Warsztat pseudofilozofa - Problem nr 8 (Esej 3. cd.)
Wypowiedź estetyczna musi wywołać u odbiorcy jakąś reakcję, nawet najmniejszą i najchętniej tę, na którą została zamierzona. Jeśli ktoś zaśmieje się, bo powiedziałem coś śmiesznego, zasmuci, gdyż powiedziałem coś smutnego albo oburzy, gdy mój tekst zamierzony był na wywołanie gniewu, to znaczy, że udało mi się osiągnąć estetyczny wymiar swojej wypowiedzi. Ale nawet wtedy, gdy reakcja będzie niezgodna z oczekiwaną, ale wypowiedź wprawi odbiorcę w zakłopotanie, zmusi go do zastanowienia, może powrócenia do tekstu później i przeanalizowania go na nowo, to również odniosłem sukces w procesie estetycznego wypowiadania się. Tym samym mojej rozumienie estetyki tekstu jest szersze niż zwykła funkcja poetycka, gdzie autor niekoniecznie chce coś przekazać, ale formą zwraca uwagę na nią samą - tworzy sztukę pustą, sztukę dla sztuki.
Dla mnie to jedynie część właściwej estetyki. Rozciągam ją również bowiem na te teksty, które nie mają zamiaru stanowić dzieła, które przetrwa wieki i będzie zachwycać pięknem kolejne pokolenia. Najwspanialsze i najbardziej wartościowe wytwory mojego dialogu wewnętrznego to te teksty, które wtrącają się w normalny ciąg konwersacji po to, by zaistnieć przez krótką chwilę i wywołać uśmiech na czyjejś twarzy. I nawet jeśli jest to gorzki uśmiech zniesmaczenia to jest on dowodem na sukces procesu estetyzowania, który uprzednio założyłem (a śmiem sugerować, że wywoływanie zniesmaczenia jest tworzenie specyficznego typu estetyki). Te wszystkie krótkie, zazwyczaj werbalne teksty, które zawisają w powietrzu na krótkie sekundy, ale wyrywają swój ślad w czyjejś pamięci (niekoniecznie słowo do słowa, ale po prostu zatrzymują w pamięci odbiorcy uczucie związane ze sobą), są najbardziej dla mnie cenne.
Jeśli tekst niczemu nie służy, ale zwraca swoją uwagę poetyką i pięknem za nią tkwiącym to jest dziełem estetycznym i dziełem sztuki. Jednakże każdy tekst, który pełni przede wszystkim funkcję ekspresywno-impresywną i niesie ze sobą określone emocje, które zostają w pamięci odbiorcy do późniejszego rozważenia lub chociażby wspomnienia o nim, jest tekstem estetycznym, pomimo pełnienia funkcji pragmatycznego komunikatu. Tym samym każdy dowcip i każda zniewaga, jeśli wywrą na drugiej stronie jakiekolwiek wrażenie, osiągnęły pozytywny skutek przeze mnie zamierzony. Jeśli rozśmieszam ludzi lub ich oburzam; jeśli nie mogą pozostać obojętni wobec mojego tekstu; jeśli przypomną sobie o nim za 5 lat; jeśli zapomną go, ale pozostanie w nich jakieś mdłe wrażenie; jeśli oburzą się i sprzeciwią - to w każdym przypadku mogę być z siebie dumny. Oto ekspresja mojego dialogu wewnętrznego przeznaczona dla innych jednostek nie pozostawiła ich bowiem bez reakcji. (Można sprzeczać się, że każdy tekst wywołuje jakąś reakcję. Tekst o spaghetti, gdy jesteśmy głodni może wywołać w nas uczucie łaknienia.)
No ale przecież Roland mi gdzieś zaginął w tym słowotoku. A przecież pan Barthes pisze, że autor umarł! Niemniej on odnosi się raczej do tekstów pisanych, gdzie medium umożliwia ponowne przeczytanie (lub jak kto woli przepisanie) tekstu przez czytelnika i tym samym zezwala na wielokrotną reinterpretację, dekonstrukcję, a nawet pozwala na wykorzystanie takiego tekstu do napalenia nim w piecu. Mnogość zastosowań z szerokiego wachlarza fizycznych i umysłowych możliwości.
Tak więc autor nie żyje, ale czy na pewno? Tekst mówiony sam żyje krótko i ja wypowiadając go zazwyczaj szybko skazuję go na zapomnieniem. Owszem, często zakładam, że wypowiedź ma dostarczyć określonych wrażeń, ale przecież niezwykle rzadkie jest, by zdarzyło mi się powiedzieć coś aż tak dobrego, by ktoś to zapamiętał. A zatem - jeśli nie ma nośnika utrwalającego mój tekst, to równie dobrze nie ma możliwości, by odbiorca-czytelnik pozwolił sobie na lekturę tekstu i przepisał go po swojemu. Oczywiście, gdy zdarzy się, że zapamięta moją wypowiedź, wówczas trafia to wszystko do domeny Barthesa i jego jest racja (i nawet nie będzie żadnego krwawiącego orzełka).
Tym samym chciałbym wierzyć, że gdy mówię, to mimo wszystko należy mi się miano pisarza (żywego, martwego, jakiegokolwiek), bo tekst nie trwa długo i nie wpada w szpony czytelnika, nie daje się mu szansy go przepisać, przeczytać, nie ma czasu na kolejną reinterpretację. I tak na czoło wyścigu trafia nikła szansa - ta jedna chwila zanim potwierdzimy zejście śmiertelne, te kilka sekund zanim trzeba będzie teatralnie obwieścić zgon. W tym przelotnym momencie będzie miała prawo rozegrać się jeszcze jedna historia, być może tylko jeden króciutki epizod. Jeśli nikt nie ma władzy nad tym, co przemija, to czy nie mogę sobie uzurpować prawa, by wygasające w eterze dźwięki mojego głosu nadal pozostawały moją własnością? Oczywiście ich zderzenie się z membraną czyjegoś ucha środkowego i cała kanonada czynności, który musi przeprowadzić każdy sprawny otolaryngologicznie organizm, jest ode mnie zupełnie niezależna; podobnie jak to, co ów organizm sobie poczyta z informacji i form, które do niego dotarły.
Sztuka powinna rozgrywać się krótko - w sekundach i ich ułamkach - powstawać z miejsca głośno i robić wobec siebie dużo hałasu, niepokoić stojących obok i oburzać przechodniów, zmuszać sprzedawców warzyw do zastanawiania się nad sięgnięciem po rozciapane pomidory. Tekst jedynie rozbłyska dając się ujrzeć wąskiej grupie osób, kilku innym rozświetla się za plecami, skłaniając do obrócenia się w kierunku, z którego dochodzi niespodziewane zjawisko. Sztuka nie powinna być czytana i pisana, ale czytywana i pisywana krótkimi interwałami chwil, pomiędzy którymi rozgrywają się emocje i nikt nikogo nie uśmierca. Sztuka ma rozpalać się i gasnąć jak jedna zapałka - wątłym blaskiem oświecać twarz dziewczynki z zapałkami: jeśli od jej płomienia zajmą się spłoną miasta i lasy, to trudno. A jeśli nie będzie z tego żadnej pożogi, a jedynie smużka siwego dymu, to czy nie jest to równie oczekiwanym zakończeniem. Wróć, sens w tym, by niczego nie oczekiwać (to wielka przepaść, która dzieli mnie od sztuki), by rzucać słowa na wiatr i pozwalać się im unosić, by swobodnie rozbijały się o ludzkie oczy i uszy, brzegi mórz i oceanów, nie zważając na to, co będzie dalej. Trwać ze słowami i odchodzić razem z nimi - czy to nie dobra definicja bycia autorem?
Jestem nadal młodym człowiekiem (acz jeśli brać po uwagę chociażby Arthura Rimbaud - a co, mierzymy wysoko (choć trzeba przyznać, że on dla weny miał dużo więcej alkoholu i mężczyzn pod ręką) - to chyba już raczej starzejącym się autorem) i wiem już jak chciałbym coś napisać, i chciałbym, żeby było to coś godnego uwagi - by większość ludzi nie mogła przejść obok tego obojętnie (ech, ta mania wielkości) - lecz nadal nie wiem, co chciałbym napisać, a tym bardziej nie mam perspektyw na to, że cokolwiek powstanie ani też historii tworzenia czegoś mającego ręce i nogi z widokiem na przyszłość. No ale teoretyzować sobie chyba mogę, bo kto mi zabroni? Internetowe memy?