Nowy Świat

Nowy Świat

czwartek, 1 listopada 2012

Następna stacja - Centrum

Melodia w tle – Patti Smith “Ghost Dance”

Zgarbiony przekraczam granicę pomiędzy gęstniejącym wieczorem a rozświetlonym wnętrzem autobusu, na którego czole widnieje mylnie rozrywkowa nazwa „Browarna”. A przynajmniej wydaje mi się ona niezwykle zabawna, gdy mrużę oczy usiłując się odnaleźć w jaskrawym pojeździe, który ma mnie dowieźć do metra. Poddaję się zmęczeniu i zamykam oczy. Przez chwilę zastanawiam się, czy przed wejściem od nomen omen Zielnej stać będzie znów ta sama babcia z warkoczem czosnku, której twarz nie wydaje się wyrażać zupełnie nic. Zupełne zero emocji. Tak jak twarze wszystkich ludzi schodzących tam pod ziemię.

niedziela, 21 października 2012

Resident Evil: Retribution

Tak, wiem, że to n-ta część odgrzewanego kotletu, ale mimo wszystko chciałem pójść i obejrzeć Milę, którą ubóstwiam. Nikt z moich kolegów nie był zafascynowany moim pomysłem. Woleli by pójść na “Bitwę pod Wiedniem” – same pedały czy jak?

piątek, 19 października 2012

Praga P.

Mieszkałem po prawej (a może lewej? nigdy nie wiem, która strona jest która) stronie Wisły tylko miesiąc, ale pozostawiło mi to szereg różnych wspomnień. Dziś chciałbym podejść do nich z trochę większym dystansem w luźno skomponowanym wierszu.

Na Pradze nocą
Gdy skini się grzmocą
I żuchw łamanych rozchodzi się trzask
Chwiejnym krokiem
Idziemy pod obłokiem
Zewsząd oblewa nas neonów blask

wtorek, 31 lipca 2012

Noc w mieście P.

“Gdzie miałbym trzymać swoją przeszłość? Nie można jej włożyć do kieszeni; trzeba mieć dom, żeby ją tam ułożyć. Ja posiadam tylko ciało, samotny człowiek ze swoim samotnym ciałem nie może zatrzymać wspomnień, przepływają przez niego.”

Jean-Paul Sartre „Mdłości”

(Przy lekturze polecam „Sleep Alone” by Moby)

 

H. zdecydowanym krokiem przedzierał się chodnikiem przez zatęchły lipcowy wieczór jednego z najgorętszych dni w roku. Zaduch miejskiej ciszy przerywany był tylko dźwiękami napływającymi z przyległych do ulicy bloków: z jednego okna huczał telewizor podając podsumowanie wiadomości bieżącego dnia, kilkanaście metrów dalej zapity męski głos kurwował na swoją żonę, która odpowiadała mu w nie mniej wybredny sposób. Gdzieś z prostopadłej, niedoświetlonej ulicy nadciągało nierówne zawodzenie grupki młodych osób, sugerujące ich powrót z jakiegoś meczu, a gdy przeszedł przez ulicę i minął jeszcze jeden blok, natrafił na kolejną grupkę w podobnie bachicznym nastroju przeciągającą się między jedną a drugą imprezą. To, co krzyczeli czy też usiłowali odśpiewać tonęło w potoku przekleństw. Forma podekscytowanego wulgarnego uniesienia pochłaniała całą niewyraźną treść szczęścia, które prowadziło ich teraz ulicą.

„Jeszcze jedno skrzyżowanie i będę na miejscu.” – pomyślał jednocześnie zastanawiając się, czy byłoby mu raźniej, gdyby też wcześniej wprowadził się w dionizyjski nastrój otępiając nieco swoje zmysły.

Gdy tylko skręcił z ulicy E. w ulicę C. nad jego głową rozległo się głośne „O chyba idą te zajebane skurwysyny!” Momentalnie odwrócił głowę w stronę krzyczącego z balkonu mężczyzny. Może gdyby nie bełkoczący głos krzyczącego, H. pomyślałby, że patrzą w niego złowrogie oczy jednego z mieszkańców P. Był jednak pewien, że sposób, w jaki nieznajomy krzyknął gwarantował, że jego stan nie pozwoliłby mu skupić wzroku w jednym punkcie ani wyróżnić sylwetki H. wśród drzew przysłaniających światło lamp. Dla pewności przeszedł jednak ulicę trochę wcześniej niż było to konieczne i nie odwracając wzroku starał się zignorować ostatnie minuty – te wszystkie krzyki, te wszystkie dźwięki niepotrzebnie rozsadzające mrok zalegający między płytami chodnika.

piątek, 20 lipca 2012

Prometeusz

Trochę spoilerowy ten trailer, ale dzięki niemu strasznie się napaliłem.

Dziś premiera. Zabiję, by móc obejrzeć go w kinie, jak właściciele praw autorskich przykazali.

sobota, 30 czerwca 2012

Ocalić od zapomnienia

Zamierzam dowodzić, że rytm poezji jest mi czymś zupełnie obcym, dopóki ktoś mnie fizycznie nie powstrzyma. Przy braku odwagi warto wpierw pokrzepić się jakimś trunkiem albo chociaż wierszem Konstantego Ildefonsa-Gałczyńskiego, równie dobrze w wykonaniu Marka Grechuty (ignorując zdjęcia z Powązek :P).

czwartek, 14 czerwca 2012

Śmierć autora a estetyka tekstu (cd.)

Warsztat pseudofilozofa - Problem nr 8 (Esej 3. cd.)
Wypowiedź estetyczna musi wywołać u odbiorcy jakąś reakcję, nawet najmniejszą i najchętniej tę, na którą została zamierzona. Jeśli ktoś zaśmieje się, bo powiedziałem coś śmiesznego, zasmuci, gdyż powiedziałem coś smutnego albo oburzy, gdy mój tekst zamierzony był na wywołanie gniewu, to znaczy, że udało mi się osiągnąć estetyczny wymiar swojej wypowiedzi. Ale nawet wtedy, gdy reakcja będzie niezgodna z oczekiwaną, ale wypowiedź wprawi odbiorcę w zakłopotanie, zmusi go do zastanowienia, może powrócenia do tekstu później i przeanalizowania go na nowo, to również odniosłem sukces w procesie estetycznego wypowiadania się. Tym samym mojej rozumienie estetyki tekstu jest szersze niż zwykła funkcja poetycka, gdzie autor niekoniecznie chce coś przekazać, ale formą zwraca uwagę na nią samą - tworzy sztukę pustą, sztukę dla sztuki.
Dla mnie to jedynie część właściwej estetyki. Rozciągam ją również bowiem na te teksty, które nie mają zamiaru stanowić dzieła, które przetrwa wieki i będzie zachwycać pięknem kolejne pokolenia. Najwspanialsze i najbardziej wartościowe wytwory mojego dialogu wewnętrznego to te teksty, które wtrącają się w normalny ciąg konwersacji po to, by zaistnieć przez krótką chwilę i wywołać uśmiech na czyjejś twarzy. I nawet jeśli jest to gorzki uśmiech zniesmaczenia to jest on dowodem na sukces procesu estetyzowania, który uprzednio założyłem (a śmiem sugerować, że wywoływanie zniesmaczenia jest tworzenie specyficznego typu estetyki). Te wszystkie krótkie, zazwyczaj werbalne teksty, które zawisają w powietrzu na krótkie sekundy, ale wyrywają swój ślad w czyjejś pamięci (niekoniecznie słowo do słowa, ale po prostu zatrzymują w pamięci odbiorcy uczucie związane ze sobą), są najbardziej dla mnie cenne.
Jeśli tekst niczemu nie służy, ale zwraca swoją uwagę poetyką i pięknem za nią tkwiącym to jest dziełem estetycznym i dziełem sztuki. Jednakże każdy tekst, który pełni przede wszystkim funkcję ekspresywno-impresywną i niesie ze sobą określone emocje, które zostają w pamięci odbiorcy do późniejszego rozważenia lub chociażby wspomnienia o nim, jest tekstem estetycznym, pomimo pełnienia funkcji pragmatycznego komunikatu. Tym samym każdy dowcip i każda zniewaga, jeśli wywrą na drugiej stronie jakiekolwiek wrażenie, osiągnęły pozytywny skutek przeze mnie zamierzony. Jeśli rozśmieszam ludzi lub ich oburzam; jeśli nie mogą pozostać obojętni wobec mojego tekstu; jeśli przypomną sobie o nim za 5 lat; jeśli zapomną go, ale pozostanie w nich jakieś mdłe wrażenie; jeśli oburzą się i sprzeciwią - to w każdym przypadku mogę być z siebie dumny. Oto ekspresja mojego dialogu wewnętrznego przeznaczona dla innych jednostek nie pozostawiła ich bowiem bez reakcji. (Można sprzeczać się, że każdy tekst wywołuje jakąś reakcję. Tekst o spaghetti, gdy jesteśmy głodni może wywołać w nas uczucie łaknienia.)
No ale przecież Roland mi gdzieś zaginął w tym słowotoku. A przecież pan Barthes pisze, że autor umarł! Niemniej on odnosi się raczej do tekstów pisanych, gdzie medium umożliwia ponowne przeczytanie (lub jak kto woli przepisanie) tekstu przez czytelnika i tym samym zezwala na wielokrotną reinterpretację, dekonstrukcję, a nawet pozwala na wykorzystanie takiego tekstu do napalenia nim w piecu. Mnogość zastosowań z szerokiego wachlarza fizycznych i umysłowych możliwości.
Tak więc autor nie żyje, ale czy na pewno? Tekst mówiony sam żyje krótko i ja wypowiadając go zazwyczaj szybko skazuję go na zapomnieniem. Owszem, często zakładam, że wypowiedź ma dostarczyć określonych wrażeń, ale przecież niezwykle rzadkie jest, by zdarzyło mi się powiedzieć coś aż tak dobrego, by ktoś to zapamiętał. A zatem - jeśli nie ma nośnika utrwalającego mój tekst, to równie dobrze nie ma możliwości, by odbiorca-czytelnik pozwolił sobie na lekturę tekstu i przepisał go po swojemu. Oczywiście, gdy zdarzy się, że zapamięta moją wypowiedź, wówczas trafia to wszystko do domeny Barthesa i jego jest racja (i nawet nie będzie żadnego krwawiącego orzełka).
Tym samym chciałbym wierzyć, że gdy mówię, to mimo wszystko należy mi się miano pisarza (żywego, martwego, jakiegokolwiek), bo tekst nie trwa długo i nie wpada w szpony czytelnika, nie daje się mu szansy go przepisać, przeczytać, nie ma czasu na kolejną reinterpretację. I tak na czoło wyścigu trafia nikła szansa - ta jedna chwila zanim potwierdzimy zejście śmiertelne, te kilka sekund zanim trzeba będzie teatralnie obwieścić zgon. W tym przelotnym momencie będzie miała prawo rozegrać się jeszcze jedna historia, być może tylko jeden króciutki epizod. Jeśli nikt nie ma władzy nad tym, co przemija, to czy nie mogę sobie uzurpować prawa, by wygasające w eterze dźwięki mojego głosu nadal pozostawały moją własnością? Oczywiście ich zderzenie się z membraną czyjegoś ucha środkowego i cała kanonada czynności, który musi przeprowadzić każdy sprawny otolaryngologicznie organizm, jest ode mnie zupełnie niezależna; podobnie jak to, co ów organizm sobie poczyta z informacji i form, które do niego dotarły.
Sztuka powinna rozgrywać się krótko - w sekundach i ich ułamkach - powstawać z miejsca głośno i robić wobec siebie dużo hałasu, niepokoić stojących obok i oburzać przechodniów, zmuszać sprzedawców warzyw do zastanawiania się nad sięgnięciem po rozciapane pomidory. Tekst jedynie rozbłyska dając się ujrzeć wąskiej grupie osób, kilku innym rozświetla się za plecami, skłaniając do obrócenia się w kierunku, z którego dochodzi niespodziewane zjawisko. Sztuka nie powinna być czytana i pisana, ale czytywana i pisywana krótkimi interwałami chwil, pomiędzy którymi rozgrywają się emocje i nikt nikogo nie uśmierca. Sztuka ma rozpalać się i gasnąć jak jedna zapałka - wątłym blaskiem oświecać twarz dziewczynki z zapałkami: jeśli od jej płomienia zajmą się spłoną miasta i lasy, to trudno. A jeśli nie będzie z tego żadnej pożogi, a jedynie smużka siwego dymu, to czy nie jest to równie oczekiwanym zakończeniem. Wróć, sens w tym, by niczego nie oczekiwać (to wielka przepaść, która dzieli mnie od sztuki), by rzucać słowa na wiatr i pozwalać się im unosić, by swobodnie rozbijały się o ludzkie oczy i uszy, brzegi mórz i oceanów, nie zważając na to, co będzie dalej. Trwać ze słowami i odchodzić razem z nimi - czy to nie dobra definicja bycia autorem?
Jestem nadal młodym człowiekiem (acz jeśli brać po uwagę chociażby Arthura Rimbaud - a co, mierzymy wysoko (choć trzeba przyznać, że on dla weny miał dużo więcej alkoholu i mężczyzn pod ręką) - to chyba już raczej starzejącym się autorem) i wiem już jak chciałbym coś napisać, i chciałbym, żeby było to coś godnego uwagi - by większość ludzi nie mogła przejść obok tego obojętnie (ech, ta mania wielkości) - lecz nadal nie wiem, co chciałbym napisać, a tym bardziej nie mam perspektyw na to, że cokolwiek powstanie ani też historii tworzenia czegoś mającego ręce i nogi z widokiem na przyszłość. No ale teoretyzować sobie chyba mogę, bo kto mi zabroni? Internetowe memy?







niedziela, 10 czerwca 2012

Śmierć autora a estetyka tekstu

Warsztat pseudofilozofa - Problem nr 8 (Esej 3.)
"L’acqua ch’io prendo già mai non si corse
Minerva spira, e conducemi Appollo
e nove Muse mi dimostran l’Orse."

Dante Alighieri "Boska komedia. Raj. Pieśń II, 7-9"
http://www.youtube.com/watch?v=7bHC8XEfEYk
Trochę więcej wydumanych wynaturzeń.
Tekst ten powstał w dwóch częściach w prawie rocznym odstępie czasu, a następnie pociąłem go, dla czytelności, na 3 części. Efekt osiągnięty może być przeciwny do zamierzonego. Już sam fakt, że do części drugiej (przy pierwotnym podziale) zostawiłem sobie 20-słowną notatkę, której znaczenie rozszyfrowywałem przez miesiąc, a na dodatek doktor Rusinek przejął władzę nad memami i nieco zaważył na zakończeniu, a jeszcze lepiej - już w pierwszym akapicie wspominam, że część pierwsza też jest sklejana z kto wie jak odległych czasowo tekstów (a przecież czas to jedna czwarta wszystkiego - to zupełnie inny autor!) źle wróży temu tekstowi, ale jest on dla mnie bardzo ważny (niniejszym ogłaszam czerwiec miesiącem estetyki tekstu! - Jest to miesiąc idealny ze względu na egzaminy, gdyż będę mało pisał i miał niewiele okazji, by z kimś porozmawiać, co pozytywnie wpłynie na sumę estetycznych pierwiastków we wszechświecie) mimo wszystko. Tekst jest bowiem miejscem, w którym żyję, prawdopodobnie będąc w nim uwięziony dużo bardziej niż większość ludzi.
Jest letnie popołudnie - przede mną czterostronicowa "Śmierć autora" Rolanda Barthesa, a zza ściany dobiega głośny i rozpraszający dźwięk wiertarki. Idealna chwila, by przyjrzeć się napisanemu dwa tygodnie wcześniej - szumnie to zowiąc - esejowi o estetyce tekstu. Mojego tekstu, bo przecież kto inny miałby mnie interesować. Chciałem sklecić coś z tego wtedy i dziś, ale obawiam się, że nie uda mi się uzyskać zupełnej spójności - trudno, nikt płakać nie będzie.

wtorek, 29 maja 2012

Does that star-spangled banner yet wave?

Nowy stary pomysł. W ramach ćwiczenia angielskiego i faktu, że jutro egzamin, post po angielsku! A przynajmniej w mojej aproksymacji tego języka.

--

The Daily Show” and “Colbert Report” have become for me an inexhaustible source of socio-political information about the United States of America. Their liberal bias is undeniable, but as a liberal myself I try to stick with the guys who don’t claim “homosexuality brings eternal damnation” so Stewart and Colbert are my people. Still, at the beginning of May I watched a few overdue episodes of each series, then read an article on BBC and later that day sat to watch “Nineteen Eighty-Four”, a film adaptation of a famous Orwell’s work made into picture exactly in spring and summer of 1984 (the book was so much better, but still it’s good to have an option to watch in case you can’t read) and then decided to write this post.

While taking a pleasant warm bath my stream of thoughts willingly meandered towards the press article. Bad American terrorists probably guilty of killing thousands of people deny compliance in military court proceedings and cause the judge to cry out loud for help from elsewhere (Heavens perhaps? But which ones, the 72-virgins Heavens or the Eternal-Praising-God’s-Glory one?). How surprising, can you, dear Reader, understand their behaviour? Might be of any meaning the fact that and the people who detain them caught them in countries beyond their legal authority, detained them for a few years not only without even stating under what law they are supposed to be trialled under, but also, by some mysterious chance, failed to inform them of what exactly are they accused for months, instead subjugating them to corporal torture - one of them was “allegedly” (oh, I have fallen in love with this word on the first day I learnt it) water boarded (Word 2007 does not recognise that word yet) “183 times”?

No, why would it. It is America “land of the free and the home of the brave”. And I admire the bravery of the country who continuously refuses to admit that its “War on Terror” is limited in any way by the international conventions – like Universal Declaration of Human Rights of 1948 – or even its own laws (I almost did a very literal ROTFL hearing an announcement made by the General Prosecutor- or was it Deputy? – that “due process” doesn’t mean what everyone thought it means – it’s nice they clarified that one after two hundred years since the approval of the Fifth Amendment). I’m not quite certain under what law the Americans decided to trial “the terrorists”, but I think they finally decided on that and it’s quite useful. It’s stupid to assemble a jury that seems to have to legitimisation or to kill somebody without any paper based law. But wait, why are they still celebrating a year of blowing an old guys brain out of his skull?

Hm, does it bear to you, dear Reader, any resemblance to any particular action of some other group killing people based on some imaginary law perceiving it an action for the greater good of humanity?

America, I am proud of Thee, oh Ye, Home of the Brave!

niedziela, 13 maja 2012

Jak minął weekend?

Oto nowy pomysł wyrobienia ustawowej liczby postów na blogu: shorties™, czyli parę zdań od przysłowiowej dupy strony. Odcinek pierwszy. Jak będzie się dało zauważyć shorties niekoniecznie będą się charakteryzować tym, że są bardzo krótkie dwuzdaniowe itp., ale tym, że z braku czasu nie będzie do nich dołączana żaden kawałek muzyczny albo mniej lub bardziej mądry cytat bądź fragment tekstu innej piosenki.

--

Rzadko wiem, jak reagować na konwersacje rozpoczynające się w stylu „jak minął weekend?” Oczywiście oczekiwane jest podtrzymanie odpowiedzi w charakterze dialogu typu small talk i dobór odpowiedzi ze zbioru dość dużej liczebności: począwszy od „dobrze”, „bardzo przyjemnie”, po „tak sobie”, „po staremu”. Naturalnie niektóre z tych odpowiedzi grożą kontynuacją rozmowy: „A dlaczego tak sobie?/Coś się stało?” Chyba nigdy nikt nie zastanawia się, że podsumowanie chociażby dwóch dni życia w jednym, dwóch ucinających rozmowę słowach jest trudne do osiągnięcia. No ale konwencja społeczna wymaga. Jeden osobnik w ramach tychże konwenansów sili się na empatię, zapytując o samopoczucie drugiego, a tenże – w zależności od relacji między nimi – udziela prostej i niezobowiązującej odpowiedzi z kilkoma szczegółami lub też kusi się na bardziej deskryptywne przedstawienie wydarzeń rozważanego okresu.

Podobnie z wymianą zdań ludzi mijających się w progu – osoby ze studenckimi doświadczeniami dokładnie wiedzą o czym mówię – „Wychodzisz?” „Tak, mam zajęcia.” I tutaj również czasem nie wiem jak zareagować. Wtedy najczęściej zastanawiam się, czy zrewanżować się prostą odpowiedzią o analogicznej konstrukcji „O, wracasz?” czy raczej wysilić się, jednak wciąż zachowując formę również stwierdzić jakiś fakt: „O, to woda zaczyna wrzeć w temperaturze 80 stopni Reaumura?”

Gdyby dało się to zbyć milczeniem. Niestety, sam również najczęściej wymieniam te zdania. Skoro ład społeczny w mojej jednostce bytowania miałby się zawalić z takiego powodu…

wtorek, 1 maja 2012

Eating Out

Co zrobić, gdy obejrzało się już wszystkie części Aliena, Predatora i Aliena vs. Predatora? imagePozostaje chyba tylko sięgnąć po serię „Eating Out”, czyli cztery (piąty się ma nakręcić w najbliższych miesiącach) filmy, który główną tematyką są perypetie pedałów i mających nieszczęście żyć wokół nich heretyków. Całość jest komedią z dennymi dowcipami, połamaną fabułą, ale – w zasadzie oczywiście przede wszystkim – z erotycznymi scenami z udziałem bardzo przyzwoicie wyglądających panów. Gratka dla oczu co bardziej niewybrednych pań hetero i panów. Wciąga zupełnie nie angażując umysłowo. Duże ilości alkoholu niewskazane, acz nie nadaje się do oglądania w parach, którym mogłoby grozić rzucanie się na siebie w stanie alkoholowego upojenia – zostaliście ostrzeżeni!

Przy okazji warto rzucić okiem na muzyczną twórczości Chrisa Salvatore, który zrobił kilka fantastycznych coverów, w tym „I kissed a boy” – gorąco polecam.

NIE WSKAZANE DLA PANÓW HETERO O SŁABEJ TOLERANCJI.

piątek, 20 kwietnia 2012

W tył zwrot

「風鈴、闇を裂き
生暖かい風と息を殺し
朽ち果ての夢で廻る
ハルカカナタ
滲む空はただただ・・・」

DIR EN GREY - 「艶かしき安息、躊躇いに微笑み」

Było już tutaj wiele razy o ciemności i innych takich smętach, ale muszę przyznać, że noc, kiedy leży się samemu w łóżku i spogląda na bardzo słabo oświetlony stojącą za oknem lampą sufit, przynosi wiele różnych przemyśleń.

Wczoraj, dla przykładu, pomyślałem sobie, że jest tyle rzeczy, które chciałbym umieć usunąć ze swojej osoby. Przyszedł mi znów na myśl Sartre i to, że przez 26 lat życia zbierana esencja mojego życia jest w większości nie moja, ale stanowi kopię esencji innych ludzi, to jeszcze wiele z tego, co jest we mnie, chciałbym usunąć. Zwłaszcza chciałbym pozbyć się od zależności od innych ludzi, takie niepotrzebnej psychologicznej więzi, gdyż większość z nich okazuje się bardzo zbędna albo zawodzi, gdy człowiek takiej więzi chciałby się pochwycić.

26 lat, w tym ponad 7 świadomego poszukiwania esencji własnego bytu. Rzekłbym, że nawet połowę z tego pozyskałem byle jak, wypełniłem się byle czym. Jestem mniej pusty niż kilka lat temu, ale wypełniony bezwartościową treścią albo tym, co tylko przeszkadza stać się kimś, kto nie uzależnia się byle łatwo od byle kogo. Moja walka o niepodległość od reszty ludzkości została wczoraj zawrócona o pół drogi, którą przebywałem przez ostatnie lata…

piątek, 13 kwietnia 2012

Kraj wiatrów

Odgrzebując ten wiersz z 2007 roku zrozumiałem, dlaczego Rusinek kazał mi wrócić do “Poetyki” Arystotelesa, a w ogóle raczej dać sobie spokój z poezją. Posłuchałem go na szczeście.

środa, 4 kwietnia 2012

Trwalszy niż ze spiżu (cd.)

桜咲きけり
---
Warsztat pseudofilozofa - Problem nr 8 (Esej 2. Część druga.)
II
Kładę się do łóżka i spoglądam w kierunku książki i DSa. Skończyłem dopiero 4 rozdziały "Tsugumi" Yoshimoto i jestem w połowie "The Picture of Dorian Gray" Wilde'a. Nie na dziś chyba nie jestem na siłach i w nastroju, by przed snem zająć swój umysł jeszcze czymś pożytecznym. Okrywam się kołdrą i wyciągam rękę do wyłącznika lampki. Jakiś owad zderzył się z gorejącą żarówką i dokonał żywota kilkanaście centymetrów niżej. Czas wyłączyć tę maszynę destrukcji. Krótki trzask i już pochłania mnie ciemność. To przymykam powieki na kilka sekund to mozolnie je otwieram, usiłując rozpoznać ścianę półtora metra ode mnie. Nie, to potrwa jeszcze chwilę. Pozostaje tylko wsłuchać się w odgłosy za oknem.
Deszcz. Silny sierpniowy wiatr miota liśćmi i konarami pobliskich drzew, a do spadające krople smagają je burzą. Dokładnie - smaga – deszcz nie może robić nic innego; pada mocno i wulgarnie, zupełnie nie zważając na szkody jakie może uczynić. Jego prosta wulgarność dobiega mnie narastającym szumem - to deszcz przybiera na sile. Wiatr huczy, a krople z całą siłą grawitacji i ziemskiego przyspieszenia uderzają o wszystko co stanie im na drodze ku spotkaniu z ziemią. Gdyby to był deszcz wiosenny, to z taką siłą poniszczyłby już wszystkie kwiaty.
Skąd te kwiaty? To chyba ta niepewność. Jeszcze mnie nie ma w Japonii, ale już czuję pragnienie ujrzenia sakury w rozkwicie - tak dla zasady. Ale czy rok będzie dość ciepły, by przed dwudziestym marca skłonić drzewa do rozłożenia kwiatów? To jakiś taki okres. Jedno nieopaczne skojarzenie podczas lekcji japońskiego na konwencie anime w sali rozgrzanej do przynajmniej 35 stopni i człowiekowi rzuca się na mózg jakaś idea, która z niezrozumiałych przyczyn zostaje na myśli dłużej niż powinna.

sobota, 31 marca 2012

Trwalszy niż ze spiżu

Nowa metoda – podzielić jeden esej na dwa i udawać, że zwiększyła się liczba postów. Tylko taki geniusz jak mój mógł wpaść na coś równie genialnego. Nieważne. Tym razem o pięknie.
---
Warsztat pseudofilozofa - Problem nr 8 (Esej 2. Część pierwsza.)
あなたの唇に近づいてしまった
あと1ミルにある飽和への入り口
Lily Chou-Chou "Houwa"
I
Gaszę w pokoju górne światło i włączam lampkę. Zimne i odległe światło świetlówki zastępują nieco cieplejsze promienie zwykłej żarówki. Powoli nalewam do kieliszka czerwonego słodkiego wermutu - patrzę na tę czynność zupełnie spokojnie, nawet nie jestem przekonany, że to ta sama osoba nalewa alkohol i ta sama patrzy. Jeszcze inna chyba będzie go pić.
To ma być wena, która popłynie moimi żyłami. Że alkoholizm? Ależ proszę, alkoholik za ojca sprawia, że jestem przekreślony zarówno przez psychologów jak i genetyków. Przynajmniej nie będę miał rodziny - będę co najwyżej wkurzał ludzi pod monopolowym prosząc o złotówkę (albo euro) na bułkę lub papierosa. Dziś jest mi to zupełnie obojętne. Ten płyn przelewający się z butelki do kieliszka - choć obiektywnie zimny - i tak jest cieplejszy niż moja krew. Na kolanach wprawdzie siada mi kot, ale wątpliwe, by był w stanie ogrzać mnie tak mocno, by jego ciepło trafiło do mojej duszy. Przypomina mi co najwyżej jakim cudownym zmysłem jest dotyk - jak jeden ruch dłoni po jakimś przedmiocie potrafi tyle powiedzieć o temperaturze, kształcie i fakturze przedmiotu. Chyba lepiej będzie jak po prostu napiję się i pogłaszczę kota - przecież i tak nie zapowiada się, bym coś mądrego napisał. Jeszcze jedna elukubracja pisana tą samą manierą.

sobota, 25 lutego 2012

Weekend

Za mało pedałów! Na tym blogu jest za mało pedałów! Owszem jest tu jeden nieustannie obecny duchem w swoich słowach, ale uważam, że to zdecydowanie za mało na stronę projektowaną do użytkowania w rozdzielczości 1280x1024 pikseli i wyższej. Niniejszym nadrobię to i nowy minimalny limit postów wynoszący dwanaście sztuk wypocin rocznie (liczba absolutnie zmyślona, podobnie jak limit, podobnie jak fakt ustalenia takowego; poza tym oznacza to pi razy drzwi raz na miesiąc totalny chłam pisany najczęściej pod wpływem alkoholu albo zwykłego prozaicznego wkurwienia na życie) ma mi w tym pomóc.

Niemniej, jako że nie mam o czym pisać, to będę wrzucał tu rzeczy, które z różnych przyczyn nie trafiły na Facebooka. By nie zrobić zupełnego śmietniska obiecuję jednak ograniczyć roczną liczbę postów do 24. Tak z czystej empatii dla Czytelnika*. Nie żeby ktoś subskrybował tego bloga w formie kanału RSS, by mógł ponieść jakąś szkodę z powodu dużej liczby postów – tak po prostu łączę się w Weltschmerzu z wyimaginowaną i wyidealizowaną osobą, która mnie rozumie.

Jeśli, Drogi Czytelniku*, również łączysz się w pijanym bólu Weltschmerzu z czymkolwiek wyimaginowanym, czytaj dalej – chciałbym przedstawić Ci pewien film.

Do rzeczy! Mowa o filmie Weekend (2011, bo w cholerę filmów o tym tytule, szczególnie nie należy mylić z tym, który nie jest aż tak godny uwagi – ten, o którym piszę też nie jest, chyba że jesteś gejem albo kobietą - Drogi Czytelniku* - do których akurat prezentowany typ urody przemawia) w reżyserii jakiegośtam Andrew Haigha. Poniżej plakat reklamowy – mam nadzieję, że Hamerykanie nie każą mnie aresztować za użycie go bez zgody autorów.

czwartek, 23 lutego 2012

Kiss Me Goodbye

Tekst poniżej powstał w Krakowie jakieś pół roku temu, ale nie mając nic lepszego, a chcąc zaspokoić tłumy wielbicieli umieszczam go tutaj właśnie teraz. Chwila jest dość dobra: od 21. marca nie mam gdzie mieszkać ani za co żyć. Nie zostaje nic innego jak pseudofilozofować, zwłaszcza o odchodzeniu, póki jeszcze mam dostęp do Internetu.

---
Warsztat Pseudofilozofa – Problem nr 3, esej nr 2 - Kraków 12 września 2011r. – z późniejszymi poprawkami.

Po dłuższym namyśle, z dedykacją mojej jedynej szalonej M., która gdzieś mi się zapodziała…

===

"Wyprostowałem się i wyjrzałem przez okienko na ciemne chmury wiszące nad Morzem Północnym. Zastanawiałem się nad tym, co do tej pory utraciłem, nad straconym czasem, nad ludźmi, którzy umarli albo odeszli, nad myślami, które już nie wrócą."
Haruki Murakami "Norwegian Wood"

Marek Grechuta “Ocalić od zapomnienia”

Koty są naprawdę przydatne do filozoficznych rozważań. Siadają cicho na kolanach, zamykają oczy i zmuszają człowieka, by tkwił przez dłuższy czas w niewygodnej pozycji - uczą zarazem cierpliwości i wytrwałości.

Przypomina mi się mój poprzedni domowy kot (nie mój, a współlokatorki, który również z nią wyniósł się końcem czerwca tego roku). Była to zabawna, łobuziarska istotka o standardowym szarym zabarwieniu, ale z nutką pięknego rudego odcienia. Kotka ninja, która odbijając się od ścian potrafiła jakimś cudem zahaczyć nawet o sufit. O wszystkich rzeczach pomiędzy sufitem i podłogą nie wspominając. Kicia była jedyną lubianą przeze mnie współlokatorką w ostatnim roku i zarazem jedyną, która od czasu do czasu dotrzymywała mi towarzystwa. Z radością wyczekując dnia wyprowadzki współlokatorek, przy okazji niepokoiłem się, bo wiedziałem, że to wydarzenie poprzedzi dzień zniknięcia kota.

I tak też się stało. Nie było żadnej zapowiedzi - przecież prawie nie rozmawiałem z dziewczynami, więc nie spodziewałem się też, że ktoś pozwoli mi pożegnać się z kotem. Toteż jednego pięknego czerwcowego popołudnia usłyszałem jak kotek jest pakowany do klatki-nosidełka dla kotów i wyjeżdża. Już od kilkunastu dni patrzyłem ze smutkiem na kota i wiedziałem, że jego odejście wydarzy się dokładnie w taki sposób - nagle i bez fanfarów. Kota wyniesiono, a ja dziwnie smutny spoglądałem w okno - tak jak miał to w zwyczaju kot. Nie obserwowałem niczego, po prostu gapiłem się w przestrzeń, od czasu do czasu zmieniając punkt, w którym ogniskowało się moje spojrzenie. Robiłem jedyne co umiem robić w życiu - myślałem.