Dawno już nic nie pisałem, a że wena do pisania bloga kończy mi się przy pisaniu maili, więc pomyślałem co by opublikować fragment jednego z nich. Z listu do Sebastiana, z dnia 11 listopada br.
Otóż dziś, uzbrojony w marny zasób słownictwa, uderzyłem do tutejszej kliniki studenckiej i naturalnie po paru zdaniach niezrozumiałej konwersacji pokazano mi na tablice świetlną, która po paru chwilach oświeciła mnie na czerwono, że lekarze w godzinach 11.45-13.30 mają przerwę. No cóż. Tutaj o 12 chyba tylko poczta pracuje - przynajmniej oficjalnie. Wróciwszy zatem robię "guahao" i naturalnie każą mi płacić - 5 mao (=22 gr) - więc jakoś przeżywam tą dziwną prośbę, choć załapanie "wumao" trwa kilkanaście sekund, bo nie rzadko zdarza się w tym kraju słyszeć tą jednostkę monetarną. Pytam o pokój, ale porywa mnie siostra w maseczce i każe zmierzyć temperaturę, po czym znów odsyła do okienka, w którym dają mi nowy świstek i każą iść na drugie piętro do "yuan-cośtam-shi". Po jakże zdrowym wdrapaniu się po schodach znajduję miłą panią, która w miarę prosto tłumaczy gdzie mam iść - i tu niespodzianka - bo trafiam przed panią za szklaną szybką która ma igłę i robi coś dziwnego. Na szczęście okazuje się, że biorą krew z palca - mój palec nie chce krwawić "yinggai duo he shui!" - wyraz mojej twarzy musiał być bezcenny. Po 10 minutach jest wynik - mnóstwo znaczków, ale wystarczająco czytelny dzięki międzynarodowym skrótom, żeby oznajmić mi, że to morfologia krwi. Niestety Chińczycy jeszcze nie wymyślili magicznego testu na A/H1N1.
Z kartką biegnę do rejestracji po raz trzeci. Tam każą mi iść do pokoju lekarskiego - staję więc w kolejce, by po wejściu do pokoju wyglądająca na 70 lat babcia zaczęła mówić do mnie coś czego zupełnie nie kumałem. Ale wzięła długopis i zaznaczyła mi na kartce 2 znaki - aha, więc mam lekarza o nazwisku "Liu cośtam" - tylko teraz gdzie on kurde przyjmuje. Rejestracja po raz kolejny. Okazuje się, że pani dr Liu pełni dyżur antygrypowy 5 metrów od rejestracji - nie mogli tak od razu?! Oczywiście siedzenie na ławce i czekanie okazuje się bezsensem, bo wiekowi Chińczycy wbijają natychmiast przez drzwi, które i tak nie są zamknięte - w końcu na co komu tajemnica lekarska, czy prywatność. Okaże się jednak, że istotnie nie trzeba zamykać drzwi. Po serii w miarę zrozumiałych pytań pada sakramentalne "Czy mogę brać Aspirin?" No mówię, że tak. Badanie poza rozmową sprowadza się do zajrzenia do gardła. Ciekaw więc jestem, czy mam zapalenie oskrzeli czy coś innego. "Duo he shui!" Żegna mnie na do widzenia.
Idę więc do apteki, się znaczy oszklonego pokoju kilkanaście metrów dalej. Ja jestem gaijinem, więc staję przy okienku "Xiyao", ale i tak wiem, że moje leki niewiele będą miały wspólnego z Zachodnią medycyną. Pan spogląda na kartkę i coś mówi, ja na to eeee? powtarza "jiu fei" - po 3 sekundach oświecenie - pieczęć - a więc jeszcze jedna wizyta w rejestracji po pieczątkę.
Wracam do pana w aptece - naładował mi całą reklamówkę czegoś i wytłumaczył ile razy to ile tamto. Na do widzenia zgadnij co powiedział? Tak! "DUO HE SHUI!" ALLELUJAH! I kur zapiał... Okazało się, że połowa moich leków to flakoniki z dziwną cieczą, które przypominały mi nasze zastrzyki. Jedno wiedziałem na pewno - nie będę sobie dawał niczego brązowego wstrzykiwać. Ulotka ratuje moje nieosłuchane stetoskopem (właściwie nie widziałem u nich tego urządzenia) serce - pośród badziewia znaczków "koufu" - uff czyli mam to łykać - bo dalszej analizie okazuje się, że dołączone są śmieszne cieniutkie słomki. Jeden z leków smakuje jak obrzydliwa kawa, a drugi po prostu obrzydliwie - dawkowanie 3 razy dziennie - mojej radości nie ma końca.
Poza tym dostałem antybiotyk - azytromycynę - oraz paracetamol. Dotąd pojąć nie mogę gdzie jest moje "Aspirin". No chyba, że w chińskiej farmacji między paracetamolem, a aspiryną nie ma już różnic w związku z uchwałą Parlamentu Ludowego. Tada! I to by było na tyle. Ileż emocji, ileż wrażeń. Aż mi się zrobiło gorąco. Ups, gorąco mi się zrobiło, bo Irańczyk wyzamykał wszystkie okna i ja przy kaloryferze mam ochotę na drinka z palemką:P