Nowy Świat

Nowy Świat
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beijing. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beijing. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 31 maja 2010

Makumba odwiedza Wieżę Dzwonniczą

W imię Boshega Wszechniemogącego!
Zacznę, jak przystało na wzorowego skauta, od początku. Otóż pewnego pięknego dnia zgodziłem się potowarzyszyć etiopskiej z pochodzenia koleżance (codename Yordi) w skromnej wyciecze w Pekinie. Jak mi powiedziała nikt jej, tak jak mnie, nie kocha, koledzy wolą chodzić do restauracji niż zwiedzać, więc ona chce gdzieś pojechać, żeby zrobić zdjęcia, by pokazać siostrze. No dobra, brzmi nienajgorzej, zwłaszcza, że celem wyprawy był Beihai (park w pobliżu Zakazanego Miasta), więc w zasadzie chleb z masła. Ale jak się okazało wcale nie.
Jako, że w Beihai byłem już z moją drogą Elizą, która porzuciła mnie i Chińczyków dla imperialistycznych japońskich kapitalistów, to chciałem po drodze wpaść jeszcze do Gulou i Zhonglou (odpowiednio Wieża Bębnów i Wieża Dzwonu, tak pi razy drzwi). Sugerowałem, że jeszcze, jeśli starczy czasu, możemy zajść do Jingshang i obejrzeć malowniczy pejzaż na Gugong (Zakazane Miasto). Yordi, która po chińsku wydaje się rozumieć nieco więcej niż po angielsku, ze mną preferuje komunikacje po angielsku, co i tak sprawia niesłychane problemy, by ustalić zgodność podmiotu z orzeczeniem, czy w ogóle dostrzec podmiot i zrozumieć sens. No ale pomyślałem sobie, że jakoś dam radę ten jeden raz.
Dzień wyjścia, poniedziałek, 31 maja 2010, godzina 13. Pukam do pokoju Yordi. Jak na kobietę nie przystało jest już prawie gotowa. Ubiera właśnie buty. Buty na 2-centymetrowym obcasie. Zdegustowany zbieram się w sobie i pytam ją, czy jest pewna swojego wyboru, gdyż przypominam jej, że idziemy na wycieczkę krajoznawczą, a nie na zakupy, że będą 2 wieże i Beihai to jezioro, i że trzeba będzie chodzić w koło i jest White Dagoba, do której trzeb się wspinać i Jingshan, jak nazwa wskazuje to wzgórze... No dobra "is not good?" - odparła. Symulując brytyjskość najlepiej jak umiem mówię, że buty ładne, i że mogą być, ale że jest naprawdę dużo "walking" i że może weźmie inne. Ale nie, Etiopka stwierdza, że "maybe is good". A jak Wam tam Pani raźniej.
Po drodze 3-krotnie powtarzam, że idziemy do Beihai i spędzimy tam najwięcej czasu, ale że po drodze chcę zobaczyć Bell i Drum Tower, bo jeszcze nigdy tam nie byłem (no byłem w odpowiednikach w Xi'anie, ale chciałem zobaczyć te za Qingów, a nie te od Mingów, czy których tam wcześniejszych). Już sama przesiadka w Xizhimen (pół kilometra schodami w dół, w dół, w górę, w dół, w górę, w dół, bo ktoś był na szczycie listy popieprzonych architektów ds. rozwiązań komunikacyjnych) napawa mnie niepewnością, gdyż moja towarzyszka tak jakoś dziwnie stąpa. Ale nic, przesiadamy się na linię nr 2 i w między czasie usiłuję wydobyć coś o Etiopii, niestety gdy mówię po angielsku ona nie rozumie, odpowiada coś zupełnie nie związanego z tematem w stylu "o to Ty wiesz, że jest miasto Addis-Abeba?" - dobra, próbuję po chińsku, w końcu ona tu jest na poziomie wyżej niż ja więc powinna comprendo. No i chyba comprendo, ale odpowiada po angielsku. Rozpaczliwie szukam resztek sensu ukrytych w syntaktycznym chaosie, ale nic z tego nie wynika. Poddaję się.
Wysiadamy na Guloudajie-zhan i zmierzamy na południe w kierunku wież. Po raz 4 (gubię się w rachunku) tłumaczę, że najpierw Gulou i Zhonglou, ale do drugiej strony nie dociera, że Beihai tak, będzie, ale jest do niego 20 minut spaceru, a po drodze zboczymy oglądać budynki.
No nic, stajemy obok Zhonglou, rozglądam się za kasą - znajduję jakieś okienko, w którym Pani nawet mówi parę słów po angielsku, ale mówi nam, że zniżki nie ma, a na oba budynki bilet osiąga zbójeckie 65 yuanów. No, ale dobra, ja jestem gotów się poświęcić, ja tam chcę wejść i już, a poza tym czytałem, że w 2008 roku bilet był za bodaj 40 albo 45 yuanów, więc myślę, że wyciągnę (teraz mam dziwne przeczucie, że coś za dużo zapłaciłem, ale nie będę rozwijał tematu, bo nie wiąże się on z główną historią zbyt znacząco), ale pytam Yordi, czy jej pasuje. Ona coś tam myśli, a później mówi, że ok. No to idziemy. Dostajemy Pana, który uwaga - naprawdę mówi po angielsku, i nawet rozumiem! Zabiera nas do Gulou i mówi, że o 14.30 (więc wówczas za niecałe 10 minut) będzie pokaz gry na bębnach. Gulou w przeciwieństwie do Zhonglou jest odrestaurowany i Pan informuje nas, że jest 69 ogromnych stopni na szczyt - ja spoglądam w górę i myślę sobie - i tak wygląda na mniej niż przy przesiadce w Xizhimen, ale mam wrażenie, że gdy ja żwawo (!) pnę się na górę za mną Pan przewodnik zachęca Yordi do wspinaczki. Po drodze próbuję zrobić zdjęcia w dół owego korytarza, ale z moim aparatem gówno wychodzi. Etiopka jak jakaś babcia powoli pnie się do góry, a ja sobie myślę, że miesiąc temu na Wielkim Murze wspiąłem się 20 razy tyle i żyłem i niespodzianka, myślę sobie - istnieje zdrowy człowiek w moim wieku, który ma gorszą sprawność fizyczną niż ja! A kysz wy wszyscy wuefiści, z którymi kończyłem z oceną dostateczną wybłaganą i wypoconą. Ja i moje 80 kilo zdobyliśmy Gulou i nie wypluwam jeszcze płuc! A wiem, że znajomi dobrze wiedzą, że to u mnie wielki wyczyn. Widok z Gulou jest całkiem ładny, acz można tylko patrzeć w kierunku południa, gdyż reszta jest zagrodzona. Czyżby trzymali tam snajperów na wypadek buntu studentów? No nic, zaczyna się pokaz - 5 chińskich młodzików gra na 5 bębnach, co kiedyś odbywało się ponoć 12 razy na dobę, a dziś tylko dla białych (którzy przeważają wśród zwiedzających w stopniu 3 do 1). Bez rewelacji, no ale coś jest. W Xi'anie było ładniejsze przedstawienie, ale też przeżyję. W między czasie robię zdjęcia zegara wodnego, jakichś dziwnych rzeczy, które pomagały odmierzać czas i starego zniszczonego bębna, który jako jedyny ostał się po powstaniu bokserów.
Yordi każe zrobić sobie parę zdjęć. Zasadniczo resztę przedmiotów i pokaz raczej ignoruje. Jak się później okaże firma Casio powinna pozostać przy robieniu zegarków, a nie uciekać się do produkcji aparatów fotograficznych.
No nic to, schodzimy, Etiopka wygląda na lekko zmordowaną - buty na 2 centymetrach nie wydają się pomagać. Zmierzamy do Zhonglou, które wygląda na nie odnawiane, ale gdzie ma być największy chiński dzwon. I naprawdę jest ogromny, ale oczywiście trzeba wspiąć się po ogromnych schodach. Ja znów myślę Xizhimen a moja towarzyszka zdycha pewnie gdzieś za mną. Ja wspiąwszy się jak pantera (czy Ty sobie Gosiu to wyobrażasz?) w porównaniu z Yordi po tym razem 76 stopniach, kontempluję ogrom dzwonu. Gdy przewodnik i czarna "pantera" docierają na górę tenże pierwszy mówi nam, że dzwon też brzmiał kilka razy dziennie, ale teraz używa się go tylko na Chunjie (co mnie dziwi, że nie na Shi-yi, ale nie inwigiluję dalej, bo nie mam tego w charakterze). Jest legenda, robię zdjęcia. Yordi ze zdziwieniem przyjmuje do wiadomości, że będąc metr od niej nie jestem w stanie objąć jej ruskim aparatem jej i 11-metrowego dzwonu - ciekawe czemu? Może trzeba mieć doktorat z fizyki, by rozumieć ten problem? No ale nic - staje na tym, że chrzanić dzwon, liczy się, by twarz Etiopki było ładnie widać. I wówczas sobie myślę, że na cholerę było jej płacić 65 kuai'ów - nie mogła stanąć przy naszym kiosku przed południową bramą? Efekt przecież byłby dla widzącego zdjęcie identyczny. Przewodnik demonstruje widok na północ Pekinu, że tam gdzieś jest Bird's Nest (narodowy stadion olimpijski) a tu blisko są hutongi - no co ja bym bez jego wiedzy zrobił.
Schodzimy - Yordi już nawet nie każe robić zdjęć na schodach - mówi, że "is tired", a ja jej na to, że od wyjścia z akademika minęły 2 godziny, i ledwie zaczęliśmy - w Beihai drugie, a w Jinshan trzecie tyle wspinania. Znów z ciekawością dziecka pyta gdzie ten Beihai, a ja znów szukam w sobie cierpliwości, by wytłumaczyć, że do Beihai jest jeszcze kilometr, zejdzie z 10 minut. Zbaczamy lekko w stronę Houhai, by usiąść przy jeziorku na trawce i znów zrobić parę zdjęć, ale nie takich byle było cokolwiek widać, takich by było widać Yordi, nawet kwiatuszków nie musi być widać. Staram się nie zgrzytać zębami myśląc sobie "a to kurde w ogrodzie przed akademikiem wynik byłby ten sam, a ile zaoszczędzonego czasu". Ale nic pstrykam 10, może 15 zdjęć w różnych pozach, wreszcie Etiopka zbiera się i kontynuujemy drogę o północnej bramy Beihai.
Dochodzimy do większej ulicy, wiem że brama jest tuż po drugiej stronie, ale jak to w Chinach bywa przejście dla pieszych jest 200 metrów w prawo albo w lewo. Yordi nieco zawiedziona idzie za mną, gdy zmierzam ku przejściu. Ponawia po raz n-ty pytanie gdzie jest Beihai. Liczę w myślach do dziesięciu i grzecznie wyjaśniam sytuację, chociaż nie wiem ile sensu do niej dociera. Kupujemy bilety, wchodzimy, tada! Czyż tu nie pięknie? "Is ok" - no tak, tryumf i apogeum mego entuzjazmu zostaje zdruzgotany bardziej nonszalancko niż Yuanmingyuan pod butami wojsk sprzymierzonych. Idziemy 300 metrów, Yordi mówi "is tired, we sit here one moment" - ja mogę na to tylko WTF, ale przystaję na propozycję. Wygląda na to, że zaspokojenie etiopskiej ciekawości na temat Beihai zostało wykonane w co najmniej 91.5% Jemy ciasteczka i wypijamy wodę - towarzyszka zostawia śmieci za sobą, ja pokornie tłumaczę, że tak nie można - kosz jest przecież 20 metrów dalej. No nic przypomina mi się "交通文明" (częst napis przy parkingach, oddaje kwintesencje chińskiego sposobu podejścia do głębokich problemów), tylko że nie wiem jaki jest odpowiednik dla ochrony środowiska ("保护环境"?). W międzyczasie wyjmuje ze swojej torby największy pojemnik z cieniami do powiek i szminką, jaki kiedykolwiek widziałem i poprawia co nie bądź w swej, jak na mój gust wciąż takiej samej aparycji. A myślałem, że półtora roku z przepiękną blondynką przygotowało mnie na takie scenariusze. Och, żywot ludzki pełen jest niespodzianek. Czy muszę wspominać, że jej ciastka, woda i bilety wylądowały w mojej torbie?
Zbieramy się, z mapy wyczytuję, że najbliżej nam do Ściany Dziewięciu Smoków, więc tam też staram się kierować. Po drodze trafiamy na piękny pawilon zbudowany nad stawem z rybkami, Yordi zachwyca się krajobrazem i rybkami i każe robić zdjęcia. Naturalnie sobie, nie pawilonowi, nie rybkom, nie niczemu. Po tym jak bardziej podobają się jej zdjęcia ze zbliżenia dociera do mnie jak mam robić zdjęcia. Niestety zaczyna kropić, a nasze dziecko Casio zaczyna płakać, że "low battery", więc baterię wymieniamy na nową, która przez następne 40 minut będzie robić to samo, co nie przeszkodzi jej wyłączać aparat co drugą próbę zrobienia zdjęcia, ale jednocześnie wykonać ze 20-30 ujęć, większość z lampą błyskową.
W międzyczasie znów muszę jakoś delikatnie i prosto wytłumaczyć Yordi, że jej dziecko to nawet nie moje Fuji, a co dopiero półautomatyczny aparat szerokokątny, i że w zastanych warunkach za cholerę z 1 metra nie obejmę jej i 3 metrowego pawilonu na 4-metrowej górce za nią, by zrobić rozsądne zdjęcie. I to mówi człowiek, który ma marne wyczucie estetyki i kiepskie pojęcie o fotografii.
W między czasie mijamy pawilon z panią, która odgradza wejście do środka siedząc przy stoliku, na którym leżą jakieś woreczki i stoi napis "鱼食3元" (nie trzeba być po sinologii, żeby widzieć ryba jedzenie 3 yuan?). Yordi pyta mnie czy wchodzimy - ja pytam się gdzie, a ona "there write tree kuai to enter". Ponownie rzucam okiem na napis i usiłuję zrozumieć, czy Budda demonstruje w jej rzeczywistości inny napis, czy też kobieta na poziomie wyżej niż ja nie potrafi przeczytać napisu, który powinna umieć już na poziomie 2 razy niższym niż ja. Naturalnie cierpliwie wyjaśniam, że to dla rybek, a do środka i tak nas nie wpuści. Gdyby chociaż zasugerowała, że można tam kupić suszoną rybę, to jeszcze bym takie nieporozumienie puścił w odmęty pamięci.
Po drodze Yordi zgarniają Panie, które chcą jej zrobić zdjęcie w kostiumie cesarzowej. Więc spędzamy z Paniami 5 minut, po czym ja też daję się namówić, bo myślę sobie, że prawie jestem obrzydliwie bogaty, jak na swoją klasę bogactwa, a poza tym niewiadomo ile jeszcze w Chinach zabawię, a tam zrobię zdjęcie dla babci i mamusi - w końcu 10 yuanów to teraz dla mnie nieznaczny wydatek. Dobra, docieramy do ściany ze smokami. Nauczony poprzednim pobytem tutaj mówię, że to stare i ważne, i minshengguji, i że cesarz, i legenda. Ale Yordi przejawia znikome zainteresowanie. Casio umiera wreszcie i mogę zrobić jej zdjęcie aparatem, który nie robi dziwnych smug na zdjęciu gdy tylko światło wokół jest odrobinę za mocne i na którego ekranie widać coś więcej niż piksele, o ostrości nie wspomnę. Ale nic to, Yordi mówi, "make photo here" i wskazuję na trawkę. Osłupiony spoglądam w lewo na liczący sobie 300 lat zabytek i czekam aż się rozsypie. Mija 5 sekund, nic. Dobra, robimy zdjęcie na trawce. Och "very good" - zachwyca się moja niedola. "Now we go home?" Znów spoglądam z niedowierzaniem - przecież jest raptem 16.30, a my widzieliśmy 3 z 20 miejsc do zobaczenia w Beihai, nie mówiąc o White Dagoba i jeszcze czymś na co mamy zapłacony bilet! Delikatnie wyjaśniam, że dopiero co weszliśmy, i że chodź przejdźmy się na to białe wielkie sterczące coś na środku wyspy w środku parku. "OK"
Maszerujemy, przepraszam, wleczemy się, kolejny postój demonstruje, że buty na obcasie są do dupy, zwłaszcza, gdy chce się COKOLWIEK zwiedzić. Na ławeczce dowiaduję się ciekawej rzeczy. Yordi jest tutaj drugi rok! I szlag mnie trafia, Gosiu - no bo przecież ona jest na "zhongji shang" tak jak Ty, a jej błędy językowe są śmieszniejsze niż moje. Ona tu jest drugi rok, a jej brak zrozumienia dla prostych pytań zadawanych przez Chińczyków wręcz mnie powala. Nawet moi najgłupsi koledzy z grupy lepiej zrozumieli by takie pytania korzystając z samej tylko własnej intuicji. A tu ta kobieta marnuje pieniądze rządu Chińskiej Republiki Ludowej (w wiki wyczytałem niedawno, że wg tego rządu rząd=naród=państwo etc.), pieniądze, które ja czy Gosia moglibyśmy wykorzystać by się czegoś nauczyć. Ja się pytam - jak można być w Pekinie o 20 miesięcy, nie być nigdy na Wielkim Murze, nie widzieć nigdy Gugongu i tak olewać głupią wizytę w durnym małym i średnio ważnym parku?! Gdzie jest Budda? Gdzie sprawiedliwość? Jak komuś nie wstyd przed samym sobą? Jaki cel w życiu ma taki ktoś?
Ja wiem, że 2 lata temu zdobyłem 99/100 punktów w teście na introwertyzm, i że teraz jestem dużo bardziej otwarty, ale i tak mam raptem aż jedną Polkę, z którą poruszam głębsze tematy, ze 2 osoby, z którymi widuję się raz na miesiąc i 3 kolegów w grupie, z którymi rozmawiam o jakichś trywialnościach. Jak można mieć gorsze osiągi? Pytam się ja, jak można? Ja spędzam swoje życie oglądają Star Treka, ale widziałem w tym mieście prawie wszystko co się da. Miałem ludzi, z którymi mogłem pogadać i wybrać się na wycieczkę (abstrahuję od faktu, że jedna z tych osób wyjechała, a druga nagle przestała się do mnie odzywać z przyczyn, których do dziś nie rozumiem - trzecia zaś to Ty), a tu oto siedzi ze mną ofiara, pomazaniec narodów, mesjasz bez przesłania, która wygląda jakoby świat był strasznym miejscem, a jednocześnie wydaje się osobą normalną i nie ma najmniejszych oznak schizofrenii paranoidalnej. Ot co najwyżej oznaki lenistwa.
Boshe, bo jeszcze w ciebie uwierzę! No nic, po pogawędce na ławce okazuje się, że Chińczyki swoim zwyczajem zamknęły 10 minut przed naszym przybyciem wejście na Dagobę, ale da się dotrzeć dość blisko, by zrobić znośne zdjęcia (wspinaczka na górę odbywa się standardowo). Z zasmuceniem przyjmuje Yordi fakt, że mój aparat w warunkach pochmurnego i zbierającego się na burzę nieboskłonu, też nie robi super zdjęć, ale są wyraźne "why so dark" - no bo kurwa skąd ma padać światło myślę sobie tłumiąc drżenie rąk. Ok "let's go home". Let's go - mówię zrezygnowany. W drodze na dół napada na nas grupa Xi'ańczyków i robimy tuzin zdjęć 5 aparatami. Standardowe komplementy, że super mamy chiński i że cudni jesteśmy. Ja muszę pomóc koleżance stopień wyżej, bo słowo na "summer" gdzieś jej umknęło. Gdy mogę się pochwalić, że byłem w Xi'anie i widziałem Bingmayong i w ogóle, to poczułem się jak najbardziej światowy człowiek w promieniu kilometra. Moja towarzyszka, która odbywała swoją pierwszą od 20 miesięcy pobytu w Chinach wycieczkę do mingshengguji wyglądała jak gdyby czym prędzej chciała uciec od native'ów.
Powrót do domu odbył się autobusem. Gdybym zostawił Yordi na przystanku, albo chociaż nie powiedział w autobusie kiedy wysiąść, to pewnie zginęłaby z głodu na zajezdni autobusowej. Po wyjściu z autobusu na Chengfu-lu (ulica, przy której jest mój uniwerek, 100 metrów od bramy, którą najczęściej się używa) zadała mi pytanie - "where is beiyu?" - a ja bym się posikał z radości, gdybym tylko nie był lekko odwodniony.

piątek, 1 stycznia 2010

Jak się mówi "a co Was to k obchodzi?"

W sprawach organizacyjnych generalnie zapraszam do Chin, ale najlepiej do Xi'anu, bo okazuje się, że Pekin, jak przystało na stolicę pełen jest tutejszego porządku. Przykładem niech będzie następująca historia.
Jest czwartek, pewnego pięknego grudniowego przedpołudnia siedzę sobie w pokoju i kolejny raz zdycham na jakąś chorobę górnych dróg oddechowych, bo mój szwankujący nochal zdecydowanie nie ma się najlepiej przy pekińskim powietrzu. Pukanie do drzwi - myślę - "Któż o tej porze?" - Otwieram drzwi i mym oczom ukazuję się znajoma mała skośna twarzy, swoją drogą jedna z najskośniejszych jakie widziałem.
Fuwuyuan rezydentna dla tego piętra (za zbójnicze pieniądze, które dopłacam, by mieć zachodni sedes, w cenie jest również codzienne wyrzucanie śmieci i cotygodniowa zmiana ręcznika i pościeli) zadaje standardowe wyjściowe pytanie, które nakazuje każdemu fuwuyuanowi zadać niezidentyfikowana siła wyższa, którą nie bardzo mogę rozpracować - "Keshituofu, Bolanren? (*upraszczam, podając tylko to co relewantne, i co rozumiem)" - No, zaintrygowany czegóż to znów mogą ode mnie chcieć, mówię spokojnie: "Shi wo (najdłuższe zdanie, w którym umiem w miarę poprawnie wykonać wszystkie tony nie zastanawiając sie zbyt długo)". "Nie chodzisz ostatnio do szkoły, prawda?" - zaczyna delikatną inwigilacją. Pomrukuję, potakując głową. "Jesteś chory?" - Zbity z tropu znowu coś mruczę. Fuwuyuanka kontynuuje - "Byłeś u lekarza? Powinieneś pójść." - Trochę niezadowolony z pytania, bo u lekarza nie byłem, bo mam dość biegania i wysłuchiwania krzyków, bo nie ten pokój, bo znów mnie durne pielęgniarki wskazały do nie tego co trzeba, odpowiadam: "Tak, byłem, mam dużo lekarstw." - a myślę sobie jedynie z coraz bardziej wrogim wyrazem twarzy: I tak ten Wasz kurwa pseudo-lekarz bez stetoskopu gówno mi pomoże. Mam leki od Elizy, będzie dobrze.
Ale Fuwuyuanka za sprawą swoją a może siły wyższej niestrapiona kontynuuje - "Nie chodzisz na zajęcia. Poinformowałeś nauczyciela?" - I w tym momencie z prawdopodobnie głupim wyrazem twarzy wyrażającym "A co kurwa obchodzi moją sprzątaczkę i ludzi od akademika jak załatwiłem sprawę z laoshymi??!!" (dzień wcześniej napisałem maila z pytaniem, czy mam jeszcze limit nieobecności, i że sądzę, że Pekin mi nie służy. Zhang-laoshi z Sugouwską delikatnością odparła po chińsku, że nie mam się czym martwić, i że życzy mi zdrowia etc.) Jak się można spodziewać zdegustowany odparłem: "Tak, powiedziałem swojemu laoshi." - "No to dobrze, to jedz lekarstwa i odpoczywaj." - bez najmniejszego zadowolenia ze wspaniale spełnionego wobec chińskiego wymiaru sprawiedliwości obowiązku fuwuyuanka żegna się zaijienem, zostawiając mnie ze sporym niesmakiem w ustach, który akurat wcale nie jest konsekwencją przyjętych kilkanaście minut wcześniej leków. Koniec końców mam nadzieję, że przysłał ją jakiś urząd bezpieczeństwa, bo jeśli to tylko inicjatywa kierownika akademika albo kogoś takiego to przecież ich zbombarduję jak tylko będę miał kiedyś okazję.
Co by wyjaśnić - mój jakże "luksusowy" akademik jest w zasadzie obozem koncentracyjnym. Odwiedziny od 16 do 22, w weekendy od 9. Trzeba zostawiać jakiś dowód tożsamości w recepcji. Kontroli czasem nie ma, a czasem wręcz posikać się można z restrykcji, jakie nakładają. Mój ulubiony przykład - ja i czworo Francuzów wchodzimy do akademika. Jest coś po 13, wracamy z obiadu po zajęciach. Jeden z Francuzów nie mieszka w akademiku. Jakby nigdy nic kierujemy się w stronę windy - a tu nagły krzyk halt! Recepcjonistka w grupie waiguorenów wykrywa obcego! I ja sobie myślę - Co?! No przecież nas szło pięcioro - jak ona śmiała w ogóle zwrócić uwagę, że jedno z nas nie jest lokatorem tego budynku na ponad 400 osób!? Naturalnie tego Pana zawrócono...
Ale co, by nie było, że Chiny to restrykcyjny kraj - porównajmy z Xi'anem. Dla ciekawostki za Mateuszem, hrabią Sosem Sasinowskim podaję, że tamtejsze akademiki dla tubylców mieszczą po 8-10 osób i zawierają jedynie łóżka i wielkie stoły z paroma krzesłami. Nie ma kontaktów ani włączników światła - w końcu nie wolno im mieć urządzeń elektrycznych, a światło samo gaśnie punkt 22.00, więc wszystko gra, prawda? Żyć nie umierać. Natomiast gaijini (tudzież waiguoreny jak kto woli) mają tam pełen luksus - w cenie apartamentu z oknami, które nawet przy temperaturze +5 C przewodzą chłód jest zachodni sedes, który jak przystało na chiński nie akceptuje dużej kupy (w tym momencie chciałbym rzec "Sorry, Gawron!"), więc trzeba robić mniejsze. Kwestia sztuki, by się nauczyć i nie zatykać go co parę dnia... W każdym razie o tyle dobrze, że podczas naszego pobytu z Elizą u Sosa tamtejsi fuwuyuani mieli absolutnie w dupie kto i kiedy i w jakiej liczbie wchodzi i wychodzi z akademika (zwanego dumnie "hotelem" - na wprost wejścia stoi inny budynek, na którym napis angielski - jest też chiński oczywiście - głosi "What a delight is to have friends from afar"). W końcu przespaliśmy tam 3 noce i nikt nawet pewnie nie wiedział, że byli nielegalni gaijini, którzy nawet nie pokusili się, by zarejestrować na policji, zgodnie z chińskim prawem, miejsca pobytu, jeśli zostaje się w nim dłużej niż 24 godziny. Jakby kto pytał - uczelnia Sosa to XISU, a moja BLCU. (to oni są odpowiedzialni za popsucie HSK - chińskiego JLPT - i dodanie doń sekcji "kouyu", czyli mówienia...) I rzeczywiście, inna prowincja, inne jedzenie, inne zwyczaje, inne fuwuyuany...
Wciąż czekają nas: Xi'an, Tianjin, Francuzi i depresje, autostrady i monumentalizm, i coś pewnie jeszcze...

środa, 23 grudnia 2009

Przychodzi Polak do (chińskiego) lekarza

Dawno już nic nie pisałem, a że wena do pisania bloga kończy mi się przy pisaniu maili, więc pomyślałem co by opublikować fragment jednego z nich. Z listu do Sebastiana, z dnia 11 listopada br.
Otóż dziś, uzbrojony w marny zasób słownictwa, uderzyłem do tutejszej kliniki studenckiej i naturalnie po paru zdaniach niezrozumiałej konwersacji pokazano mi na tablice świetlną, która po paru chwilach oświeciła mnie na czerwono, że lekarze w godzinach 11.45-13.30 mają przerwę. No cóż. Tutaj o 12 chyba tylko poczta pracuje - przynajmniej oficjalnie. Wróciwszy zatem robię "guahao" i naturalnie każą mi płacić - 5 mao (=22 gr) - więc jakoś przeżywam tą dziwną prośbę, choć załapanie "wumao" trwa kilkanaście sekund, bo nie rzadko zdarza się w tym kraju słyszeć tą jednostkę monetarną. Pytam o pokój, ale porywa mnie siostra w maseczce i każe zmierzyć temperaturę, po czym znów odsyła do okienka, w którym dają mi nowy świstek i każą iść na drugie piętro do "yuan-cośtam-shi". Po jakże zdrowym wdrapaniu się po schodach znajduję miłą panią, która w miarę prosto tłumaczy gdzie mam iść - i tu niespodzianka - bo trafiam przed panią za szklaną szybką która ma igłę i robi coś dziwnego. Na szczęście okazuje się, że biorą krew z palca - mój palec nie chce krwawić "yinggai duo he shui!" - wyraz mojej twarzy musiał być bezcenny. Po 10 minutach jest wynik - mnóstwo znaczków, ale wystarczająco czytelny dzięki międzynarodowym skrótom, żeby oznajmić mi, że to morfologia krwi. Niestety Chińczycy jeszcze nie wymyślili magicznego testu na A/H1N1.
Z kartką biegnę do rejestracji po raz trzeci. Tam każą mi iść do pokoju lekarskiego - staję więc w kolejce, by po wejściu do pokoju wyglądająca na 70 lat babcia zaczęła mówić do mnie coś czego zupełnie nie kumałem. Ale wzięła długopis i zaznaczyła mi na kartce 2 znaki - aha, więc mam lekarza o nazwisku "Liu cośtam" - tylko teraz gdzie on kurde przyjmuje. Rejestracja po raz kolejny. Okazuje się, że pani dr Liu pełni dyżur antygrypowy 5 metrów od rejestracji - nie mogli tak od razu?! Oczywiście siedzenie na ławce i czekanie okazuje się bezsensem, bo wiekowi Chińczycy wbijają natychmiast przez drzwi, które i tak nie są zamknięte - w końcu na co komu tajemnica lekarska, czy prywatność. Okaże się jednak, że istotnie nie trzeba zamykać drzwi. Po serii w miarę zrozumiałych pytań pada sakramentalne "Czy mogę brać Aspirin?" No mówię, że tak. Badanie poza rozmową sprowadza się do zajrzenia do gardła. Ciekaw więc jestem, czy mam zapalenie oskrzeli czy coś innego. "Duo he shui!" Żegna mnie na do widzenia.
Idę więc do apteki, się znaczy oszklonego pokoju kilkanaście metrów dalej. Ja jestem gaijinem, więc staję przy okienku "Xiyao", ale i tak wiem, że moje leki niewiele będą miały wspólnego z Zachodnią medycyną. Pan spogląda na kartkę i coś mówi, ja na to eeee? powtarza "jiu fei" - po 3 sekundach oświecenie - pieczęć - a więc jeszcze jedna wizyta w rejestracji po pieczątkę.
Wracam do pana w aptece - naładował mi całą reklamówkę czegoś i wytłumaczył ile razy to ile tamto. Na do widzenia zgadnij co powiedział? Tak! "DUO HE SHUI!" ALLELUJAH! I kur zapiał... Okazało się, że połowa moich leków to flakoniki z dziwną cieczą, które przypominały mi nasze zastrzyki. Jedno wiedziałem na pewno - nie będę sobie dawał niczego brązowego wstrzykiwać. Ulotka ratuje moje nieosłuchane stetoskopem (właściwie nie widziałem u nich tego urządzenia) serce - pośród badziewia znaczków "koufu" - uff czyli mam to łykać - bo dalszej analizie okazuje się, że dołączone są śmieszne cieniutkie słomki. Jeden z leków smakuje jak obrzydliwa kawa, a drugi po prostu obrzydliwie - dawkowanie 3 razy dziennie - mojej radości nie ma końca.
Poza tym dostałem antybiotyk - azytromycynę - oraz paracetamol. Dotąd pojąć nie mogę gdzie jest moje "Aspirin". No chyba, że w chińskiej farmacji między paracetamolem, a aspiryną nie ma już różnic w związku z uchwałą Parlamentu Ludowego. Tada! I to by było na tyle. Ileż emocji, ileż wrażeń. Aż mi się zrobiło gorąco. Ups, gorąco mi się zrobiło, bo Irańczyk wyzamykał wszystkie okna i ja przy kaloryferze mam ochotę na drinka z palemką:P

wtorek, 27 października 2009

Oddaj moją krewetkę

Oki, przyszła pora poobgadywać. Posłużę się do tego zdjęciem wykonanym na obiedzie po dwóch dniach śród-semestralnych egzaminów.
image
Zacznę po lewej i będę skakał jak mi się podoba. Andri – Indonezja, z nadzianego ojca pochodzenia chińskiego, studiował w Hameryce jakiś kierunek, ble, informatyczny. Dobrze mówi po hamerykańsku i dogaduje się z Hamerykanami, ale c, ch /cz/, z, zh /dż/ itp. W jego wykonaniu brzmią zawsze tak samo – jak syczenie. Zresztą to problem wszystkich Indonezyjczyków, których mam w grupie. Tak sobie myślę, że polski by ich zdruzgotał.
Duże w czerwony – Valter, Portugalia, spoko gość, szkoda że trochę wiekowy i łysiejący. Jeden z bardziej kumatych. Małe w czerwonym – Patty, Indonezja – słodka dziewczynka, o której zupełnie nic nie wiem.
Małe w czarnym – Brian, Hamerykanin z Michigan. Jeśli oglądaliście „Family Guya” to dokładnie taki sam Brian jak tam, przynajmniej, co do sposobu wysławiania się, no może nie taki dystyngowany. Nawet przy temperaturze 4 stopni chodzi w klapkach. Poza tym za chińskie imię wybrał sobie Bai Ren, czyli dla niewtajemniczonych „biały człowiek”. Nasza sensei delikatnie mu wytłumaczyła, że brzmi to dla Chińczyków rasistowsko. Kumpluje się z Belgiem.
Duże w paskach – Mert, Turcja – mówi dobrze po francusku i rosyjsku, a przynajmniej tak wygląda. Niestety jego „Aj tink ju szud du dis end dat” mnie rozbraja. Poza tym jest niezmiernie tajemniczy. Trzyma z Francuzami. (Tak tymi, których nie mam w grupie, a o których wciąż nie napisałem).
Malutkie w paskach – Profesor Lizzie, Imperium Brytyjskie. Profesor, bo uczy biznesmenów na Beijing University i tak do niej mówią. Ja w swojej szkole średniej o cholernie długiej nazwie mam skromny tytuł Oral English Teacher. Ma tak wspaniały akcent, że przy mojej miłości do Received Pronunciation mogłaby być dla mnie drugą królową brytyjską (bo pierwszą jest oczywiście doktor Basia).
Malutkie, siedzi – Ollie, przystojny absolwent poważnego uniwersytetu w Imperium Brytyjskim, którego nazwę jeszcze wczoraj pamiętałem. Niestety już zajęty. No ale biorąc pod uwagę, że jest ode mnie 30 centymetrów niższy to nie będę długo płakał. Potwierdza teorię Elizy, że brytyjskich mężczyzny zrozumieć ciężej niż kobiety.
Białe, szeroko uśmiechnięte – Nery, Kostaryka – równa luźna babka przy kości. Sosu może dostawałby drgawek przy jej hiszpańsko-latynoskim. No a może nie.
Białe siedzi – Sun Di –nauczycielka z aparatem na zębach, zakładam, że w moim wieku, ale się jeszcze nie przyznała. Styl prowadzenia zajęć ma identyczny jak nasza Danka. Zresztą pisałem o niej.
Czarne, duże, z tyłu – Cezar, Rumunia – zupełnie nie wygląda jak Rumun. Twierdzi, że od dzieciństwa był przewodniczącym grupy zajęciowej w przedszkolu, a skończywszy na Parlamencie, więc trochę mu nie wierzę. Generalnie luzak i żartowniś, przybywa na zajęcia w połowie – w sensie w połowie zajęć danego dnia. Oczywiście chiński idzie mu lekko.
Fioletowe bóstwo z długimi włosami – Natty, Chile – spoko babka, która jednak woli towarzystwo swoich latynoskich znajomych niż taką żenadę jak my. Trzyma się razem z Kostarykanką.
Pani w szaro-czarnym – Zhang Jianhua – wcielenie wszelkich cnót, druga inkarnacja Sugou, zawsze nienagannie ubrana w modne, moim zdaniem, garsonki, marynarki, czy co tam noszą kobiety. Mój ideał nauczyciela.
Czarne długowłose powyżej – Tamila, Kazachstan – naturalnie mówiąca po rosyjsku lokalna blondynka, wyrażająca ciągłe upierdliwe wąty do pracy banzhanga, czyli mnie.
Na prawo od niej – Joost, Belgia – ach, niech krótkie westchnienie standardowe Wam, szanowni czytelnicy, a przede wszystkim czytelniczki, wystarczy. Trudno mi określić jaki jest. Jedno z pewnością mu wychodzi – tony. Brzmi wprost przepięknie – nawet nauczyciele nigdy nie mają mu nic do zarzucenia. Trzyma z Hamerykaninem.
Dalej na prawo, z dziwnym wyrazem twarzy, Dylan z „apstejt nju Jork”, drugi Hamerykanin w grupie. Raptem 19 lat i swoją manierą przypomina mi trochę Sosa. Niestety równie jak Sos jest w stanie, ku mojemu zupełnemu zdziwieniu, przyciągać do siebie kobiety.
Dalej na prawo, Sanchai, Tajlandia – nie mam absolutnie żadnego pojęcia kto to, bo z nikim z naszej grupy nie rozmawia, ani z nikim nie chadza.
Pod nimi – Astro Boy, lub jak kto woli Yu Miao, nauczyciel z ADHD.
Na prawo i lekko do góry – wcielenie japońskiej doskonałości, obowiązkowo zawsze w bluzie z kapturem. Trzydziestoletni. Od czasu do czasu próbuje ze mną rozmawiać, a ja próbuję odpowiedzieć zapominając jak się mówi po naszemu „cztery”, co sprawia, że trafia mnie szlag i zwiększa się zapotrzebowania na tabletki antydepresyjne i walenie głową w mur.
W tym samym kierunku nad nim – moje boskie oblicze.
Pode mną – Rebecca, Filipiny. Jedna z najmniejszych kobiet jakie w życiu widziałem. Ma czterdzieści coś lat (wiem po lekcji o wieku) i zupełnie jakoś nie pasuje do całego obrazka.
W dół i na prawo ode mnie – Kolja, Ukraina – że tak powiem, aż jedzie od niego narodowością, ale odkąd zmienił fryzurę stał się nawet niezgorszym kolegą. Niestety niewiele mówi po angielsku. W zasadzie tyle co ja po rosyjsku :P
Na wschód od Ukrainy, jak wiemy z geografii, jest Rosja, a na zdjęciu, Ilja. Też zmienił fryzurę i też prawie da się na niego patrzeć. Podobnie jak słowiański kolega lekko mówi po angielsku, więc raczej nie będzie ze mną Multi-słowiańskiego aliansu. Jeden z kurzących na prawie każdej przerwie.
Pod nim, ostatnia osóbka to Charity, Indonezja numer 4. Swoim sposobem wpadania w śmiech na lekcjach Astro Boya przypomina mi Gawrona. Niestety nie znam jej zbyt dobrze by wiedzieć co za dziewczynka, ale dobrze się zapowiada.
Na zdjęciu brakuje Rasheda, Irańczyka, nie, nie tego ode mnie z pokoju, tylko tego a la Antonio Banderas. Niestety jest chamem i nie przyszedł jako jedyny na wspólne stołowanie się. Ostatnio przyznał mi się, że nie jest praktykującym muzułmaninem i poprosił, żebym nie wspominał o tym swojemu współlokatorowi. Jeśli któregoś dnia nie przyjdzie to będę musiał w obawia o swoje życie zmienić pokój.
No to by było na tyle. Następne wieści po wyprawie do Xi'anu i Sosowego raju. Ale czy ktoś w ogóle mnie jeszcze kocha i czyta moje wypociny?

sobota, 10 października 2009

Hej dzieci, jeśli chcecie...

Otóż, jak wiedzą wszystkie grzeczne chińskie dzieci, 1.października 1949 roku, pomimo trwającej wojny domowej Mao Zedong proklamował ustanowienie Chińskiej Republiki Ludowej. W związku z powyższym w tym roku wypadała okrągła 60.rocznica, więc należało co nieco pokazać. Można też było próbować coś zobaczyć, ale raczej w telewizji, gdyż ze względu na manewry wojskowe zawieszona pierwszą i zamknięto połowę użytecznych stacji na drugiej linii metra (nie wspomnę o zamykaniu całych ulic i zawieszaniu linii autobusowych) i dostanie się chociażby w ciekawe okolice alei Czanganu, z których można było coś obejrzeć graniczyło z cudem. Nie wspomnę też, że kilka milionów Chińczyków też pewnie chciałoby choć zerknąć na owo malownicze przedstawienie, więc dla własnego zdrowia moi nauczyciele polecali, by siedzieć na tyłku i najlepiej nie wychodzić nawet poza teren uczelnianego kampusu. Co by wcielić ten ostatni zamysł w życie wprowadzono obowiązkowe wylegitymowanie osób, które chciałyby wejść na teren uczelni. Na szczęście skrupulatność strażników ograniczała się do sprawdzenia, że na bordowej książeczce, którą jest legitymacja widnieje nazwa naszej uczelni. W praktyce ogranicza się to (bo strażnicy wciąż czasem żądają książeczek) do pomachania im owym rekwizytem podczas wchodzenia, ale przyznaję, że w dniach 1-3.października wręcz rzucali się na ludzi, których zachowanie ledwie wskazywało na zamiar zbliżenia się do bramy. A wszystko to, jak nam ogłoszono, dla naszego własnego bezpieczeństwa.
I owego pamiętnego dnia 1.października 2009 roku prezydent Hu Jintao, ubrany w zgniło-szarozielonkawą marynarkę wojskową a la Mao, odebrał z tarasu na Bramie Niebiańskiego Spokoju defiladę co najmniej kilkunastu tysięcy żołnierzy, którzy paradnym krokiem i z radosnym spojrzeniem przemierzali aleję Czanganu ciągnąc za sobą warte wspomnienia 18 głowic nuklearnych. I jak tu nie czuć się bezpiecznie? Swoją drogą pierwsza linia metra nie działała właśnie przez wojskowych, a powód jest odrobinę historyczny. Pierwsze dwa przystanki na linii nr 1 były i nadal są na terenie bazy wojsk stacjonujących w Pekinie, jak przypuszczam podpięto je do metra na wypadek, gdyby nagle potrzeba było przewieźć znaczącą liczbę żołnierzy na sam Plac Tian’anmen. No i tym razem z owego udogodnienia skorzystano – tzw. czerwona linia metra została wyłączona z eksploatacji, by można było przewieźć tam i z powrotem świetnie wymusztrowanych żołnierzy, w tym kilka batalionów całkowicie żeńskich, których mundury przypominały mi nieco sukienkę Smerfetki.
No, ale wróćmy do świętowania zostawiając tą bajkową dygresję.. Dni urlopu było aż 8 (dla uczniów i studentów 9) również z racji tego, że na początek października przypada ruchome święto „środka jesieni”, że pozwolę je sobie swobodnie przetłumaczyć. Natomiast do końca tego roku nie planują żadnych innych świąt – żadnych Wszystkich świętych czy Bożego Narodzenia – we wszystkie te dni pokorni Chińczycy, jak również i ja, udamy się do swoich miejsc pracy i do szkół odbywając kolejny dzień zwykły jak wszystkie inne. Najbliższe wolne okresy to ferie zimowe, które trwają bodaj miesiąc gdzieś na przełomie stycznia i lutego, a także wypadający wtedy ruchomy co do dnia chiński Nowy Rok. 2010 będzie rokiem Tygrysa, gdyby kogoś to interesowało, a kończący się jest rokiem Wołu.
Cóż więc robić lepszego w czasie takich ferii jak nie podróżować? Ze względów finansowych (znaczy się przeprowadzka do akademika, gdzie mogę siedzieć na własnym porcelanowym nocniku) nie mogłem wybrać się z Elizą i Mateuszem do Szanghaju, ale postanowiłem choć pomóc koleżance w kolejce po bilety. Otóż Chińczycy mają pewien system – bilety na dzień X można dostać dokładnie 10 lub 14 dni wcześniej po godzinie 19.00. Toteż, aby zająć Elizie miejsce w kolejce ruszyłem po godzinie 15 owego pamiętnego dnia na dworzec kolejowy Pekin Północny. Niestety ze względu na swoją gramułowatość i niewielką znajomość chińskiego udało mi się zająć jej „dopiero” 9.miejsce w kolejce. Do 17, kiedy przybyła Eliza (bo mniej więcej do tej godziny pracuje w przedszkolu), ustawiło się za mną dobrych kilkadziesiąt osób, lecz jak twierdziła zamierzająca wybrać się do Szanghaju niewiasta, dzień wcześniej kolejki zajmowały cały hall dworca plus większą część naprawdę sporego placu przed nim, toteż nie wiedząc o tym, kiedy wybierała się dzień wcześniej, nie była w stanie zakupić wymarzonego biletu. Stąd pomysł ze mną. Niestety gdy nastała 19.06 i Eliza dotarła do okienka biletów już nie było… Cóż widocznie Chińczycy są w stanie sprzedać kilkaset biletów w ciągu 5 minut. Albo mają nadzwyczaj dużo oficjeli, którzy dostali swój bilet innymi kanałami. Koniec końców Eliza dosłownie wylądowała w Szanghaju samolotem. I Mao syty i Eliza cała.

niedziela, 27 września 2009

Astro Boy

Nadszedł chyba czas, żeby zająć się czymś ciekawym – ludźmi. Tego posta dedykuję sempai Elizie
Zhang Jianhua – podejrzewałem, że będzie mężczyzną, ale okazała się kobietą :P w wieku mniej więcej Uryuu, o podobnym usposobieniu. Co prawda niezbyt jest żartobliwa, ale przy zasobie słów, który mamy chyba nie może opowiedzieć nic ciekawego. Mam z nią zajęcia przez cały tydzień od 8.30 do 10.20,a polegają one na nieco Callanowskim przyswajaniu wyrazów, zwrotów i czytaniu dialogów. Dydaktycznie i metodycznie wydaje mi się ona najlepszą nauczycielką podstaw języka obcego, jaką kiedykolwiek miałem (no może ex aequo z Sugou). Najnowsze odkrycie jest takie, że moja Zhang mówi po japońsku, i choć mój japoński jest opłakany, to po japońsku rozumiem ją dużo lepiej niż po chińsku. Ciekawe czemu :P
Yu Miao (czytamy: [miau]) – lat 26, niewysoki, chudy i w okularach (jak 50 milionów innych Chińczyków). Do zabawnego imienia należy dołączyć jeszcze histeryczny sposób w jaki się śmieje, co czyni go figurą niezwykle przezabawną. Będę mówił o nim Astro Boy, gdyż najczęściej nosi ubrania tejże marki. Nie mam pojęcia co to za marka, ale przypuszczam, że lokalny Reserved. Jednakże Astro Boy (w tej chwili przyszedł mi na myśl tetsuwan atomu) jest również nauczycielem, którego można się obawiać – głównie dlatego, że prowadzi zajęcia bardzo dynamicznie, wręcz z wrodzonym ADHD. Polega to na tym, że chodzi z podręcznikiem po klasie i stuka palcami w ławkę osobnika, który ma czytać następny fragment dialogu w danej lekcji, a że dzieje się to bardzo szybko to czasem można dostać zawału serca, gdy przed mającym opaść z senności nosem nagle wyląduje jego ręka… Ćwiczy z nami mówienie, słuchanie i pisanie, więc ma tendencję do zadawania pytań z prędkością światła, i czasem udaje mi się załapać kilka wyrazów, które powiedział, ale nie często rozumiem ideę pytania. Zaś reakcją na nasze klasowe „eeeeee?” jest histeryczny, acz całkiem wdzięczny śmiech, po którym następuje trochę wolniejsza wersja pytania. W najgorszych wypadkach „eeeee?” powtarza się parę razy, niemniej uwielbiam słuchać tego śmiechu. Trochę przypomina mi śmiech Mozarta z filmu „Amadeusz” Milosa Formana.
Liu Znaczek Znaczek – była z nami raptem tydzień i generalnie coś mówiła i tłumaczyła, ale generalnie nikt nie wiedział co. Dzięki marnym rysunkom na tablicy można było przewidywać, co chciała tłumaczyć, ale raczej nie wspomagało to ogólnej stopy kontaktu. Natomiast ubierała się uroczo – u nas miała by przydomek dresiara, gdyż nosiła biały dres adidasa (stawiam, że podróbka) z fioletowymi paseczkami. I w ogóle była estetycznie ładna i urocza, ale w porównaniu do pozostałych dwojga nauczycieli, jej zajęcia były dla nas czarną magią, a jest u mnie w grupie ze dwie osoby, które comprendo coś więcej niż cała reszta.
Sun Di – przypomina mi trochę naszą Zhao Dan, gdyż jest to dziewczynka w podobnym wieku, może niewiele starsza ode mnie z aparatem na zębach i nieco niewyraźnym sposobem mówienia. Niemniej jest ona tą dzięki której czuje się dowartościowany, gdyż niedawno stwierdziła, że powinienem przenieść się do wyższej grupy, ale ja jej na to „wo neng xie hanzi; bu ting, bu dong, bu shuo”. Mógłbym dodać „je reste ici (francuski jakby ktoś pytał – o Francuzach będzie jeszcze kiedyś odcinek)”. A propos „neng xie hanzi” – codziennie Astro Boy urządza nam „tingxie”, czyli dyktando, i proszę Państwa – zawsze dostaję maximum. Swoją drogą jest nas dwóch – ja i Japończyk – nie wydaje się to komuś dziwne? :) I niech ktoś pośle te wieści ku Matsuzaki – bo informacja, że uwielbiają tutaj moje znaki może zburzyć podwaliny jej teorii o męskim defekcie mózgu.

wtorek, 15 września 2009

下一站是复兴门站。复兴门站是回乘车站。

Pekińska komunikacja, jak przystało na Chińczyków jest jednym wielkim chaosem. Samochody generalnie respektują czerwone światło, ale nawet wówczas mogą skręcać w prawo, co dodaje kolejną odrobinę smaczku do przechodzenia przez ulicę. Poza tym raczej standardowy jest fakt, że taksówki zatrzymują się na środku skrzyżowania, bo pasażer wysiada – mówimy stop no to stop – a niech se trąbią. Zresztą tu i tak wszystko na wszystkich trąbi, pipczy, dzwoni i jakie tam jeszcze dźwięki by nie wymyślić. Dla mnie najgroźniejsze są skuterki elektryczne, które są niezmiernie ciche i często pozbawione jakichkolwiek urządzeń dźwiękowych. Pod żadnym jeszcze nie wylądowałem, ale jeśli coś mnie ma rozjechać to będzie to właśnie taki pojazd. W skrócie technika przechodzenia wygląda tak – czerwone dla pieszych? Idziemy! Jeśli tylko nic nie jedzie przesuwamy się o metr, dwa do przodu. Coś przejedzie za nami, coś przed nami, czasem ledwie minie o parę centymetrów. Na środku ulicy jest względnie bezpiecznie, gdyż między jezdniami o przeciwnych kierunkach jest niewielka wysepka, co daje chwilę wytchnienia. Druga połowa drogi wygląda podobnie, zaś jeśli pieszy mają zielone, to należy mieć się również na uwadze, zwłaszcza na samochody, które przecinają pasy skręcając w lewo, gdyż tutaj w ogóle nie funkcjonuje pojęcie ustępowania pierwszeństwa. A przynajmniej jest mocno raczkujące. Zaś Chinki na małych rowerkach jadące pod prąd pasami dla samochodów wydają się być niezwykle odważne. Aż dziwię się, że jestem tu 2 tygodnie i jeszcze nie widziałem nikogo pod kołami.
Autobusy, krakowskim zwyczajem, przyjeżdżają po 3 – ale nie tak, że 3 różne i 15 minut nic – przyjeżdżają 2, 3 a nawet 4 obsługujące tę samą linię, a potem długo nic. W godzinach szczytu na węższych ulicach jest ich po prostu sznureczek. Rozkłady wymieniają tylko kolejne przystanki (najczęściej bieżący zaznaczony strzałką, na najnowszych zaznaczonym kolorem, a na starszych tablicach nawet strzałki nie znajdzie…) i godziny, w których linia kursuje – trudno odgadnąć, czy jest jakiś przedział czasowy. Nawet jeśli jest, to Kraków w dniach największej rozpusty bywa pewnie bardziej punktualny. Radosne są akcje wsiadania i wysiadania, gdyż w autobusach z 2 parami drzwi wsiada się z przodu, a wysiada z tyłu, a jeśli autobus ma 3 pary drzwi, to wsiada się środkowymi, a wysiada pozostałymi, zawsze wymaga to więc zwrócenia uwagi, by pani od biletów albo kierowca nie zaczęli krzyczeć. Co by było zabawniej, karta, którą płaci się za przejazd, jest różnie wykorzystywana – albo przykłada się ją przy wsiadaniu, albo również i przy wysiadaniu. Najczęściej jest napis, który wyjaśnia jak działa dany pojazd, ale konsekwencje błędnego zużycia są dwojakie – albo zapłacimy 4 jiao (jakieś 18 groszy) za dużo albo, jeśli się nam zapomni skasować przy wyjściu, karta przy następnej próbie wejścia do autobusu zrobi kuku i nas nie wpuszczą.
Metro jest zbawienne, bo w zasadzie działa i działa całkiem dobrze. Naturalnie na starszych liniach jeżdżą starsze pociągi, ale i tak bywają znośne. Ponadto poza typem klimatyzacji nie ma większych różnic w standardzie. Radosnym elementem są wyświetlacze w nowszych pociągach – jest to bowiem linia z odcinkami i punktami podświetlanymi na zielono i czerwono. Niestety w pewnych pociągach zielony mówi „to już przejechaliśmy”, a czerwony „tu będziemy jechać”, w innych zaś na odwrót… Najlepiej jest w linii 2, która jeździ w kółko – tylko czerwone punkciki, które migają na zielono wskazując następną stację. Prędkość jest zadowalająca, ale czasem trochę jej brakuje. Najzabawniejsze są przesiadki, a zwłaszcza jedna, której muszę dokonać zawsze – mianowicie stacja 西直门 (Xizhimen) i przesiadka między liniami 13 i 2. Wygląda mniej więcej tak: wysiadamy, schody w dół (1 piętro) korytarz, kilkadziesiąt metrów holu jednego z wyjść, przejście obok dużej siaty na poziomie chodnika (13 jest kolejką nadziemną, a linia 2 metrem) korytarz na jakieś kilkaset metrów, schody do góry ruchome (!), korytarz i znów spacerek, schody w dół, (3 piętra, ja pierdolę) , spacerek, schody, już nie wiem czy w górę czy w dół, peron linii 2, Allah jest wielki! Teraz tylko decyzją w którą stronę jedziemy. Po drodze naturalnie jest kilometr barierek, które sprawiają, że trzeba sobie pochodzić 2 razy tyle niż gdyby ich nie było… Tak zwane chińskie poczucie humoru… Tytuł posta odnosi się do komunikatu, który wypowiadany jest przed stacją przesiadkową między liniami 1 i 2. Poza tym na wszystkich stacjach przesiadkowych. Brzmi trochę jak wierszyk dla dzieci – mam nadzieję, że kiedyś uda mi się go nagrać i zamieścić ;)

czwartek, 3 września 2009

Soł ju łona goł tu Czajna?

Ekhem Witojcie!
Wygląda na to, że wreszcie udało mi się zebrać na napisanie paru słów o moich pierwszych dniach pobytu wśród śmiesznego chińskiego narodu, z którym moja komunikacja na moment bieżący odbywa się za pomocą machania rękami, a w najlepszym przypadku kartki i długopisu.
No ale do rzeczy. Po jakże radosnym locie z paryskiego CDG na pokładzie Boeinga 777-300 ER w klasie ekonomicznej, gdzie generalnie była tylko ekonomia, a brakowało klasy i miejsca na cokolwiek, wylądowaliśmy z Sosem na pekińskim Capital Airport i, ku mojemu drobnemu zawodowi, nie było żadnych rewizji, psów uzbrojonych po zęby - jedynie wyjście z samolotu zostało opóźnione, żeby pani w maseczce mogła obejrzeć potencjalnych siewców wirusów i wydać zezwolenie na rozładunek, jeżeli nikt nie pluł krwią. Zresztą nie wiem, po prostu zgaduję, ale faktem jest, że ocena stanu zdrowia pasażerów miała tempo wizyty u lekarza finansowanego z NFZ 5 minut przed końcem jego dyżuru. Co więcej zakupiliśmy z Sosem po pół litra żubrówki na Okęciu i pomimo strasznego filmu Air France o chińskiej kontroli celnej (ku mojej rozpaczy) to my musieliśmy dopaść jakiegoś pana kontrolera, który miał wyraz twarzy jakby chciał przed nami uciec. I ja się pytam gdzie ta demonstracja siły?
Okazuje się, że nastąpiła szybko, bo już 2 dni później. Mieliśmy we troje (plus sempajka Eliza) zwiedzać Zakazane Miasto. Niestety metro na stacjach Tian'anmen Dong i Tian'anmen Xi zrobiło tylko wielkie hops a z głośników popłynął jakiś komunikat. Z domysłów, informacji, albo Bhuk wie czego wynikło, że Chińczycy robią swojemu wojsku ćwiczebną musztrę przed świętem 1 pażdziernika (Mao ogłasza republikę ludową w 1949, więc okrągła 60 się im szykuje) i z oglądania nici. No, ale kiedy kręcono "Ostatniego cesarza" odbywająca wizytę królowa Elżbieta II też nie mogła zobaczyć sławnego miasta, bo partia dała pierwszeństwo filmowi, więc można czuć się w całkiem doborowym, jak na europejskie warunki klubie "Ludzi, którzy nie zobaczyli Zakazanego Miasta, bo Chińczycy mieli tam ważniejsze rzeczy do zrobienia". Pojechaliśmy więc w Tianten, czyli Świątyni Niebios i też było całkiem fajnie. W Galerii zamieszczę wkrótce parę zdjęć z tamtego przesławnego miejsca.
Poza tym Chiny są rozkoszne, zwłaszcza dla tych, którzy umieją tylko liczyć błędnie do 20 i kupować pół kilo jabłek na bazarze :P
Jak znajdę wenę na coś mądrzejszego to może wkrótce napiszę. Zapewne stanie się to wkrótce, gdyż ciężko mi tutaj, nawet pomimo nadzwyczajnej (w mojej skali) otwartości, wyciągnąć kogoś na błąkanie się po Pekinie. Klątwa Air France trwa, gdyż spotykam głównie Francuzów. No pomijając Mongoła, z którym mieszkam w pokoju, ale o współlokatorach i pokojach to osobna bajka...