Melodia w tle – Patti Smith “Ghost Dance”
Zgarbiony przekraczam granicę pomiędzy gęstniejącym wieczorem a rozświetlonym wnętrzem autobusu, na którego czole widnieje mylnie rozrywkowa nazwa „Browarna”. A przynajmniej wydaje mi się ona niezwykle zabawna, gdy mrużę oczy usiłując się odnaleźć w jaskrawym pojeździe, który ma mnie dowieźć do metra. Poddaję się zmęczeniu i zamykam oczy. Przez chwilę zastanawiam się, czy przed wejściem od nomen omen Zielnej stać będzie znów ta sama babcia z warkoczem czosnku, której twarz nie wydaje się wyrażać zupełnie nic. Zupełne zero emocji. Tak jak twarze wszystkich ludzi schodzących tam pod ziemię.
Pierwszego dnia, gdy ją zobaczyłem, pomyślałem, że może na kogoś czeka – przecież nie wyglądała na osobę, która próbuje coś sprzedać. Z jej ręki zwisały te cebule czosnku nawleczonego na sznur, które to kazały mi pomyśleć: „O, ta starsza pani wiedziała, gdzie tanio kupić czosnek. Ja – przyjezdny – muszę pójść do Biedronki i kupić sobie choć jedną sztukę, to może pozbędę się wreszcie tego dręczącego mnie od paru tygodni kaszlu.” Gdy zobaczyłem ją następnego dnia z dwoma wiązkami czosnku zrobiło mi się strasznie przykro. Zrozumiałem, że wcale nie czeka na kogoś – czeka aż ktoś kupi od niej ten nieszczęsny dodatek do mleka z miodem. Może dorabia do jakiejś żenującej renciny, zaś ja nie wpadłem od razu na jej prawdziwą funkcję i pobiegłem do supermarketu zamiast wspomóc jej szczytny cel. Pomyślałem sobie dalej, że pewnie byłoby taniej u niej, ale cóż bym ja zrobił z taką ilością czosnku, którego nienawidzę?
Trzeciego dnia było mi naprawdę smutno, kiedy znów ją zobaczyłem. W piątkowy wieczór przed wejściem do metra nie było już tej starszej pani. Przyszła mi tylko na myśl „Dziewczynka z zapałkami” Andersena i, gdy schodziłem schodami do bramek wejściowych, zastanawiałem się przez chwilę, czy jej nieobecność powinna mnie uspokoić – może sprzedała swój produkt (oho, za dużo metryk, za dużo korporacyjnej indoktrynacji – chciałeś powiedzieć warzywo, prawda?) i wróciła do domu, kupiwszy za zdobyte pieniądze coś innego, co było jej potrzebne? A może skończyły jej się zapałki i umarła z zimna? Natychmiast, gdy wypowiedziałem to w myśli, przeszedł mnie lekki dreszcz i nim otrząsnąłem się z tej myśli Ksawery Jasieński zdążył już zapowiedzieć swoim uspokajającym głosem: „Następna stacja - Centrum”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz