Są dni wygłaszania przemówień i dni milczenia. Zbliżający się zimowy okres, zwłaszcza poprzedzający święta i początek nowego roku zawsze skłaniał mnie ku temu drugiemu. I znów jest ten czas, kiedy spoglądam smutnie w okno i pogrążony w różnych niespokojnych myślach gubię poczucie czasu. Przed oczami mojej wyobraźni przewija się tłum ludzi – ludzie, którzy są; ludzie, którzy odeszli; i wreszcie ludzie, którzy są, a tak jakby ich nie było. Trudno powiedzieć myślenie o których wprawia w największą tęsknotę.
Noc
(Sebastianowi)
Nabrzmiałymi wilgocią głazy
Po policzkach Księżyc orze
Widząc jak dzień w dzień
Troski swe przelewasz w grafit
To z oczu spływa szmaragdowy pot
To płynie łąk malachit
Dwa grube zeszyty wspomnień
To wszystko – jest człowiek
W cienkiej kreski niewyraźnym rycie
Biegną koślawe linie – dni kręte
Rozbijają się o słów bruk
Ginie czas za wskazówki zakrętem
Spojone światłem kosmyki cieni
Ukrywają swą barwę w przepychu
Chmury niczym szarość żwiru
Kłębiącej wspomnienia w oczu toni
Gdzie krew rozlana litrami
Zakurzonych szklanych pereł broni
Garściami chwytasz wzrok w ramiona
Siadają za Tobą kryształowe sny
Które nie mogą zasnąć z trwogi
Że w dnia soczystym tonie
Skąpią się w półmroku ciszy
One – poczęte w wiosny łonie
Taa... ostatnio mam wrażenie, że wokół mnie jest pełno ludzi, którzy są, a jakby ich nie było... I to chyba rzeczywiście najbardziej dotkliwe jest =_=. Znów stylistycznie bardzo mniem siem podoba wiersz i znów bym go widziała jako prozę, więc to chyba jakieś moje stałe skrzywienie ;)
OdpowiedzUsuńBardzo możliwe - w końcu granica między poezją a prozą jest bardzo umowna. Niemniej ja wówczas byłem po wpływem Herberta i jego dziwnej wersyfikacji przy zerowej liczbie rymów. Niezmiennie jednak podziwiam taką porządną poezję jaką pisał Baczyński: rymy, rytm, wersyfikacja, środki stylistyczne, metaforyka unikatowa dla w jego twórczości... Niestety mnie bardzo daleko do tego. A obecnie, staram się tu i ówdzie pisać ładną prozę, taką melancholijnie poetyczną. Wynik mierny, ale cały czas próbuję...
OdpowiedzUsuńTo zawsze lepiej, Krzysiu, niż siedzieć na dworcu kolejowym z butelką whisky owiniętą w pakowny papier i patrzeć na przejeżdżające pociągi. Nie dość, że głowa boli, to jeszcze przy tym zimnie można dostać zapalenia nerek.
OdpowiedzUsuńAleż się pustki zrobiły na tym blogu... :>
OdpowiedzUsuńTo z okazji urodzin. Zawsze urządzam sobie miesiąc depresji przed i po tej mojej ulubionej dacie.
OdpowiedzUsuń