Nowy Świat

Nowy Świat
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą English. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą English. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 maja 2012

Does that star-spangled banner yet wave?

Nowy stary pomysł. W ramach ćwiczenia angielskiego i faktu, że jutro egzamin, post po angielsku! A przynajmniej w mojej aproksymacji tego języka.

--

The Daily Show” and “Colbert Report” have become for me an inexhaustible source of socio-political information about the United States of America. Their liberal bias is undeniable, but as a liberal myself I try to stick with the guys who don’t claim “homosexuality brings eternal damnation” so Stewart and Colbert are my people. Still, at the beginning of May I watched a few overdue episodes of each series, then read an article on BBC and later that day sat to watch “Nineteen Eighty-Four”, a film adaptation of a famous Orwell’s work made into picture exactly in spring and summer of 1984 (the book was so much better, but still it’s good to have an option to watch in case you can’t read) and then decided to write this post.

While taking a pleasant warm bath my stream of thoughts willingly meandered towards the press article. Bad American terrorists probably guilty of killing thousands of people deny compliance in military court proceedings and cause the judge to cry out loud for help from elsewhere (Heavens perhaps? But which ones, the 72-virgins Heavens or the Eternal-Praising-God’s-Glory one?). How surprising, can you, dear Reader, understand their behaviour? Might be of any meaning the fact that and the people who detain them caught them in countries beyond their legal authority, detained them for a few years not only without even stating under what law they are supposed to be trialled under, but also, by some mysterious chance, failed to inform them of what exactly are they accused for months, instead subjugating them to corporal torture - one of them was “allegedly” (oh, I have fallen in love with this word on the first day I learnt it) water boarded (Word 2007 does not recognise that word yet) “183 times”?

No, why would it. It is America “land of the free and the home of the brave”. And I admire the bravery of the country who continuously refuses to admit that its “War on Terror” is limited in any way by the international conventions – like Universal Declaration of Human Rights of 1948 – or even its own laws (I almost did a very literal ROTFL hearing an announcement made by the General Prosecutor- or was it Deputy? – that “due process” doesn’t mean what everyone thought it means – it’s nice they clarified that one after two hundred years since the approval of the Fifth Amendment). I’m not quite certain under what law the Americans decided to trial “the terrorists”, but I think they finally decided on that and it’s quite useful. It’s stupid to assemble a jury that seems to have to legitimisation or to kill somebody without any paper based law. But wait, why are they still celebrating a year of blowing an old guys brain out of his skull?

Hm, does it bear to you, dear Reader, any resemblance to any particular action of some other group killing people based on some imaginary law perceiving it an action for the greater good of humanity?

America, I am proud of Thee, oh Ye, Home of the Brave!

środa, 5 października 2011

藤村修治さん (Fujimura Syuji-san)

Wchodzę do pokoju zmęczony i w nastroju dziwnego zmieszania. Jest ciemno i duszno. Włączam światło i rzucam swoją torbę na łóżko, a następnie wbijam się swoją ciężką dupą w krzesło. Jestem gdzieś pomiędzy wstydem a wkurwieniem. No i jestem osiem tysięcy jenów do tyłu.

czwartek, 11 lutego 2010

Chengdu II - 毛泽东主席万岁!

Chińskim zwyczajem zamiast 10-osobowej grupy intermedia te dostała mi się 6-osobowa dziewczęca grupka na poziomie „Do you like pandas?” – ale, co by mojej rozpaczy końca nie było, jedno z pierwszych (poprawnych) zdań, jakie usłyszałem na lekcji było: „I think you’re very handsome” – ach, bose, jak ja uwielbiam jak oni dobrze kłamią. No w każdym razie można powiedzieć, że w miarę przypadliśmy sobie do gustu. Niemniej, gdyby nie osoba mojej pekińskiej asystentki zwanej Emma, kontakt z syczuańczykami byłby mordęgą wypełnioną milczeniem.
Na uwagę zasługują również popołudniowe „activities”, z których pierwszym był tzw. „fashion show”, na który dzieci w każdej z grup musiały wystroić dwoje wybrańców przy pomocy kolorowych wstążek, kleju, mazaków, gazet, kolorowego brystolu itp. Moją jaźń jednak wciąż zajmował następujący problem – zgodnie z rozkładem dzieci powinny mieć (i twierdzą, że mają) po 16 lat. Jednakże prosta obserwacja anatomii przeczy temu faktowi. Moje dzieci w Pekinie (te, które co niedzielę uczę inglisza) mają po 12 lat i zdecydowanie biologicznie odpowiadają owej młodzieży z Syczuanu. Co więcej – od kiedy normalne 16-latki bawią się taśmą klejącą i kolorowymi mazakami? Jednakże moje podwójne Aniołki Charliego przystąpiły do zabawy z niesłychanym zapałem. Jako całkowite beztalencie artystyczne postanowiłem im jedynie przygotować element lingwistyczny – wynabzdurzony opis przygotowanych kiecek, za który też w konkursie dostawało się punkty. Naturalnie najprostsze, co przyszło mi na myśl było oczywiście „beyond comprehension” dla moich złotek. Cytowanie Shakespeare’a sobie daruję.
Drugiego dnia odbyła się „Aukcja”. Plan był prosty – każda z 10 grup otrzymuje 1000 dolców i próbuje kupić jak najwięcej. Co by gra nie była zbyt wynaturzona wprowadzono jednak pewne ciekawostki – co kilka sprzedanych przedmiotów miał pojawiać się reporter zwiastujący różne katastrofy w wyniku, których niektóre przedmioty ulegały zniszczeniu. W zgodzie ze swoim sumieniem przyjąłem oczywiście z radością pozycję jednego z owych niszczycieli – ach ileż popularności mi to przysporzyło. Do kupienia było też kilka innej klasy „przedmiotów” – kolejno: LOVE, FAITH, FORGIVENESS i - O Matko Buddyjska! Zapomniałem czwartego! - Chyba indoktrynacja w moim przypadku okazała się lekko nieskuteczna.
No w każdym razie idea polegała na tym, żeby nasze pluszaczki zrozumiały, co jest najważniejsze w życiu. Fakt, że z europejskiego punktu widzenia powinny raczej uprawiać seks, a przynajmniej oglądać porno, malować się, albo popijać piwo jest w Chengdu absolutnie irrelewantny. Tu umysłami włada siła dużo potężniejsza niż The Great Chinese Firewall. Dla przykładu następująca historia. Najważniejszy jest fakt, że główne zdarzenie trwa mniej więcej 5 sekund. Słownie PIĘĆ – niemniej jest kwintesencją mojej podróży i miodem na strapione serca ludzi uciskanych przez kapitalizm. Otóż jedną z grup na zajęciach trzeciego dnia postanowiłem zabawić grą w „20 questions”. Idea prosta – jedna z osób wymyśla znaną wszystkim postać, a pozostałe próbują zgadnąć stawiając pytania zamknięte. Wymyślający odpowiada tylko „Yes/No/Don’t know”. Pytający stawiają pytania w stylu: „Is it a man? Is he Chinese? Is he an artist?” itd.
Jako, że w poprzednich grupach szło im zbyt dobrze z Konfucjuszem, a Krzysztofa Kolumba trzeba było najpierw przetłumaczyć na ichniejszy to sięgnąłem po coś mniej oczywistego – sławnego Du Fu, który w Chengdu spędził 4 lata swego wygnania i napisał kilka sławetnych wierszy, z których naturalnie nie znam ani jednego. Zastanawiałem się jak szybko na to wpadno. Okazało się jednak, że zbiło ich to trochę z tropu. Zapytali więc, czy żyje, a ja im na to, że nie. Zapytali więc, czy jest politykiem. Ja na to, że „oh, well, not really” – w końcu Wiki twierdzi, że poeta, a że wygnany z powodów politycznych to średnio relewantne.
I w tym momencie następuje owe 5 sekund. Następuje zbiorowe nieporozumienie w grupie – moje „not really” do nich nie dociera – za to łączy ich coś innego. Przez 1 sekundę mogę obserwować jak ich spojrzenia zbiegają się w jednym punkcie, następnie do moich uszu dobiega głośne szuranie – w ciągu 0,5 sekundy cała 7-osobowa grupa nr 5 wstaje ze swoich krzeseł. Moje źrenice lekko poszerzają się zaskoczone nagłym zwrotem wydarzeń – i wówczas – w nagle nastałej po szurnięciach krzeseł głuszy rozlega się gromkie „毛泽东主席!!!” (Przewodniczący Mao Zedong!!!) Ów krzyk przebrzmiewa w moich uszach około 1 sekundy, gdy nagle zauważam, że studenci grupy 5 – dwóch „Bad boys” i 5 dziewczynek zajęli swoje miejsca. Teraz następuje moje 1,5 sekundy, w których pierwsze 0,5 sekudny zajmuje niedowierzanie, kolejne 0,5 sekundy ślinienie się z szeroko rozdziawionej paszczy, a ostatnie ułamek poświęcam na dojściu do zmysłów i gorączkowemu rozmyślaniu – czy uznać tą odpowiedź? Czy można nie uznać TAKIEJ odpowiedzi? Jednakże z całą siłą i wdziękiem laowaia odpowiadam, że nie. Dalsza zabawa jednak już straciła coś na wartości. Musiałem im pomóc dojść do rozwiązania, gdyż ich entuzjazm wypalił się w chwili, gdy zaprzeczyłem temu nieodgadnionemu aktowi zbiorowej świadomości. Wówczas na zegarku było już trzy po dwunastej. Pora podziękować i zakończyć; w końcu czeka obiad. Ja zaś obiecuje sobie, że jutro spróbuję tego samego w innych grupach. Ja to chcę przeżyć jeszcze raz – to jest jak narkotyk – te 5 sekund moje życia było lepsze niż jakikolwiek orgazm. To było jak zbliżenie się do majestatu ponadczasowej chwały…
Kurtyna!
Koniec aktu drugiego.
W następnym odcinku – Bierzemy misia w teczkę! – czyli 3 dni rozrywki po 4 dniach pracy – czyli krótkie rozmyślanie jak Bóg powinien był stworzyć świat.
Kącik japonisty – ostatnie 2 znaki w tytule posta są tożsame z naszym 万歳.