Nowy Świat

Nowy Świat

sobota, 12 kwietnia 2014

Miłość w czasach lateksu

"Dziwne, ludzie klną od rana do wieczora, ale kiedy usłyszą przez radio znanego człowieka, którego szanowali, jak w każdym zdaniu mówi "pierdolę", są w jakiś sposób rozczarowani."

Milan Kundera "Nieznośna lekkość bytu"


Chmielna w piątkową noc przypomina Floriańską za dnia. Nieprzebrane tłumy głównie młodych ludzi przemierzają ją w każdym kierunku. Śmiejąc się idą żeby się urżnąć albo rżnąć między sobą. Pod kinem Atlantic już nikt nie czeka. Tylko jakiś żul zwraca betonowej naturze zawartość swoich trzewi. Kolor jego wymiocin wydaje się dużo bardziej romantyczny niż rozpalone alkoholem twarze przechodniów.
Ciekawe czy Miłość Mojego Życia też poszedł się urżnąć albo rżnąć z kimś. W końcu mnie i siebie nigdy nie mógł urżnąć tak, by rżnięcie mu odpowiadało. Miłość, która nie daje mi miesiącami spokojnie spać, zależała tylko od woli czyjegoś fiuta. Nie od troskliwości, oddania, poczucia bezpieczeństwa, poczucia odpowiedzialności za drugą osobę, bezinteresownego oddania i woli spędzenia reszty życia na dobre i na złe, w zdrowiu i chorobie. Nie. „Dziewięćdziesiąt procent” zależało od fiuta. Od tego, czy ten fiut lądował odpowiednio często w odpowiednich otworach i czy jego właściciel dobrze się z tym czuł. Kogo obchodzi, co czuł w tym czasie otwór. Czy czuł się kochany, potrzebny, akceptowany; czy był zdrowy i miał ochotę kogoś w siebie przyjmować; czy nie bał się kogoś skrzywdzić swoimi niepotrzebnymi wątpliwościami. Nie. Miłość – o spóźnione odkrycie! – zależy od tego, czy ktoś komuś daje w dupę odpowiednio często i w odpowiedni sposób. O to wszystko się rozbija i na tym się kończy. Stanowi to przeszkodę nie do przezwyciężenia. Wszystko musi być opisane w stosunku (sic!) do fiuta i otworu. Kto fiutem, a kto otworem. Nie da się iść dalej bez zdefiniowania, kto komu wsadzi. Po co myśleć o starzeniu się we dwoje, o trzymaniu się za ręce, o budzeniu się w jednym łóżku. Najważniejsze to ustalić, kto się wypnie. Uświadomiono mi właśnie, że to cała kwintesencja mojej miłości. Jeśli miesiącami wydaje się, że jest inaczej, to tylko dlatego, że ktoś nie zebrał się jeszcze na śmiałość, by domagać się praw dla swojego fiuta lub otworu.

A młodzi ludzie śmieją się i idą dalej. Za parę lat ustatkują się i zrobią sobie dzieci. Wychowają je i dołożą swoje drewienko do wybudowania społeczeństwa obywatelskiego. Ale teraz muszą się urżnąć i narżnąć, zarzygać ulicę i naszczać za rogiem. Ale czy zapach ich gówna, spermy i walających się lateksowych prezerwatyw jest bardziej gorszący niż zapach róż? Oni przynajmniej nie udają. Są szczerzy od samego początku. Wprawdzie odbędzie się pewna gra, która podnieci zmysły i rozpali wyobraźnie, ale wszyscy wiedzą dokąd ta gra zmierza i się na nią domyślnie zgadzają. Nikt nie oszukuje, nie wręcza nic nie znaczących papierowych róż z origami ani tych prawdziwych zakupionych – zwykle jako „afterthought” – u kwiaciarki na Wareckiej lub Foksalu. Lateks jest dużo bardziej uczciwy. Dosadny, ale jednoznaczny i szczery. Spójność polimerów idzie w parze ze spójnością połączonych gonad, a rzadziej genitaliów i odbytu czy genitaliów i języków.
Kino Atlantic już nic nie znaczy. Kiedyś stało w określonym celu. Miały się tu spotkać dwie osoby, przejść Nowym Światem i Krakowskim Przedmieściem, i zasiąść w jakiejś knajpie, gdzie przy piwie ich oczy błyszczałyby do siebie, trudno powiedzieć czy z fascynacji, czy z wrogości do drugiej strony. Najważniejsze, że oczy ich nie byłyby nigdy obojętne. Teraz budynek kina stoi jak wyrzut sumienia. W ciemnym zaułku pomiędzy nim a Domami Centrum jakaś para wymienia się większością zarazków bytujących w swoich ustach i amylazą ślinową, która niepotrzebnie a mimowolnie wydziela się w nadziei na strawienie tego intruza w ustach; może jeszcze chwila a dojdzie niegroźnego aktu pieprzenia się. Trzeba odwrócić głowę i iść dalej. Lateks zajmie się resztą. Miejmy nadzieję – przecież jeszcze dla nich nie pora budować społeczeństwo.

Najśmieszniejsze jest to, że społeczeństwo oburzy się najbardziej moim użyciem słowa „rżnąć”. Nie przejmie się tym, że w chwili, gdy piszę te słowa przynajmniej setka osób w samym Śródmieściu rżnie się niemiłosiernie po kątach imprezowni rozciągając i porzucając lateks, który rankiem zbiorą panowie o szarych smutnych twarzach, kurwujący do siebie, bo tak ich ojciec nauczył. Społeczeństwo nie przejmie się moim miłosnym rozczarowaniem – trzeba było lepiej dobrać żel i dawać dupy, kiedy była taka potrzeba. Wiara w coś większego od wielkiego prącia była wielkim błędem. Grunt, to by zachodziło tarcie, by odpowiednie komórki nerwowe przekazywały bodźce w górę układu nerwowego aż do ośrodków bólu i rozkoszy. Świadomość, że jesteś i będziesz, i niezawodnie pomożesz, jest tylko fanaberyjną mrzonką niedoświadczonych ludzi. Dorosłość to teraz rżnąć umiejętnie i nie rozmawiać za dużo - albo gonady trą o siebie odpowiednio i wszystko się kręci albo pierdolimy taki system. Po co kochać na śmierć i życie skoro tylu ludzi rodzi się i umiera każdego dnia. Wierność jest w dniu dzisiejszym zbyteczna. Liczy się zadowolenie - to ja jestem nieszczęśliwy, to ja jestem niespełniony, to ty mnie nie rozumiesz, to ty nie umiesz mnie rżnąć jak tego potrzebuję.

Pojęcie sensu egzystencji rozciąga się coraz bardziej – tak jak pochwa tamtej farbowanej blondynki, tak jak odbyt tamtego nażelowanego szatyna. Tak jak lateks ocierający się o błony śluzowe jego i jej. Nie umiesz kochać, bo nie umiesz wsadzać tam, gdzie i kiedy było trzeba. Myślałeś, że trzeba czegoś więcej. Że mają się docierać charaktery, a nie śluzówka odbytnicy i żołądź prącia obleczona w lateks powleczony odpowiednim żelem. Głupia ty, a!, głupia nadziejo! Świat jest dużo bardziej prosty i przemawia prostymi potrzebami. Miarą dorosłości jest to, czy umiesz sprowadzić dziecięcą wizję romantycznej miłości do podłogi i zerżnąć ją tak mocno, że twój mózg w falach orgazmu zrozumie, że świat wymaga od Ciebie tylko tego rżnięcia. Reszta jest tylko marginesem potrzeb - możesz, ba!, musisz zapomnieć, czego nauczyłeś się z dziewiętnastowiecznych pierdół. Wiek jest dwudziesty pierwszy, język się rozwija i sięga do łechtaczki bądź zwieracza. Kochać się nie znaczy już wspierać się, pragnąć się, pomagać sobie - znaczy jedno proste "rżnąć się".

Melodia do rozważań: Crystal Castles - Not In Love ft. Robert Smith of The Cure

1 komentarz: