Nowy Świat

Nowy Świat

środa, 23 grudnia 2009

Przychodzi Polak do (chińskiego) lekarza

Dawno już nic nie pisałem, a że wena do pisania bloga kończy mi się przy pisaniu maili, więc pomyślałem co by opublikować fragment jednego z nich. Z listu do Sebastiana, z dnia 11 listopada br.
Otóż dziś, uzbrojony w marny zasób słownictwa, uderzyłem do tutejszej kliniki studenckiej i naturalnie po paru zdaniach niezrozumiałej konwersacji pokazano mi na tablice świetlną, która po paru chwilach oświeciła mnie na czerwono, że lekarze w godzinach 11.45-13.30 mają przerwę. No cóż. Tutaj o 12 chyba tylko poczta pracuje - przynajmniej oficjalnie. Wróciwszy zatem robię "guahao" i naturalnie każą mi płacić - 5 mao (=22 gr) - więc jakoś przeżywam tą dziwną prośbę, choć załapanie "wumao" trwa kilkanaście sekund, bo nie rzadko zdarza się w tym kraju słyszeć tą jednostkę monetarną. Pytam o pokój, ale porywa mnie siostra w maseczce i każe zmierzyć temperaturę, po czym znów odsyła do okienka, w którym dają mi nowy świstek i każą iść na drugie piętro do "yuan-cośtam-shi". Po jakże zdrowym wdrapaniu się po schodach znajduję miłą panią, która w miarę prosto tłumaczy gdzie mam iść - i tu niespodzianka - bo trafiam przed panią za szklaną szybką która ma igłę i robi coś dziwnego. Na szczęście okazuje się, że biorą krew z palca - mój palec nie chce krwawić "yinggai duo he shui!" - wyraz mojej twarzy musiał być bezcenny. Po 10 minutach jest wynik - mnóstwo znaczków, ale wystarczająco czytelny dzięki międzynarodowym skrótom, żeby oznajmić mi, że to morfologia krwi. Niestety Chińczycy jeszcze nie wymyślili magicznego testu na A/H1N1.
Z kartką biegnę do rejestracji po raz trzeci. Tam każą mi iść do pokoju lekarskiego - staję więc w kolejce, by po wejściu do pokoju wyglądająca na 70 lat babcia zaczęła mówić do mnie coś czego zupełnie nie kumałem. Ale wzięła długopis i zaznaczyła mi na kartce 2 znaki - aha, więc mam lekarza o nazwisku "Liu cośtam" - tylko teraz gdzie on kurde przyjmuje. Rejestracja po raz kolejny. Okazuje się, że pani dr Liu pełni dyżur antygrypowy 5 metrów od rejestracji - nie mogli tak od razu?! Oczywiście siedzenie na ławce i czekanie okazuje się bezsensem, bo wiekowi Chińczycy wbijają natychmiast przez drzwi, które i tak nie są zamknięte - w końcu na co komu tajemnica lekarska, czy prywatność. Okaże się jednak, że istotnie nie trzeba zamykać drzwi. Po serii w miarę zrozumiałych pytań pada sakramentalne "Czy mogę brać Aspirin?" No mówię, że tak. Badanie poza rozmową sprowadza się do zajrzenia do gardła. Ciekaw więc jestem, czy mam zapalenie oskrzeli czy coś innego. "Duo he shui!" Żegna mnie na do widzenia.
Idę więc do apteki, się znaczy oszklonego pokoju kilkanaście metrów dalej. Ja jestem gaijinem, więc staję przy okienku "Xiyao", ale i tak wiem, że moje leki niewiele będą miały wspólnego z Zachodnią medycyną. Pan spogląda na kartkę i coś mówi, ja na to eeee? powtarza "jiu fei" - po 3 sekundach oświecenie - pieczęć - a więc jeszcze jedna wizyta w rejestracji po pieczątkę.
Wracam do pana w aptece - naładował mi całą reklamówkę czegoś i wytłumaczył ile razy to ile tamto. Na do widzenia zgadnij co powiedział? Tak! "DUO HE SHUI!" ALLELUJAH! I kur zapiał... Okazało się, że połowa moich leków to flakoniki z dziwną cieczą, które przypominały mi nasze zastrzyki. Jedno wiedziałem na pewno - nie będę sobie dawał niczego brązowego wstrzykiwać. Ulotka ratuje moje nieosłuchane stetoskopem (właściwie nie widziałem u nich tego urządzenia) serce - pośród badziewia znaczków "koufu" - uff czyli mam to łykać - bo dalszej analizie okazuje się, że dołączone są śmieszne cieniutkie słomki. Jeden z leków smakuje jak obrzydliwa kawa, a drugi po prostu obrzydliwie - dawkowanie 3 razy dziennie - mojej radości nie ma końca.
Poza tym dostałem antybiotyk - azytromycynę - oraz paracetamol. Dotąd pojąć nie mogę gdzie jest moje "Aspirin". No chyba, że w chińskiej farmacji między paracetamolem, a aspiryną nie ma już różnic w związku z uchwałą Parlamentu Ludowego. Tada! I to by było na tyle. Ileż emocji, ileż wrażeń. Aż mi się zrobiło gorąco. Ups, gorąco mi się zrobiło, bo Irańczyk wyzamykał wszystkie okna i ja przy kaloryferze mam ochotę na drinka z palemką:P

wtorek, 27 października 2009

Oddaj moją krewetkę

Oki, przyszła pora poobgadywać. Posłużę się do tego zdjęciem wykonanym na obiedzie po dwóch dniach śród-semestralnych egzaminów.
image
Zacznę po lewej i będę skakał jak mi się podoba. Andri – Indonezja, z nadzianego ojca pochodzenia chińskiego, studiował w Hameryce jakiś kierunek, ble, informatyczny. Dobrze mówi po hamerykańsku i dogaduje się z Hamerykanami, ale c, ch /cz/, z, zh /dż/ itp. W jego wykonaniu brzmią zawsze tak samo – jak syczenie. Zresztą to problem wszystkich Indonezyjczyków, których mam w grupie. Tak sobie myślę, że polski by ich zdruzgotał.
Duże w czerwony – Valter, Portugalia, spoko gość, szkoda że trochę wiekowy i łysiejący. Jeden z bardziej kumatych. Małe w czerwonym – Patty, Indonezja – słodka dziewczynka, o której zupełnie nic nie wiem.
Małe w czarnym – Brian, Hamerykanin z Michigan. Jeśli oglądaliście „Family Guya” to dokładnie taki sam Brian jak tam, przynajmniej, co do sposobu wysławiania się, no może nie taki dystyngowany. Nawet przy temperaturze 4 stopni chodzi w klapkach. Poza tym za chińskie imię wybrał sobie Bai Ren, czyli dla niewtajemniczonych „biały człowiek”. Nasza sensei delikatnie mu wytłumaczyła, że brzmi to dla Chińczyków rasistowsko. Kumpluje się z Belgiem.
Duże w paskach – Mert, Turcja – mówi dobrze po francusku i rosyjsku, a przynajmniej tak wygląda. Niestety jego „Aj tink ju szud du dis end dat” mnie rozbraja. Poza tym jest niezmiernie tajemniczy. Trzyma z Francuzami. (Tak tymi, których nie mam w grupie, a o których wciąż nie napisałem).
Malutkie w paskach – Profesor Lizzie, Imperium Brytyjskie. Profesor, bo uczy biznesmenów na Beijing University i tak do niej mówią. Ja w swojej szkole średniej o cholernie długiej nazwie mam skromny tytuł Oral English Teacher. Ma tak wspaniały akcent, że przy mojej miłości do Received Pronunciation mogłaby być dla mnie drugą królową brytyjską (bo pierwszą jest oczywiście doktor Basia).
Malutkie, siedzi – Ollie, przystojny absolwent poważnego uniwersytetu w Imperium Brytyjskim, którego nazwę jeszcze wczoraj pamiętałem. Niestety już zajęty. No ale biorąc pod uwagę, że jest ode mnie 30 centymetrów niższy to nie będę długo płakał. Potwierdza teorię Elizy, że brytyjskich mężczyzny zrozumieć ciężej niż kobiety.
Białe, szeroko uśmiechnięte – Nery, Kostaryka – równa luźna babka przy kości. Sosu może dostawałby drgawek przy jej hiszpańsko-latynoskim. No a może nie.
Białe siedzi – Sun Di –nauczycielka z aparatem na zębach, zakładam, że w moim wieku, ale się jeszcze nie przyznała. Styl prowadzenia zajęć ma identyczny jak nasza Danka. Zresztą pisałem o niej.
Czarne, duże, z tyłu – Cezar, Rumunia – zupełnie nie wygląda jak Rumun. Twierdzi, że od dzieciństwa był przewodniczącym grupy zajęciowej w przedszkolu, a skończywszy na Parlamencie, więc trochę mu nie wierzę. Generalnie luzak i żartowniś, przybywa na zajęcia w połowie – w sensie w połowie zajęć danego dnia. Oczywiście chiński idzie mu lekko.
Fioletowe bóstwo z długimi włosami – Natty, Chile – spoko babka, która jednak woli towarzystwo swoich latynoskich znajomych niż taką żenadę jak my. Trzyma się razem z Kostarykanką.
Pani w szaro-czarnym – Zhang Jianhua – wcielenie wszelkich cnót, druga inkarnacja Sugou, zawsze nienagannie ubrana w modne, moim zdaniem, garsonki, marynarki, czy co tam noszą kobiety. Mój ideał nauczyciela.
Czarne długowłose powyżej – Tamila, Kazachstan – naturalnie mówiąca po rosyjsku lokalna blondynka, wyrażająca ciągłe upierdliwe wąty do pracy banzhanga, czyli mnie.
Na prawo od niej – Joost, Belgia – ach, niech krótkie westchnienie standardowe Wam, szanowni czytelnicy, a przede wszystkim czytelniczki, wystarczy. Trudno mi określić jaki jest. Jedno z pewnością mu wychodzi – tony. Brzmi wprost przepięknie – nawet nauczyciele nigdy nie mają mu nic do zarzucenia. Trzyma z Hamerykaninem.
Dalej na prawo, z dziwnym wyrazem twarzy, Dylan z „apstejt nju Jork”, drugi Hamerykanin w grupie. Raptem 19 lat i swoją manierą przypomina mi trochę Sosa. Niestety równie jak Sos jest w stanie, ku mojemu zupełnemu zdziwieniu, przyciągać do siebie kobiety.
Dalej na prawo, Sanchai, Tajlandia – nie mam absolutnie żadnego pojęcia kto to, bo z nikim z naszej grupy nie rozmawia, ani z nikim nie chadza.
Pod nimi – Astro Boy, lub jak kto woli Yu Miao, nauczyciel z ADHD.
Na prawo i lekko do góry – wcielenie japońskiej doskonałości, obowiązkowo zawsze w bluzie z kapturem. Trzydziestoletni. Od czasu do czasu próbuje ze mną rozmawiać, a ja próbuję odpowiedzieć zapominając jak się mówi po naszemu „cztery”, co sprawia, że trafia mnie szlag i zwiększa się zapotrzebowania na tabletki antydepresyjne i walenie głową w mur.
W tym samym kierunku nad nim – moje boskie oblicze.
Pode mną – Rebecca, Filipiny. Jedna z najmniejszych kobiet jakie w życiu widziałem. Ma czterdzieści coś lat (wiem po lekcji o wieku) i zupełnie jakoś nie pasuje do całego obrazka.
W dół i na prawo ode mnie – Kolja, Ukraina – że tak powiem, aż jedzie od niego narodowością, ale odkąd zmienił fryzurę stał się nawet niezgorszym kolegą. Niestety niewiele mówi po angielsku. W zasadzie tyle co ja po rosyjsku :P
Na wschód od Ukrainy, jak wiemy z geografii, jest Rosja, a na zdjęciu, Ilja. Też zmienił fryzurę i też prawie da się na niego patrzeć. Podobnie jak słowiański kolega lekko mówi po angielsku, więc raczej nie będzie ze mną Multi-słowiańskiego aliansu. Jeden z kurzących na prawie każdej przerwie.
Pod nim, ostatnia osóbka to Charity, Indonezja numer 4. Swoim sposobem wpadania w śmiech na lekcjach Astro Boya przypomina mi Gawrona. Niestety nie znam jej zbyt dobrze by wiedzieć co za dziewczynka, ale dobrze się zapowiada.
Na zdjęciu brakuje Rasheda, Irańczyka, nie, nie tego ode mnie z pokoju, tylko tego a la Antonio Banderas. Niestety jest chamem i nie przyszedł jako jedyny na wspólne stołowanie się. Ostatnio przyznał mi się, że nie jest praktykującym muzułmaninem i poprosił, żebym nie wspominał o tym swojemu współlokatorowi. Jeśli któregoś dnia nie przyjdzie to będę musiał w obawia o swoje życie zmienić pokój.
No to by było na tyle. Następne wieści po wyprawie do Xi'anu i Sosowego raju. Ale czy ktoś w ogóle mnie jeszcze kocha i czyta moje wypociny?

sobota, 17 października 2009

Eliza jedzie do Szanghaju - No a ja?

Korzystając z pomocy mówiącej po chińsku rosyjskiej koleżanki Ksenii, znalazłem najtańszy możliwy turnus – Mongolia tam i z powrotem w 3 dni. Ok. No to odliczamy pieniążki i jedziemy.
Dzień pierwszy, szósta rano, wsiadamy do luksusowego, zgodnie z opisem, autokaru, który jednak jak wszystkie chińskie produkty jest za mały na europejską fizjonomię, więc jest co nieco niewygodnie, ale po 9 godzinach w samolocie AirFrance człowiek przyzwyczaja się do naprawdę małych przestrzeni. Jakieś 6 godzin z dwoma krótkimi postojami trwa przejazd do prowincji pt. „Mongolia Wewnętrzna”, do miasta Huhehaote (Huhhot po mongolsku jeśli ktoś woli), które jest jednym z malutkich miasteczek w Chinach. Ot maciupeńkim. Się znaczy ze wschodu na zachód jakieś 30 kilometrów średnicy, ponad dwa i pół miliona mieszkańców oraz wieżowce i estakady przypominające mi swoim rozmiarem Warszawę. No więc owo malutkie miasteczko wielkości naszej stolicy w połowie wciąż jest w budowie. I to wcale nie przesada – gdy okna po jednej stronie wychodzą na nowoczesne centrum handlowe z MacDonaldsem, to z tych po drugiej stronie wyłania się betonowy szkielet kolejnego wznoszonego gmachu.
Później trafiamy do pewnej faktorii handlowej, w której mieliśmy podobno zobaczyć jak Mongołowie tkają swe obrusiki, ale widzieliśmy głównie sklepy ze sweterkami z wielbłądziej wełny za 900 yuanów (się znaczy 400 złotych), więc raczej nie nakupiłem pamiątek. Później miało być muzeum, ale zamknęli wcześniej niż zazwyczaj, bo akurat wypadało wspomniane wcześniej święto „środka jesieni”. Cóż, mówi się trudno i żyje się dalej. A my ruszyliśmy dalej w drogę ku właściwym stepom Mongolii, gdzie mieliśmy spędzić noc w tradycyjnej mongolskiej „jurcie”, czyli czymś pomiędzy domkiem a namiotem. N powitanie był mongolski spirytus służący do odkażania toalet, niestety tylko po małym łyku i pieczony baran, który niestety też nie wyglądał na zbyt utuczonego. Znalazłem się przy stole wśród samych kobiet, więc gdy trafiła do nas spora porcja barana, a raczej mnóstwo kości i odrobina mięsa, to nie było żadnych chętnych do tegoż dania. No ale byłem ja, więc polegając na swym wiejskim rodowodzie przystąpiłem do ogryzania kości, co dostarczyło sporo radości siedzącym tam również trzem Japonkom. Zapytałem, czy wyglądam równie zabawnie jak panda w tokijskim zoo, ale zachichotały tylko robiąc mi zdjęcie, ale też pozostawiając mnie bez odpowiedzi.
Przerwa na notkę japonistyczną. Nie mogę już znieść Shanbena w moim podręczniku (Yamamoto jakby ktoś pytał) ani Szanzhonga (no, zgadujemy, shan już znamy, a zhong jak w Zhongguo – i co nam wychodzi?) – za każdym razem mam ochotę czytać po naszemu. Podobnie bywa od czasu do czasu z kanjiami (lub hanzi, jeżeliby to zdanie miało dojść do uszu Sosa), w których wybierają zabawną kolejność pisania. Piszę zabawną, bo mam wrażenie, że Japończykom przynajmniej z kolejnością kresek coś dobrze wyszło…
Może jeszcze jedna dygresja na temat jedzenia, albo raczej picia. Otóż istnieje pewien chiński specyfik, który ma 56% zawartości alkoholu, a więc więcej niż przyzwoita wódka i, o zgrozo, pakowany jest również w półlitrowe butelki. Niestety ma jeden mankament, przynajmniej dla mnie – smakuje ohydnie. Ma niemniej też jeden plus – kosztuje ok. 6 yuanów (się znaczy 2,75 zł), więc tyle co piwo w Polsce – i ja się pytam – czemu nie widzę pijanych Chińczyków, skoro taki alkohol rozdają niemal za darmo?!
Wróćmy do zoo, a dokładniej na stepy Mongolii dnia pierwszego. Po kolacji czekało nas imprezowanie po mongolsku, które składało się z żałośnie małego, w proporcji do liczby uczestników wycieczki, ogniska i odrobiny muzyki. Najpierw zagrali i pośpiewali coś po swojemu, a później puścili disco i tak sobie trochę poskakaliśmy, raczej z zimna niż w takty muzyki, gdyż temperatura na zewnątrz na pewno dochodziła już do zera. Powrót zaś do jurty też nie należał do najweselszych, gdyż temperatura tam była może o kilka stopni wyższa niż ta na zewnątrz.
Przypuszczam, że nad ranem wyniosła gdzieś koło zera, gdyż jak okazało się kiedy wstaliśmy, woda w pewnej beczce nieopodal jurt zamarzła… Niemniej ubrani w najcieplejsze ubrania, w kurtkach i czapkach na głowach, przykryci kołdrami przespaliśmy z Ksenią parę godzin, by wstać przed 6 rano i obejrzeć wschód słońca. Nie byliśmy jedyni. Drogę przed gospodarstwem goszczących nas Mongołów zasnuło o tej porze ze dwa tuziny ludzi w kurtkach, a mimo to trzęsących się z zimna. My z Ksenią uznaliśmy, że nie zaszkodzi zabrać swoich kołder na głowie, i w takim nieco groteskowym ubiorze wybraliśmy się fotografować owo cudo.
Niestety nie było aż tak cudowne jak zwykło się przypuszczać. Dla rozgrzania dostaliśmy śniadanie, które też nie było zbyt ciepłe, a dla mnie absolutnym hitem był – uwaga – ryż w wodzie. Powtarzam – ryż w wodzie, w której został ugotowany, absolutnie żadnych dodatków, chyba nie było w nim ani odrobinę soli, więc byliśmy raczej nie pocieszeni po lodowatej nocy. Dla uradowania oczu zabrano nas na przejażdżkę konną. Niestety na własny koszt, więc nie skorzystałem i zamiast tego 2 godziny plątałem się po stepie. Niemniej nie wiele straciłem, gdyż ludzie, którzy wybrali się na grzbiecie owych niezbyt oszałamiających rumaków powiedzieli mi później: „No jedziemy te półtorej godziny, zatrzymujemy się i mówią nam – To jest najpiękniejsze miejsce w okolicy. – Patrzymy a tam step, jak wszędzie, ot uschnięta trawa i tak dalej. Pytamy więc, ale czemu to jest najpiękniejsze, skoro wygląda tak jak wszystko naokoło? – Odpowiedź, godna Salomona – No bo w maju jak kwiaty zakwitną to tutaj jest ich najwięcej! – Acha…” Innymi słowy może pojeżdżę konno w jakichś bardziej sprzyjających okolicznościach.
Obiad u Mongołów też był iście swojski, gdyż identyczny jak poprzedniego wieczoru, ale tym razem bez barana, więc nie było ogryzania kości, a tylko wybieranie kawałeczków jakiegoś mięsa spośród ogromu zieleniny. Później przegłosowano, że nie chcemy jechać do muzeum, które mieliśmy zwiedzać wczoraj, ale chcemy do hotelu – bowiem drugą noc mieliśmy spędzić w luksusowym hotelu z trzema gwiazdkami. No więc czekało nas kolejne dwie godziny drogi do miasta Baotou, też mniej więcej wielkości Warszawy. I hotel był rzeczywiście milutki – ciepły prysznic, nawet łóżko prawie tak miękkie jak te w Polsce. Po nocy w temperaturze zera stopni istny rarytas.
Krótka dygresja o towarzystwie – poznaliśmy kolejne dwie Rosjanki – Zjemfirę i drugą Ksenię, które studiują na innym pekińskim uniwersytecie, ale za to chińskim władają już naprawdę sprawnie, gdyż mają mniej więcej takie samo podłoże akademickie jak ja w japońskim. Toteż wieczorem wyszliśmy razem na krótki spacer i dziewczyny zapytały przechodzącą Chinkę, gdzie jest centrum, bo chcieliśmy coś zobaczyć, a ona nam na to, że jakieś 30 kilometrów w tamtym kierunku… Acha. No to musiał nam wystarczyć spacer po tym podmiejskim osiedlu, wśród którego znajdował się nasz hotel.
Trzeci dzień wycieczki to ostatnia atrakcja – pustynia. Dokładnej nazwy nie pamiętam, ale na pewno stanowiąca którąś z fragmentów sławetnej pustyni Gobi, z tym, że przerobioną do potrzeb białych, i rzadziej chińskich, turystów. I prawdę mówiąc z całej wycieczki było to miejsce najfajniejsze. Zjazd kolejką linową, błąkanie się po wydmach, zapasy rosyjskich kobiet w piasku, pół godziny na grzbiecie wielbłąda (moment, kiedy wielbłąd schodzi z wydamy w dół jest najbardziej emocjonujący, gdyż jeśli się człowiek dobrze nie trzyma to można wypaść z siodła – prawie jak na przyzwoitej jakości kolejce górskiej w wesołym miasteczku) i takie tam. Niestety raptem 3 godziny i musieliśmy wracać, gdyż czekał nas obiad i długi powrót do Pekinu. W sumie tego dnia spędziliśmy na wracaniu do stolicy niemal 8 godzin. No może nie aż tyle, bo administracyjna stolica zaczęła się dużo wcześniej. Ale przejechanie samego Pekinu, z centrum, gdzie mniej więcej mieszkam, do przedmieść z tabliczką „Pekin żegna” jedzie się dobre półtorej godziny z ustawową dla autobusu prędkością 80 km/h na drodze ekspresowej. Nie da się ukryć, że przynajmniej administracyjnie to miasto ma rozmiar połowy Belgii lub naszego województwa.
A może krótka wstawka o drogach. Otóż prowadzenie w Chinach jest zadaniem wymagającym wiele uwagi, mimo iż poza miejskimi drogami, gdzie panuje totalny chaos, te ekspresowe wydają się być cywilizowane, to nadal panują na nich pewne prawa dżungli. Jak chociażby to, że nasz kierowca ledwie zbliżając się do jakiegoś pojazdu przed nami zawsze używał klaksonu. Czasem trąbił, gdy ktoś zajeżdżał mu drogę, ale zdecydowanie najczęściej trąbił bez żadnego wyraźnego, przynajmniej dla europejskiego oka, powodu. I robił to przynajmniej 3 razy w przeciągu 5 minut. Po godzinie człowieka naprawdę trafiał szlag, nie mówiąc o tym, że oka nie dało się zmrużyć, ale już następnego dnia jakoś przywykłem do tego nieustannie powracającego hałasu. Do ciekawych przydrożnych obserwacji należy również sposób budowania chińskich dróg, gdyż przebiegają one w rejonach niezwykle pofałdowanych, więc muszą być budowane w formie estakad, a tam gdzie się nie da biegną w tunelach. To było ciekawe doświadczenie, gdyż w pewnym miejscu wjechaliśmy do tunelu, który jak informowała tabliczka miał mieć 725 metrów, więc jak na moją miarę całkiem sporo, po to by wyjechać z niego na 20 sekund i wjechać do kolejnego, nawet dłuższego tunelu. Naturalnie kierowcy nie przeszkadzało to w trąbieniu.

sobota, 10 października 2009

Hej dzieci, jeśli chcecie...

Otóż, jak wiedzą wszystkie grzeczne chińskie dzieci, 1.października 1949 roku, pomimo trwającej wojny domowej Mao Zedong proklamował ustanowienie Chińskiej Republiki Ludowej. W związku z powyższym w tym roku wypadała okrągła 60.rocznica, więc należało co nieco pokazać. Można też było próbować coś zobaczyć, ale raczej w telewizji, gdyż ze względu na manewry wojskowe zawieszona pierwszą i zamknięto połowę użytecznych stacji na drugiej linii metra (nie wspomnę o zamykaniu całych ulic i zawieszaniu linii autobusowych) i dostanie się chociażby w ciekawe okolice alei Czanganu, z których można było coś obejrzeć graniczyło z cudem. Nie wspomnę też, że kilka milionów Chińczyków też pewnie chciałoby choć zerknąć na owo malownicze przedstawienie, więc dla własnego zdrowia moi nauczyciele polecali, by siedzieć na tyłku i najlepiej nie wychodzić nawet poza teren uczelnianego kampusu. Co by wcielić ten ostatni zamysł w życie wprowadzono obowiązkowe wylegitymowanie osób, które chciałyby wejść na teren uczelni. Na szczęście skrupulatność strażników ograniczała się do sprawdzenia, że na bordowej książeczce, którą jest legitymacja widnieje nazwa naszej uczelni. W praktyce ogranicza się to (bo strażnicy wciąż czasem żądają książeczek) do pomachania im owym rekwizytem podczas wchodzenia, ale przyznaję, że w dniach 1-3.października wręcz rzucali się na ludzi, których zachowanie ledwie wskazywało na zamiar zbliżenia się do bramy. A wszystko to, jak nam ogłoszono, dla naszego własnego bezpieczeństwa.
I owego pamiętnego dnia 1.października 2009 roku prezydent Hu Jintao, ubrany w zgniło-szarozielonkawą marynarkę wojskową a la Mao, odebrał z tarasu na Bramie Niebiańskiego Spokoju defiladę co najmniej kilkunastu tysięcy żołnierzy, którzy paradnym krokiem i z radosnym spojrzeniem przemierzali aleję Czanganu ciągnąc za sobą warte wspomnienia 18 głowic nuklearnych. I jak tu nie czuć się bezpiecznie? Swoją drogą pierwsza linia metra nie działała właśnie przez wojskowych, a powód jest odrobinę historyczny. Pierwsze dwa przystanki na linii nr 1 były i nadal są na terenie bazy wojsk stacjonujących w Pekinie, jak przypuszczam podpięto je do metra na wypadek, gdyby nagle potrzeba było przewieźć znaczącą liczbę żołnierzy na sam Plac Tian’anmen. No i tym razem z owego udogodnienia skorzystano – tzw. czerwona linia metra została wyłączona z eksploatacji, by można było przewieźć tam i z powrotem świetnie wymusztrowanych żołnierzy, w tym kilka batalionów całkowicie żeńskich, których mundury przypominały mi nieco sukienkę Smerfetki.
No, ale wróćmy do świętowania zostawiając tą bajkową dygresję.. Dni urlopu było aż 8 (dla uczniów i studentów 9) również z racji tego, że na początek października przypada ruchome święto „środka jesieni”, że pozwolę je sobie swobodnie przetłumaczyć. Natomiast do końca tego roku nie planują żadnych innych świąt – żadnych Wszystkich świętych czy Bożego Narodzenia – we wszystkie te dni pokorni Chińczycy, jak również i ja, udamy się do swoich miejsc pracy i do szkół odbywając kolejny dzień zwykły jak wszystkie inne. Najbliższe wolne okresy to ferie zimowe, które trwają bodaj miesiąc gdzieś na przełomie stycznia i lutego, a także wypadający wtedy ruchomy co do dnia chiński Nowy Rok. 2010 będzie rokiem Tygrysa, gdyby kogoś to interesowało, a kończący się jest rokiem Wołu.
Cóż więc robić lepszego w czasie takich ferii jak nie podróżować? Ze względów finansowych (znaczy się przeprowadzka do akademika, gdzie mogę siedzieć na własnym porcelanowym nocniku) nie mogłem wybrać się z Elizą i Mateuszem do Szanghaju, ale postanowiłem choć pomóc koleżance w kolejce po bilety. Otóż Chińczycy mają pewien system – bilety na dzień X można dostać dokładnie 10 lub 14 dni wcześniej po godzinie 19.00. Toteż, aby zająć Elizie miejsce w kolejce ruszyłem po godzinie 15 owego pamiętnego dnia na dworzec kolejowy Pekin Północny. Niestety ze względu na swoją gramułowatość i niewielką znajomość chińskiego udało mi się zająć jej „dopiero” 9.miejsce w kolejce. Do 17, kiedy przybyła Eliza (bo mniej więcej do tej godziny pracuje w przedszkolu), ustawiło się za mną dobrych kilkadziesiąt osób, lecz jak twierdziła zamierzająca wybrać się do Szanghaju niewiasta, dzień wcześniej kolejki zajmowały cały hall dworca plus większą część naprawdę sporego placu przed nim, toteż nie wiedząc o tym, kiedy wybierała się dzień wcześniej, nie była w stanie zakupić wymarzonego biletu. Stąd pomysł ze mną. Niestety gdy nastała 19.06 i Eliza dotarła do okienka biletów już nie było… Cóż widocznie Chińczycy są w stanie sprzedać kilkaset biletów w ciągu 5 minut. Albo mają nadzwyczaj dużo oficjeli, którzy dostali swój bilet innymi kanałami. Koniec końców Eliza dosłownie wylądowała w Szanghaju samolotem. I Mao syty i Eliza cała.

niedziela, 27 września 2009

Astro Boy

Nadszedł chyba czas, żeby zająć się czymś ciekawym – ludźmi. Tego posta dedykuję sempai Elizie
Zhang Jianhua – podejrzewałem, że będzie mężczyzną, ale okazała się kobietą :P w wieku mniej więcej Uryuu, o podobnym usposobieniu. Co prawda niezbyt jest żartobliwa, ale przy zasobie słów, który mamy chyba nie może opowiedzieć nic ciekawego. Mam z nią zajęcia przez cały tydzień od 8.30 do 10.20,a polegają one na nieco Callanowskim przyswajaniu wyrazów, zwrotów i czytaniu dialogów. Dydaktycznie i metodycznie wydaje mi się ona najlepszą nauczycielką podstaw języka obcego, jaką kiedykolwiek miałem (no może ex aequo z Sugou). Najnowsze odkrycie jest takie, że moja Zhang mówi po japońsku, i choć mój japoński jest opłakany, to po japońsku rozumiem ją dużo lepiej niż po chińsku. Ciekawe czemu :P
Yu Miao (czytamy: [miau]) – lat 26, niewysoki, chudy i w okularach (jak 50 milionów innych Chińczyków). Do zabawnego imienia należy dołączyć jeszcze histeryczny sposób w jaki się śmieje, co czyni go figurą niezwykle przezabawną. Będę mówił o nim Astro Boy, gdyż najczęściej nosi ubrania tejże marki. Nie mam pojęcia co to za marka, ale przypuszczam, że lokalny Reserved. Jednakże Astro Boy (w tej chwili przyszedł mi na myśl tetsuwan atomu) jest również nauczycielem, którego można się obawiać – głównie dlatego, że prowadzi zajęcia bardzo dynamicznie, wręcz z wrodzonym ADHD. Polega to na tym, że chodzi z podręcznikiem po klasie i stuka palcami w ławkę osobnika, który ma czytać następny fragment dialogu w danej lekcji, a że dzieje się to bardzo szybko to czasem można dostać zawału serca, gdy przed mającym opaść z senności nosem nagle wyląduje jego ręka… Ćwiczy z nami mówienie, słuchanie i pisanie, więc ma tendencję do zadawania pytań z prędkością światła, i czasem udaje mi się załapać kilka wyrazów, które powiedział, ale nie często rozumiem ideę pytania. Zaś reakcją na nasze klasowe „eeeeee?” jest histeryczny, acz całkiem wdzięczny śmiech, po którym następuje trochę wolniejsza wersja pytania. W najgorszych wypadkach „eeeee?” powtarza się parę razy, niemniej uwielbiam słuchać tego śmiechu. Trochę przypomina mi śmiech Mozarta z filmu „Amadeusz” Milosa Formana.
Liu Znaczek Znaczek – była z nami raptem tydzień i generalnie coś mówiła i tłumaczyła, ale generalnie nikt nie wiedział co. Dzięki marnym rysunkom na tablicy można było przewidywać, co chciała tłumaczyć, ale raczej nie wspomagało to ogólnej stopy kontaktu. Natomiast ubierała się uroczo – u nas miała by przydomek dresiara, gdyż nosiła biały dres adidasa (stawiam, że podróbka) z fioletowymi paseczkami. I w ogóle była estetycznie ładna i urocza, ale w porównaniu do pozostałych dwojga nauczycieli, jej zajęcia były dla nas czarną magią, a jest u mnie w grupie ze dwie osoby, które comprendo coś więcej niż cała reszta.
Sun Di – przypomina mi trochę naszą Zhao Dan, gdyż jest to dziewczynka w podobnym wieku, może niewiele starsza ode mnie z aparatem na zębach i nieco niewyraźnym sposobem mówienia. Niemniej jest ona tą dzięki której czuje się dowartościowany, gdyż niedawno stwierdziła, że powinienem przenieść się do wyższej grupy, ale ja jej na to „wo neng xie hanzi; bu ting, bu dong, bu shuo”. Mógłbym dodać „je reste ici (francuski jakby ktoś pytał – o Francuzach będzie jeszcze kiedyś odcinek)”. A propos „neng xie hanzi” – codziennie Astro Boy urządza nam „tingxie”, czyli dyktando, i proszę Państwa – zawsze dostaję maximum. Swoją drogą jest nas dwóch – ja i Japończyk – nie wydaje się to komuś dziwne? :) I niech ktoś pośle te wieści ku Matsuzaki – bo informacja, że uwielbiają tutaj moje znaki może zburzyć podwaliny jej teorii o męskim defekcie mózgu.

wtorek, 15 września 2009

下一站是复兴门站。复兴门站是回乘车站。

Pekińska komunikacja, jak przystało na Chińczyków jest jednym wielkim chaosem. Samochody generalnie respektują czerwone światło, ale nawet wówczas mogą skręcać w prawo, co dodaje kolejną odrobinę smaczku do przechodzenia przez ulicę. Poza tym raczej standardowy jest fakt, że taksówki zatrzymują się na środku skrzyżowania, bo pasażer wysiada – mówimy stop no to stop – a niech se trąbią. Zresztą tu i tak wszystko na wszystkich trąbi, pipczy, dzwoni i jakie tam jeszcze dźwięki by nie wymyślić. Dla mnie najgroźniejsze są skuterki elektryczne, które są niezmiernie ciche i często pozbawione jakichkolwiek urządzeń dźwiękowych. Pod żadnym jeszcze nie wylądowałem, ale jeśli coś mnie ma rozjechać to będzie to właśnie taki pojazd. W skrócie technika przechodzenia wygląda tak – czerwone dla pieszych? Idziemy! Jeśli tylko nic nie jedzie przesuwamy się o metr, dwa do przodu. Coś przejedzie za nami, coś przed nami, czasem ledwie minie o parę centymetrów. Na środku ulicy jest względnie bezpiecznie, gdyż między jezdniami o przeciwnych kierunkach jest niewielka wysepka, co daje chwilę wytchnienia. Druga połowa drogi wygląda podobnie, zaś jeśli pieszy mają zielone, to należy mieć się również na uwadze, zwłaszcza na samochody, które przecinają pasy skręcając w lewo, gdyż tutaj w ogóle nie funkcjonuje pojęcie ustępowania pierwszeństwa. A przynajmniej jest mocno raczkujące. Zaś Chinki na małych rowerkach jadące pod prąd pasami dla samochodów wydają się być niezwykle odważne. Aż dziwię się, że jestem tu 2 tygodnie i jeszcze nie widziałem nikogo pod kołami.
Autobusy, krakowskim zwyczajem, przyjeżdżają po 3 – ale nie tak, że 3 różne i 15 minut nic – przyjeżdżają 2, 3 a nawet 4 obsługujące tę samą linię, a potem długo nic. W godzinach szczytu na węższych ulicach jest ich po prostu sznureczek. Rozkłady wymieniają tylko kolejne przystanki (najczęściej bieżący zaznaczony strzałką, na najnowszych zaznaczonym kolorem, a na starszych tablicach nawet strzałki nie znajdzie…) i godziny, w których linia kursuje – trudno odgadnąć, czy jest jakiś przedział czasowy. Nawet jeśli jest, to Kraków w dniach największej rozpusty bywa pewnie bardziej punktualny. Radosne są akcje wsiadania i wysiadania, gdyż w autobusach z 2 parami drzwi wsiada się z przodu, a wysiada z tyłu, a jeśli autobus ma 3 pary drzwi, to wsiada się środkowymi, a wysiada pozostałymi, zawsze wymaga to więc zwrócenia uwagi, by pani od biletów albo kierowca nie zaczęli krzyczeć. Co by było zabawniej, karta, którą płaci się za przejazd, jest różnie wykorzystywana – albo przykłada się ją przy wsiadaniu, albo również i przy wysiadaniu. Najczęściej jest napis, który wyjaśnia jak działa dany pojazd, ale konsekwencje błędnego zużycia są dwojakie – albo zapłacimy 4 jiao (jakieś 18 groszy) za dużo albo, jeśli się nam zapomni skasować przy wyjściu, karta przy następnej próbie wejścia do autobusu zrobi kuku i nas nie wpuszczą.
Metro jest zbawienne, bo w zasadzie działa i działa całkiem dobrze. Naturalnie na starszych liniach jeżdżą starsze pociągi, ale i tak bywają znośne. Ponadto poza typem klimatyzacji nie ma większych różnic w standardzie. Radosnym elementem są wyświetlacze w nowszych pociągach – jest to bowiem linia z odcinkami i punktami podświetlanymi na zielono i czerwono. Niestety w pewnych pociągach zielony mówi „to już przejechaliśmy”, a czerwony „tu będziemy jechać”, w innych zaś na odwrót… Najlepiej jest w linii 2, która jeździ w kółko – tylko czerwone punkciki, które migają na zielono wskazując następną stację. Prędkość jest zadowalająca, ale czasem trochę jej brakuje. Najzabawniejsze są przesiadki, a zwłaszcza jedna, której muszę dokonać zawsze – mianowicie stacja 西直门 (Xizhimen) i przesiadka między liniami 13 i 2. Wygląda mniej więcej tak: wysiadamy, schody w dół (1 piętro) korytarz, kilkadziesiąt metrów holu jednego z wyjść, przejście obok dużej siaty na poziomie chodnika (13 jest kolejką nadziemną, a linia 2 metrem) korytarz na jakieś kilkaset metrów, schody do góry ruchome (!), korytarz i znów spacerek, schody w dół, (3 piętra, ja pierdolę) , spacerek, schody, już nie wiem czy w górę czy w dół, peron linii 2, Allah jest wielki! Teraz tylko decyzją w którą stronę jedziemy. Po drodze naturalnie jest kilometr barierek, które sprawiają, że trzeba sobie pochodzić 2 razy tyle niż gdyby ich nie było… Tak zwane chińskie poczucie humoru… Tytuł posta odnosi się do komunikatu, który wypowiadany jest przed stacją przesiadkową między liniami 1 i 2. Poza tym na wszystkich stacjach przesiadkowych. Brzmi trochę jak wierszyk dla dzieci – mam nadzieję, że kiedyś uda mi się go nagrać i zamieścić ;)

niedziela, 13 września 2009

Nie ma Boga, prócz Allaha, czyli please, don't kill the giaour...

Ja tutaj w otoczeniu mam, nie powiem, dość sporo chłopców i nawet czasem chińskie twarze wydają mi się przystojne, ale na moment bieżący jestem w fazie podziwu. Zwłaszcza względem pewnego Turka z mojej grupy, który w sali siedzi w miejscu bardzo nadającym się do moich obserwacji I ogólnie rzecz biorąc jest dużo narodu, dużo przystojnego narodu i dużo ładnych rosyjskich blondynek - na szczęście tych akurat nie w mojej grupie. Ale jakoś tak ciężko zebrać się i pogadać. Nie mam jakoś śmiałości, żeby wyciągać kogoś na obiad a nikt też nie proponuje. Powoli formują się jakieś narodowościowe podgrupki, ale nic z nich nie wynika dla mnie ciekawego.
W moim zasięgu wpływów jest przeklęcie dużo Francuzów. Głównie dlatego, że pierwszym i drugim moim współlokatorem byli właśnie Francuzi, stąd znam jakieś pół tuzina - głównie z widzenia, bo nie mam dobrej pamięci do imion.
W każdym razie pierwszą duszą, którą tu poznałem był Alexis (Alesi), który ma kantońskie korzenie i wobec tego wygląda jak pół-Chińczyk, ale jest malutki i słodki, i jak na Francuza przystało obchodzi najmniejsze kałuże i jako pierwszy uciekł z pierwszego śmierdzącego akademika. Być może zanadto utknąłem w stereotypach, ale dla przykładu wczoraj poznałem świetnie mówiącego po angielsku gościa, który ze stylu bycia zakrawał na lekko zarozumiałego bufona. I gdy okazało się, że to Niemiec moje stereotypy narodowościowe tylko się wzmogły.
No dobra - ale nastąpiła ucieczka do innego akademiku i trzeci współlokator - Mongoł, który siedzi tu już trzeci rok, i z którym porozumiewałem się za pomocą słownika i translatora. Był wzorowym współlokatorem, bo prawie nie bywał w akademiku - głównie pracował w jakiejś firmie i imprezował wracając nad ranem. Niestety tego chudziutkiego niepozornego i niemal delikatnego potomka Czyngis-Hana też wkrótce pożegnałem, bo wyprowadzał się do pokoju jednoosobowego jako, że chce mieć spokój do pisania pracy magisterskiej. Jego dobytek przenosiło dwóch innych, bardziej tęgich Mongołów, gdyż on sam załamałby się pod ogromem zgromadzonego dobytku.
No i zadomowiłem się w pokoiku, sam przez jakiś tydzień, aż wreszcie poznałem czwartego współlokatora. Gdy wróciłem owego dnia do pokoju zastałem wielką walizę z metką "Mohammad cośtam" - to było pierwsze kurde. Potem zauważyłem na półce kompas podpisany "showing direction to Al-Kaaba" i nie trzeba być religioznawcą, żeby wiedzieć, że chodzi o kierunek Mekki - drugie kurde. Ale jako pół-ślepy kret nie zauważyłem najważniejszej rzeczy - małego obrazka na najwyższej półce. Przedstawiał, no cóż, strzelam, ajatollaha Chomeiniego i jakiegoś innego gościa na tle flagi Iranu - to już nie było kurde, tylko pierwsze kurwa. No ale nic, wkrótce się poznaliśmy. On mówi słabo po angielsku, ale ma już za sobą licencjat z chińskiego, więc jest całkiem komunikatywny z tutejszymi ludzikami - ze mną, niestety albo na szczęście nie aż tak bardzo. Niemniej wydaje się starać być bardzo przyjacielskim. Gdy wieczorem nad łóżkiem na ścianie wychodzącej na Mekkę zawiesił flagę a potem - uwaga - przypiął zdjęcie prezydenta Iranu Ahmadinejada nie mogłem nie wypowiedzieć w myśli drugiego kurwa. Niestety modlitwa z pokłonami do ziemi nie wygląda aż tak spektakularnie jak się spodziewałem. Następnego dnia flaga znikła, gdyż sprzątaczki wyegzekwowały paragraf "nie kleimy po ścianach" - teraz wisi na półce obok Chomeiniego. No ale dwa kurde i dwa kurwa to trochę mało, więc pójdźmy dzień dalej. Otóż Mohammad kupuje komputer oraz ruter, by móc korzystać z połączenia internetowego (daruję sobie informatyczną żyłkę i nie będę tłumaczyć po co i na co), więc jako specjalista konfiguruję ten ruter, po chińsku. Może lepiej powiedzieć klikam i liczę, że będzie dobrze. No ale gdzie apogeum - nadchodzi! "So what password do you want" "Hamas (sic! sic! SSSSSIIIIIIIIICCCCC!!!!!!!!!!!!!!!)" "Ok" - błąd ruter wymaga hasła o co najmniej 8 znakach "So?" "Name of my president, Ahmadinejad (SIC!)" Kurtyna!

czwartek, 3 września 2009

Soł ju łona goł tu Czajna?

Ekhem Witojcie!
Wygląda na to, że wreszcie udało mi się zebrać na napisanie paru słów o moich pierwszych dniach pobytu wśród śmiesznego chińskiego narodu, z którym moja komunikacja na moment bieżący odbywa się za pomocą machania rękami, a w najlepszym przypadku kartki i długopisu.
No ale do rzeczy. Po jakże radosnym locie z paryskiego CDG na pokładzie Boeinga 777-300 ER w klasie ekonomicznej, gdzie generalnie była tylko ekonomia, a brakowało klasy i miejsca na cokolwiek, wylądowaliśmy z Sosem na pekińskim Capital Airport i, ku mojemu drobnemu zawodowi, nie było żadnych rewizji, psów uzbrojonych po zęby - jedynie wyjście z samolotu zostało opóźnione, żeby pani w maseczce mogła obejrzeć potencjalnych siewców wirusów i wydać zezwolenie na rozładunek, jeżeli nikt nie pluł krwią. Zresztą nie wiem, po prostu zgaduję, ale faktem jest, że ocena stanu zdrowia pasażerów miała tempo wizyty u lekarza finansowanego z NFZ 5 minut przed końcem jego dyżuru. Co więcej zakupiliśmy z Sosem po pół litra żubrówki na Okęciu i pomimo strasznego filmu Air France o chińskiej kontroli celnej (ku mojej rozpaczy) to my musieliśmy dopaść jakiegoś pana kontrolera, który miał wyraz twarzy jakby chciał przed nami uciec. I ja się pytam gdzie ta demonstracja siły?
Okazuje się, że nastąpiła szybko, bo już 2 dni później. Mieliśmy we troje (plus sempajka Eliza) zwiedzać Zakazane Miasto. Niestety metro na stacjach Tian'anmen Dong i Tian'anmen Xi zrobiło tylko wielkie hops a z głośników popłynął jakiś komunikat. Z domysłów, informacji, albo Bhuk wie czego wynikło, że Chińczycy robią swojemu wojsku ćwiczebną musztrę przed świętem 1 pażdziernika (Mao ogłasza republikę ludową w 1949, więc okrągła 60 się im szykuje) i z oglądania nici. No, ale kiedy kręcono "Ostatniego cesarza" odbywająca wizytę królowa Elżbieta II też nie mogła zobaczyć sławnego miasta, bo partia dała pierwszeństwo filmowi, więc można czuć się w całkiem doborowym, jak na europejskie warunki klubie "Ludzi, którzy nie zobaczyli Zakazanego Miasta, bo Chińczycy mieli tam ważniejsze rzeczy do zrobienia". Pojechaliśmy więc w Tianten, czyli Świątyni Niebios i też było całkiem fajnie. W Galerii zamieszczę wkrótce parę zdjęć z tamtego przesławnego miejsca.
Poza tym Chiny są rozkoszne, zwłaszcza dla tych, którzy umieją tylko liczyć błędnie do 20 i kupować pół kilo jabłek na bazarze :P
Jak znajdę wenę na coś mądrzejszego to może wkrótce napiszę. Zapewne stanie się to wkrótce, gdyż ciężko mi tutaj, nawet pomimo nadzwyczajnej (w mojej skali) otwartości, wyciągnąć kogoś na błąkanie się po Pekinie. Klątwa Air France trwa, gdyż spotykam głównie Francuzów. No pomijając Mongoła, z którym mieszkam w pokoju, ale o współlokatorach i pokojach to osobna bajka...