Poniższy tekst jest treścią posta, który opublikowałem na pewnym blogu dotyczącym Microsoft. O dziwo zdarzyło się bowiem, że Microsoft posłuchał pewnej petycji ze środowisk gejowskich i nie wiedzieć skąd wywiązała się dyskusja na temat gejów, Biblii itp. itd. tak ostra, że nie mogłem się powstrzymać przed dorzuceniem czegoś od siebie.
"Smutek był formą, a szczęście treścią. Szczęście wypełniało przestrzeń smutku." - Milan Kundera "Nieznośna lekkość bytu"
Nowy Świat
sobota, 9 lipca 2011
czwartek, 19 maja 2011
“God moving over the face of the waters”
Poniżej fragment prozy, który wyszedł spod moich palców trafiając na dysk komputera w kwietniu 2007 roku. Planowałem opublikować go już jakiś czas temu, ale nigdy nie było ku temu odpowiedniej okazji. Dziś nie ma żadnej okazji, więc dzień jest więc idealny! Trafia tu z drobnymi poprawkami. W oryginale miał być częścią powieści epistolarnej a la “Cierpienia młodego Wertera”, ale napisałem jedynie kilka tekstów podobnych do tego, które leżą gdzieś i uparcie próbują się zdegradować. Może najlepszą okazją jest ostatnio ograniające mnie uczucie ubywania prawdy i stałe pogrążanie się w trudnym do opisania marazmie. I choć sam tekst zawodzi już nawet mnie, to i tak go sobie opublikuję. A nuż zmarnuje pięć minut swojego życia na przeczytanie go, dając tym samym pole na kolejny tryumf absurdu, a więc rozkoszny tryumf rechoczącego Sartre’a.
---
Kościół był, jak zwykle przed rozpoczęciem się mszy, pogrążony w delikatnym mroku. Przez okna dostawały się jedynie strzępki światła, co sprawiało, że atmosfera wewnątrz budynku byłaby niemal przyjemna, gdyby nie przenikliwy chłód, który odbierał chęć do snu w tak, wydawałoby się, optycznie przytulnym miejscu. Usiadłem powoli w sosnowej (ale czy aby na pewno?) pięknie lakierowanej ławce, która nie została ozdobiona żadnymi zbędnymi ornamentami, lecz przerażała nawet nieco swoją prostotą. Zdawszy sobie sprawę ze zwyczajów, o których zacząłem już powoli zapominać, przyklęknąłem wspierając swoje kolana na zimnym klęczniku i uczyniłem niedbale owe machnięcia, które jeszcze niegdyś uznawałem za święty symbol. Mimo iż przez lata owe schematy wbijane były mi do głowy przez moich rodziców, dość szybko udało mi się wyzbyć niegdyś żywcem wpojonych zachowań, i bez jakiegokolwiek zaangażowania czy wiarygodności, a nawet nieco sztucznie odprawiałem znany mi rytuał, który prawdopodobnie większość otaczających mnie ludzi uznawała za drogę ku jedynej wspaniałej przyszłości, którą mogą mieć po śmierci.
Machając rękoma, jak gdyby chcąc odgonić jakiegoś wściekłego szerszenia, z pewnym wyrzutem uczyniłem dawniej nabożnie czczony znak i układając swoje ręce na ławce, splótłszy palce położyłem na dłoniach nieco zmęczoną twarz, tak że podbródek opierał się na kciukach, a pozostałe palce zasłaniały moje usta. Udawałem, że się modlę.
Panujący półmrok, głucha cisza przerywana co kilka chwil szuraniem butów, bądź stukotem pantofli na obcasach i leniwie wlewające się przez nieduże ciemne okna ostatnie promienie kwietniowego słońca wprawiły mnie w dziwny nastrój. Zresztą cały mój dzień był stosunkowo chaotyczny i rozmemłany, jak niektóre prace Pollocka. Te bardziej abstrakcyjne.
Przez chwilę ogarnęła mnie nieodparta chęć pogrążenia się swoją twarzą w splecionych rękach, tak by wstrzymały one dopływ powietrza przez nozdrza. Gdyby to było możliwe, to chciałbym tutaj i teraz, zakończyć swój niezbyt szczęśliwy żywot, zdusić resztkę swojej nadziei własnymi rękami i nimi też powstrzymać swój chory organizm przed ciągłym i niepotrzebnym marnowaniem powietrza. Niestety nie jest tak łatwo przemóc dziwne immanentne ludzkie pożądanie podtrzymywania swojej egzystencji i dokonać samobójstwa. Już, jak pamiętasz, raz próbowałem, ale klęska była sromotna. Nie, nie, wszystko ze mną w porządku, póki co nie wybieram się w stronę nieubłaganej nicości. Postanowiłem Ci uwierzyć i trwam w swoim postanowieniu, ale nie mogę zaprzeczyć uczuciom jakie mnie nachodziły.
Mój wzrok nie wiedzieć kiedy spoczął na kancie uwypuklonej i sterczącej części oparcia poprzedzającej ławki, która w jednej części była zaokrąglonym półkolem, ale w drugiej strzeliście kończyła się szpicem. Nagle moje myśli skupiły się w całości na owym drewnianym elemencie wyposażenia kościoła. Oczyma wyobraźni widziałem jak uderzam swoją czaszką o ten róg, jak gładko, choć nie bez przeszkód w postaci kości, drewno wchodzi w delikatną strukturę mózgu, a z zewnątrz czaszki dobywają się gwałtownie szerokie strużki ciepłej krwi. Dodawało to znacząco kolorytu szarościom, w których powoli zaczynali tonąć ludzie i ławki, które zajmowali. Tętniąca krew rozbryzgiwała się namiętnie po sąsiadujących mi ludziach, a ja utraciwszy fragment swojej głowy, odłupany skrawek, o nieregularnym kształcie, jak gdyby uspokojony ulatywaniem swojej dogorywającej świadomości, powoli osuwałem się na skraj ławki, a wreszcie bezwładny pod własnym ciężarem głucho uderzyłem w ziemię.
Fantastyczne było doświadczyć nagle twardości podłoża, które nagle objęło mnie swoim chłodem, ale jednocześnie, pomiędzy mnie a gładkie martwe płytki, prawie tak martwe jak ja, wtłaczała się delikatnie ciepła krew. Przypominało to wejście do zimnej pustej wanny i nagłe wpuszczenie do niej przyjemnej, odpowiednio ciepłej wody. Twarda lodowatość zaczęła nagle być pochłaniana przez rozkoszne ciepło i miękkość. Rzekłbym, że tonąłem w czerwonym aksamicie. Resztka mojej świadomości żegnała przymykającymi się powiekami niewyraźną szarość, w której do tej pory byłem pogrążony, a wyciekająca ze mnie krew czerniała w moich sztywniejących oczach i mieszała się z czernią rozszerzających się źrenic. Świat mój zaczynał wirować i rozmazywać się, a ja tonąłem w cieniu czyichś twarzy i w gęstniejących i niewyraźnych pomrukach dobiegających mnie zewsząd głosów. Wokół mnie było tylko ciepło i narastająca ciemność, która po chwili okazała się jedynym co było. Nie było nagle ciepła, nie było ciemności, tylko nieokreślone nic.
Niestety takie rozkoszne marzenia z przyczyn chociażby fizycznych i biologicznych trudne są do wykonania. Tkwiłem więc dalej w tym lodowatym kościele i opamiętując się z tego często powracającego do mnie marzenia, podniosłem się bezszelestnie z klęczek i usiadłem w ławce, opierając się w możliwie wygodnej pozycji, położyłem stopy na klęczniku, a tułowiem opuściłem się lekko, jak gdyby chcąc przylgnąć do drewna, albo też wydać się współwyznawcom niższym. A może po prostu udawać przed nimi, że mnie tam nie ma. I tak minęła pierwsza minuta, jaką spędziłem w kościele od Bożego Narodzenia.
wtorek, 17 maja 2011
"wolę poddać się karze niż ulec złu!"
I znów bezecne cioty stają na drodze Prawa i Sprawiedliwości! (Jeremiasza 23, 5)
"Jeżeli dojdzie do postępowania sądowego, wolę poddać się karze niż ulec złu!" - powiedział pan Adamiec czyniąc za dość słusznym swym przekonaniom (Kapłańska 20, 13) [1 - patrz przypisy dolne], radomski radny z (chyba) PiS-u. Ileż radości dostarczył mi tym stwierdzeniem (prawie jak rozdziały 19 i 20 z Księgi Kapłańskiej - mój poziom endorfin skoczył chyba o 1000%)!
Przypomina mi to jedynie walkę o Dolinę Rospudy. Skąd to skojarzenie? Już tłumaczę.
Otóż, jak wiemy, na pogańskim Zachodzie szerzą się wynaturzenia na miarę pozwalania homoseksualistom na adopcję dzieci i związki jednopłciowe. Co za plugastwo! Niemniej liczba osób, które uważają to za grzech i zło maleje w tamtych krajach. Owszem, zwiększa się poziom manifestacji swojego, jedynego słusznego, punktu widzenia. Dawniej, gdy porządnych ludzi było więcej, wystarczyło zwykłe psioczenie na tych zboczeńców - teraz zaś muszą się owi biedni, zaszczuci propagandą szatana ludzie uciekać do takich środków jak strzelanie z broni palnej[2]. Nie ma się czemu dziwić, kiedyś robiła to policja[3] a dziś? Nawet te sqrwysyńskie psy tańczą jak im gra ten (no dobra poddaje się - zabrakło mi groźnie brzmiącego epitetu wskazującego z wielką agresją na znieważany przedmiot) establiszment.
A my? My wciąż to mamy! Jeszcze jakaś część naszego społeczeństwa nie postradała zmysłów! Jeszcze 10 lat temu spora część[4] z nas uważała, że pedały trzeba gazować, a dziś jest to ledwie czwarta część społeczeństwa! I tylko 40% ludzi nie akceptuje gejów w swoim otoczeniu (lesbijek 43% - WTF? eksplenejszon eniłan?). Co za czasy! (O tempora, o mores! - powiedział Cyceron[5] oddając się rozpuście z westalkami, jak Jowisz przykazał.)
Jeszcze kilkanaście lat i grozi nam duchowy kryzys, który przeżywają obecnie kraje zachodnie. Nie możemy na to pozwolić! Ocaliliśmy dolinę Rospudy, możemy ocalić i radnego Adamca! Nie możemy pozwolić, by kolejna część kolorytu naszego cudownego kraju odeszła w zapomnienie! Od dawna wiadomo, że Polska gościnnością (czytaj: ksenofobią) stoi. Więc jak jesteśmy gościnni dla nowinek zza oceanów i kanałów La Manche, tak nie pozwólmy sobą pomiatać, nie tolerujmy tych bezbruderyjnych wynaturzeń. Jesteśmy krajem Krzyża (i papieża zapowiadanego przez Andrzeja Seweryna w 12 składach tramwajowych obsługujących krakowską linię 8 w sumie ponad 180 razy dziennie i to przez najbliższe 2 lata[6]) nie możemy opuścić dziedzictwa Chrystusowego! Dalej, stańmy na barykadach grodząc drogę szerzącemu się plugastwu (naprawdę mam ubogi słownik)!
Podpisa(li):
Krzysztof (i Józef - w nawiasach - obaj Stanisławowicze - ten drugi właśnie płacze czytając o Wojciechu Kilarze na czele honorowego komitetu poparcia PiS)
[1] (Nota bene Kapłańska 19, 1 każe ukamienowaniem za ubrania w stylu bawełna 65%, poliester 35% - Chińczycy miejcie się na baczności!)
[2] http://articles.cnn.com/2009-08-01/world/israel.club.shooting_1_gay-club-israeli-police-netanyahu?_s=PM%3AWORLD
[3] http://en.wikipedia.org/wiki/Stonewall_riots
[4] http://pl.wikipedia.org/wiki/Sytuacja_prawna_i_społeczna_osób_LGBT_w_Polsce#Poparcie_praw_LGBT_w_Polsce
[5] Pierwsza mowa przeciwko Katylinie
[6] http://news.komunikacja.krakow.pl/lokalne/6111,1,artykul,codziennie_w_osemce_opowiesc_o_papiezu.html
czwartek, 11 lutego 2010
Chengdu II - 毛泽东主席万岁!
Na uwagę zasługują również popołudniowe „activities”, z których pierwszym był tzw. „fashion show”, na który dzieci w każdej z grup musiały wystroić dwoje wybrańców przy pomocy kolorowych wstążek, kleju, mazaków, gazet, kolorowego brystolu itp. Moją jaźń jednak wciąż zajmował następujący problem – zgodnie z rozkładem dzieci powinny mieć (i twierdzą, że mają) po 16 lat. Jednakże prosta obserwacja anatomii przeczy temu faktowi. Moje dzieci w Pekinie (te, które co niedzielę uczę inglisza) mają po 12 lat i zdecydowanie biologicznie odpowiadają owej młodzieży z Syczuanu. Co więcej – od kiedy normalne 16-latki bawią się taśmą klejącą i kolorowymi mazakami? Jednakże moje podwójne Aniołki Charliego przystąpiły do zabawy z niesłychanym zapałem. Jako całkowite beztalencie artystyczne postanowiłem im jedynie przygotować element lingwistyczny – wynabzdurzony opis przygotowanych kiecek, za który też w konkursie dostawało się punkty. Naturalnie najprostsze, co przyszło mi na myśl było oczywiście „beyond comprehension” dla moich złotek. Cytowanie Shakespeare’a sobie daruję.
Drugiego dnia odbyła się „Aukcja”. Plan był prosty – każda z 10 grup otrzymuje 1000 dolców i próbuje kupić jak najwięcej. Co by gra nie była zbyt wynaturzona wprowadzono jednak pewne ciekawostki – co kilka sprzedanych przedmiotów miał pojawiać się reporter zwiastujący różne katastrofy w wyniku, których niektóre przedmioty ulegały zniszczeniu. W zgodzie ze swoim sumieniem przyjąłem oczywiście z radością pozycję jednego z owych niszczycieli – ach ileż popularności mi to przysporzyło. Do kupienia było też kilka innej klasy „przedmiotów” – kolejno: LOVE, FAITH, FORGIVENESS i - O Matko Buddyjska! Zapomniałem czwartego! - Chyba indoktrynacja w moim przypadku okazała się lekko nieskuteczna.
No w każdym razie idea polegała na tym, żeby nasze pluszaczki zrozumiały, co jest najważniejsze w życiu. Fakt, że z europejskiego punktu widzenia powinny raczej uprawiać seks, a przynajmniej oglądać porno, malować się, albo popijać piwo jest w Chengdu absolutnie irrelewantny. Tu umysłami włada siła dużo potężniejsza niż The Great Chinese Firewall. Dla przykładu następująca historia. Najważniejszy jest fakt, że główne zdarzenie trwa mniej więcej 5 sekund. Słownie PIĘĆ – niemniej jest kwintesencją mojej podróży i miodem na strapione serca ludzi uciskanych przez kapitalizm. Otóż jedną z grup na zajęciach trzeciego dnia postanowiłem zabawić grą w „20 questions”. Idea prosta – jedna z osób wymyśla znaną wszystkim postać, a pozostałe próbują zgadnąć stawiając pytania zamknięte. Wymyślający odpowiada tylko „Yes/No/Don’t know”. Pytający stawiają pytania w stylu: „Is it a man? Is he Chinese? Is he an artist?” itd.
Jako, że w poprzednich grupach szło im zbyt dobrze z Konfucjuszem, a Krzysztofa Kolumba trzeba było najpierw przetłumaczyć na ichniejszy to sięgnąłem po coś mniej oczywistego – sławnego Du Fu, który w Chengdu spędził 4 lata swego wygnania i napisał kilka sławetnych wierszy, z których naturalnie nie znam ani jednego. Zastanawiałem się jak szybko na to wpadno. Okazało się jednak, że zbiło ich to trochę z tropu. Zapytali więc, czy żyje, a ja im na to, że nie. Zapytali więc, czy jest politykiem. Ja na to, że „oh, well, not really” – w końcu Wiki twierdzi, że poeta, a że wygnany z powodów politycznych to średnio relewantne.
I w tym momencie następuje owe 5 sekund. Następuje zbiorowe nieporozumienie w grupie – moje „not really” do nich nie dociera – za to łączy ich coś innego. Przez 1 sekundę mogę obserwować jak ich spojrzenia zbiegają się w jednym punkcie, następnie do moich uszu dobiega głośne szuranie – w ciągu 0,5 sekundy cała 7-osobowa grupa nr 5 wstaje ze swoich krzeseł. Moje źrenice lekko poszerzają się zaskoczone nagłym zwrotem wydarzeń – i wówczas – w nagle nastałej po szurnięciach krzeseł głuszy rozlega się gromkie „毛泽东主席!!!” (Przewodniczący Mao Zedong!!!) Ów krzyk przebrzmiewa w moich uszach około 1 sekundy, gdy nagle zauważam, że studenci grupy 5 – dwóch „Bad boys” i 5 dziewczynek zajęli swoje miejsca. Teraz następuje moje 1,5 sekundy, w których pierwsze 0,5 sekudny zajmuje niedowierzanie, kolejne 0,5 sekundy ślinienie się z szeroko rozdziawionej paszczy, a ostatnie ułamek poświęcam na dojściu do zmysłów i gorączkowemu rozmyślaniu – czy uznać tą odpowiedź? Czy można nie uznać TAKIEJ odpowiedzi? Jednakże z całą siłą i wdziękiem laowaia odpowiadam, że nie. Dalsza zabawa jednak już straciła coś na wartości. Musiałem im pomóc dojść do rozwiązania, gdyż ich entuzjazm wypalił się w chwili, gdy zaprzeczyłem temu nieodgadnionemu aktowi zbiorowej świadomości. Wówczas na zegarku było już trzy po dwunastej. Pora podziękować i zakończyć; w końcu czeka obiad. Ja zaś obiecuje sobie, że jutro spróbuję tego samego w innych grupach. Ja to chcę przeżyć jeszcze raz – to jest jak narkotyk – te 5 sekund moje życia było lepsze niż jakikolwiek orgazm. To było jak zbliżenie się do majestatu ponadczasowej chwały…
Kurtyna!
Koniec aktu drugiego.
W następnym odcinku – Bierzemy misia w teczkę! – czyli 3 dni rozrywki po 4 dniach pracy – czyli krótkie rozmyślanie jak Bóg powinien był stworzyć świat.
Kącik japonisty – ostatnie 2 znaki w tytule posta są tożsame z naszym 万歳.