Nowy Świat

Nowy Świat

poniedziałek, 3 lutego 2014

Pamiętam, jak biegłem

"(...)
Wejdź przez okno, nie dzwoń,
nie bądź wybredna, jeszcze raz zdecyduj,
że ja."
Marcin Świetlicki "Pomóż"

Seweryn Krajewski – “Uciekaj moje serce”

Pamiętam jak biegłem ulicą H. przechodzącą w R. i dalej w A. Wiał bardzo zimny, wschodni wiatr, a ja z pośpiechu zapomniałem szalika i rękawiczek; wziąłem z wieszaka tylko czapkę i wcisnąłem ją do kieszeni kurtki. Z pobliskiego klubu, który mijałem po drodze, wyszło kilka znacząco wstawionych i chichoczących osób. One ubrane skąpo, oni z oczami rozbieganymi, wzrokiem utkwionym w ich piersiach i z rękami obłapiającymi pośladki.

Przyspieszyłem kroku i przebiegłem ulicę L. o tej porze zaskakująco pustą. Omijając wykopy, które podziurawiły cały Park T., brodziłem pomiędzy zaspami brudnego śniegu, które nie poddały się wczorajszej odwilży. Serce biło mi co raz szybciej, gdy mijałem ulicę F.R. Niektóre latarnie były zgaszone - najwidoczniej nawet w tak centralnym miejscu tego miasta brakowało pieniędzy na nowe żarówki.
Było już na tyle późno, że choć pomyślałem, iż warto byłoby kupić jakiś kwiat - nie wiem po co, przecież on nawet nie lubił kwiatów - nie było już żadnego miejsca, gdzie mógłbym jakiś dostać. “No nic to” - pomyślałem - prawie zawsze przychodziłem z pustymi rękoma, więc w takim momencie wydarcie jakiejś rośliny spod śniegu i z wnętrza szybko mijającego czasu wydawało się równie niepotrzebne co zbędne.
Zatrzymały mnie barierki na ulicy M. No tak, trzeba będzie je ominąć idąc przez skrzyżowanie - przecież z moją kondycją co najwyżej mogę na nich siąść okrakiem i już tak zostać aż rano pracownik zakładu utrzymania dróg przyjedzie jakąś pługo-solarką i – być może lekko zdumiony –pomoże mi się uwolnić. Przechodziłem przez to skrzyżowanie wiele razy jadąc do pracy, gdy pomieszkiwałem z nim w tej okolicy zanim wprowadził się ze mną. Skrzyżowanie, którego przez ostatnie tygodnie unikałem jak ognia. Tylko raz przesiadałem się tutaj i nawet wtedy czułem się niesamowicie nieswojo - co bym zrobił, gdybym spotkał wysiadającego go z tramwaju zanim bylibyśmy gotowi na kolejne spotkanie?
Jeszcze tylko sto metrów, zakręt i trzecia brama to będzie ta. Park T. i te barierki na M. dzieliły nas przez kilka ostatnich tygodni tak jak stanowią granicę dwóch dzielnic. Nie wiem, co skłoniło go, żeby zadzwonić i poprosić o spotkanie. Było mi wszystko jedno. Zapytałem tylko, czy mogę przyjść dziś wieczorem i czy poczeka, a gdy się zgodził ubrałem się w pośpiechu zostawiając włączony komputer. Na te kilka słów czekałem nie przespawszy dobrze ani jednej nocy w tym nowym roku.
Gdy stanąłem przed domofonem byłem już całkiem spocony. Cudownie, tego tylko brakowało mi w takim momencie. Trudno, nie będzie kwiatów, nawet długo czynny sklep obok, gdzie można było szukać jakieś substytutu prezentu, już od godziny był zamknięty. Będzie trzeba przeżyć spoconą świnię. Naturalizm zatryumfuje nad romantyzmem. Najwyższa pora już wyrosnąć z takich marzeń.
Wcisnąłem numer lokalu na domofonie, ale nie pamiętałem już kodu. Dwa sygnały później i pierwsza brama zabrzęczała. Kilka kroków, drugi domofon i to samo brzęczenie. Przełknąłem ślinę i zdałem sobie sprawę, że nie bardzo wiem, co powiedzieć. Nie przygotowałem się – ja? ja się nie przygotowałem? Chyba musiało mi się rzucić na mózg albo to już złowroga starość.
Starłem czapką pot z czoła, rozpiąłem kurtkę i zacząłem powoli wspinać się po schodach. Od biegu nasiliło się arytmiczne bicie serca, trochę brakowało mi powietrza. W głowie gonitwę myśli zastąpiła zupełna pustka. Może upadnę znowu na jedno kolano jak wtedy? Ale tak bez róży? Trzeba było zabrać choć tę uschłą, chociaż tę papierową. “Jeszcze szkoda, że nie ma błota - byłoby bardziej dramatycznie” - jakiś głos z niewiadomo którego kąta mojej głowy wtrącił to w strumień moich myśli.
Światło w przedsionku było włączone, bramka otwarta, a drzwi uchylone. Tak samo jak przez pierwsze trzy miesiące naszej znajomości, gdy wpadałem wieczorem po pracy. Wygląda to wszystko tak nierealnie. A przecież teraz chcę chyba tylko powiedzieć te dwa słowa, które powtarzały setki milionów Polaków przede mną, i wybuchnąć płaczem. Przecież chyba nie dam rady zrobić nic więcej. Przecież nie jest możliwe, by coś powstrzymało mnie przed całkowitym rozklejeniem się i poskładaniem tuż u jego stóp.
Światło w przedpokoju było zgaszone, ale z pokoju dochodził poblask lampki nocnej. Stał w uchylonych drzwiach ubrany w swój dziurawy t-shirt i ciemną, rozpinaną bluzę w kratkę. Oczy miał zaszklone, ręce trzymał przed sobą. Na mój widok niespokojnie opuścił wzrok do ziemi. Nie zdejmując butów wszedłem wprost w niego i wgniotłem go w futrynę, ale nie wydał żadnego dźwięku. Spokojnie ustąpił pola i opuścił ręce ku ziemi. Pocałowałem go mocno rękoma przyciągając jego twarz do swojej. Żywo odwzajemnił gest sięgając mojej twarzy. Czułem jak po naszych twarzach płyną łzy. Już nigdy więcej nie pozwolę sobie na taki błąd - myślałem sobie.
Przerwaliśmy nasz pocałunek i spojrzeliśmy na siebie. W ciemności nasze źrenice były szerokie, a w łzach odbijało się światło lampki.
- "Nigdy nie rób tego więcej, ja też już nigdy Cię nie skrzywdzę." - powiedziałem nadzwyczaj spokojnym i pewnym jak na taką chwilę głosem. Za oknem rozległ się warkot motocykla sunącego ulicą M.
"Jakże szybko życie przecieka mi przez palce, gdy nie zwracam na nie uwagi." - coś z podświadomości wtłoczyło mi te słowa do głowy. "Gdybym miał zatrzymać jedną rzecz, wybrałbym tę noc. Przepełniało ją niewielkie, ciche szczęście i nie było nam potrzeba niczego więcej." - przypomniałem sobie banalne słowa jednej z japońskich pisarek. Ale to nie życie, ale ten człowiek, który jest całym moim życiem. Może nie powinien być aż tak ważny, ale jest. Zrozumiałem, że muszę zrobić wszystko, aby nadal chciał ze mną być. Bo po co mi takie życie bez niego.














Brak komentarzy:

Prześlij komentarz