można je kiedyś wypowiedzieć ponownie? Oczywiście, że tak, ale czy będą miały tę samą siłę i przede wszystkim, czy my sami będziemy w nie wierzyć jednakowo silnie, gdy pierwszy raz je wypowiedzieliśmy? Słowa się zużywają. Przychodzi czas, kiedy ich zużycie jest już zbyt duże, by mogły cokolwiek zdziałać.

Słowa ranią, słowa cieszą, słowa niszczą, słowa bawią, słowa dzielą, słowa zabijają. Potęgę słów tak łatwo przecenić – w końcu nie idą one w ilość; jeśli użyje się ich za dużo nie przybierają wcale na sile, nie amplifikują swojego działania, a jedynie duszą się we własnym nadmiarze i przeciwnie do zamierzeń tracą swoją moc, zamiast uzyskać ją ze swojego wielkiego nagromadzenia. Można wypowiedzieć tyle słów i nie zostać zrozumianym. Przed ponownym wypowiedzeniem tych samych słów człowiek musi się zastanowić, czy warto po raz drugi otwierać usta bądź zużywać atrament.