Z przykrością zamieszczam mój najgorszy post w historii – niestety nie stać mnie w chwili obecnej na nic więcej, a chcę zachować sobie, choć w tej formie, te kilka prostych rzeczy, które widziałem pewnego wieczoru w drodze do biblioteki.
Jest wieczór, ale bibliotekę zamykają dopiero o ósmej, więc jako średnio pilny uczeń biegnę do niej kwadrans przed zamknięciem z książką, której jeszcze nie przeczytałem, a którą dziś muszę dziś zwrócić. Zamykam pokój elektroniczną kartą i kieruję się w stronę windy. Nie mam innego wyboru – korzystanie ze schodów jest zabronione i ograniczone tylko do pracowników instytutu. Nam wolno korzystać z nich tylko w przypadku katastrof naturalnych. W przeciwnym razie wydobywa się z nich (przynajmniej czasami) sygnał alarmujący o naruszeniu bariery oddzielającej białych od żółtych.
Wysiadam z windy, która wygłasza za mną „Ue ni mairimasu”, i przechodzę przez elektroniczne bramki kontrolujące wchodzących przy użyciu elektronicznej karty. Tym razem wziąłem ze sobą właściwą kartę – ostatnio, gdy testowałem działanie karty kredytowej, omyłkowo przyłożonej do czytnika zamiast karty mieszkańca, rozległo się głośne piszczenie urządzenia alarmującego o próbie przejścia przez bramkę bez upoważnienia –wszystko powinno więc pójść gładko. Usiłuję cicho przemknąć obok uketsuke, ale niezmiennie słyszę gromkie „Kombanwa!” rozlegające się za moimi plecami. Wzdycham i odwracam się na pięcie, usiłuję się uśmiechnąć i ukłonić, ale nie bardzo mi to wychodzi, więc zmieszany znów się odwracam i kontynuuję mój bieg do biblioteki.
Główną część budynku mieszkalnego łączy z kolejnym, biurowo-edukacyjnym, kilkunastometrowy szklany korytarz, który w chwili obecnej oblany jest zewsząd mrokiem. Nie wiem, czy to nawiązanie do teatru noh, ale ten korytarz łączy imprezowy świat akademika z budynkami przeznaczonymi do bardziej szczytnych celów.
Pobyt w bibliotece zajmuje mi ze 2 minuty. Wracając nie muszę już biec, ale i tak idę korytarzem przyspieszonym krokiem. Zostało mi to chyba, bo pamiętnym lecie 2005 roku, kiedy biegałem po Krakowie poszukując mieszkania, przecinając miasto na kilka sposobów, ratując się spacerem po nieudanych próbach skorzystania z nieznanej mi jeszcze wówczas krakowskiej miejskiej komunikacji.
Karteczka z nowym terminem oddania książki rytmicznie łopocze przy każdym kroku. Spoglądam na podwórko-ogród instytutu, które pogrążone jest w ciemności. Tuż obok jest jakby sadzawka, a w zasadzie kawałek betonu, wyłożony kamykami i zalany wodą – taflę sadzawki przenikniętą światłem wydobywającym się ze skąpo oświetlonego korytarza marszczy wiatr wzbierający na sile już od południa. Przystaję na chwilę, by przyjrzeć się jak rozpoczynająca się burza wygina drzewa zanurzone w nocnej ciszy. Tu, gdzie stoję jest tak cicho i ciepło – tam zbiera się na solidną ulewę. Ten sam świat podzielony na dwa zwykłą kruchą ścianą ze szkła.
Zauważam, że w położonym niedaleko holu również pali się wątłe światło – cóż więc stoi na przeszkodzie, by w ramach zwiedzania zajrzeć i tam. Znów przechodzę do recepcji i próbuję uśmiechnąć się do siedzącego tam pana. Po mojej prawej stronie rząd zapalonych żarówek, po lewej czający się za szybą głęboki wieczór. Krok za krokiem przybliżam się do holu – powoli docierają do mnie dźwięki fortepianu. Oho! Czyżbyśmy mieli kogoś, kto potrafi obsługiwać to urządzenie?
Ukazuje mi się jednak obrazek jeszcze dziwniejszy niż się spodziewałem. Przy jednym z ustawionych tam stolików siedzą mój gruziński kolega z programu i sławetny pan Fujimura. Między nimi rozstawiona plansza do japońskich szachów – a zatem tutaj również rozgrywa się walka żywiołów. Płaszczyzna konfrontacji ma może nieco mniejszy rozmach, ale i tak jest wyrazista. Dwa metry za nimi, i owszem przy fortepianie, siedzi chińska koleżanka i coś pobrzękuje. Chopin to nie jest, ale dla mnie i tak brzmi ładnie. Gdybym był Rembrandtem, to pewnie namalowałbym z zachwytu to i owo – nie będąc nim, nie pozostaje mi nic innego jak pochłonąć oczami, przynajmniej tyle ile się da, ten nieoczekiwany widok, który zastałem, zanim rozpłynie się w czasie, gdy odwrócę się i znów ruszę do swojego pokoju. Nie, wydaje mi się to zbyt ładne, by tak po prostu odejść – siadam między ich stolikiem i fortepianem zastanawiając się, który z nich przeważa w obecnym zmaganiu na planszy gry.
Dopiero kilka niewprawnych brzdęknięć dochodzących do mnie zza pleców uświadamia mi, że ta scena jest zbyt prosta, by jakiś Rembrandt zmarnował dla niej czas, farby i płótno. To jedna z takich chwil, które kontempluje się w milczeniu, by wkrótce zamknąć oczy i odwrócić głowę, pozwalając tej chwili trwać w wyobraźni. Może jeszcze miesiąc, może dwa – i trudno będzie sobie przypomnieć, co było w tym widoku tak przyciągającego uwagę.
U nas nikt co prawda nie grał w go czy shogi, ale często do naszych balkonów docierała gra fortepianu, wędrując nad głowami ryugakuseiów mknących żwawo na obficie zakrapiane imprezy, a latem zmagając się z wrzaskiem cykad ^^. Warto przystanąć, masz rację :).
OdpowiedzUsuńAle zaskoczyłeś mnie tymi schodami nie dla studentów o.o Dziiwne o.o Ciekawe jakie jest tego wyjaśnienie... (jesli jest)
Myślę, że ta ulotna chwila byłaby idealnym tematem do haiku.
OdpowiedzUsuńO, ja mogę wymyślić kilka powodów dla osobnych schodów:
1) kiedyś (być może 15 lat temu, co za róznica, wypadek był) ktoś z nich spadł. Najpewniej wracając po pijaku z imprezy.
2) co prawda wypadku jeszcze nie było, ale ci nieobliczalni ryugakuseje mogą sobie zrobić krzywdę w każdej chwili, jeśli się ich nie powstrzyma syrenami.
3) prawcownicy choć na schodach chcą mieć pewność, że nie spotkają żadnego gajdzina - to daje im choć chwilę wytchnienia w ciągu dnia.
Do dziś pamiętam jak nasz pan opiekun Yamashita wskoczył w róg Uprzejmej Windy i zasłonił się soczkiem, kiedy nieoczekiwanie wsiedliśmy do niej czteroosobową grupą ;]
Słusznie prawisz, słusznie :) Na pewno ktoś znich kiedyś spadł :D
OdpowiedzUsuń52 years old Account Coordinator Kleon McFall, hailing from Cowansville enjoys watching movies like Melancholia and Knapping. Took a trip to Shark Bay and drives a Outlook. zobacz tutaj
OdpowiedzUsuń