Nowy Świat

Nowy Świat

czwartek, 23 lutego 2012

Kiss Me Goodbye

Tekst poniżej powstał w Krakowie jakieś pół roku temu, ale nie mając nic lepszego, a chcąc zaspokoić tłumy wielbicieli umieszczam go tutaj właśnie teraz. Chwila jest dość dobra: od 21. marca nie mam gdzie mieszkać ani za co żyć. Nie zostaje nic innego jak pseudofilozofować, zwłaszcza o odchodzeniu, póki jeszcze mam dostęp do Internetu.

---
Warsztat Pseudofilozofa – Problem nr 3, esej nr 2 - Kraków 12 września 2011r. – z późniejszymi poprawkami.

Po dłuższym namyśle, z dedykacją mojej jedynej szalonej M., która gdzieś mi się zapodziała…

===

"Wyprostowałem się i wyjrzałem przez okienko na ciemne chmury wiszące nad Morzem Północnym. Zastanawiałem się nad tym, co do tej pory utraciłem, nad straconym czasem, nad ludźmi, którzy umarli albo odeszli, nad myślami, które już nie wrócą."
Haruki Murakami "Norwegian Wood"

Marek Grechuta “Ocalić od zapomnienia”

Koty są naprawdę przydatne do filozoficznych rozważań. Siadają cicho na kolanach, zamykają oczy i zmuszają człowieka, by tkwił przez dłuższy czas w niewygodnej pozycji - uczą zarazem cierpliwości i wytrwałości.

Przypomina mi się mój poprzedni domowy kot (nie mój, a współlokatorki, który również z nią wyniósł się końcem czerwca tego roku). Była to zabawna, łobuziarska istotka o standardowym szarym zabarwieniu, ale z nutką pięknego rudego odcienia. Kotka ninja, która odbijając się od ścian potrafiła jakimś cudem zahaczyć nawet o sufit. O wszystkich rzeczach pomiędzy sufitem i podłogą nie wspominając. Kicia była jedyną lubianą przeze mnie współlokatorką w ostatnim roku i zarazem jedyną, która od czasu do czasu dotrzymywała mi towarzystwa. Z radością wyczekując dnia wyprowadzki współlokatorek, przy okazji niepokoiłem się, bo wiedziałem, że to wydarzenie poprzedzi dzień zniknięcia kota.

I tak też się stało. Nie było żadnej zapowiedzi - przecież prawie nie rozmawiałem z dziewczynami, więc nie spodziewałem się też, że ktoś pozwoli mi pożegnać się z kotem. Toteż jednego pięknego czerwcowego popołudnia usłyszałem jak kotek jest pakowany do klatki-nosidełka dla kotów i wyjeżdża. Już od kilkunastu dni patrzyłem ze smutkiem na kota i wiedziałem, że jego odejście wydarzy się dokładnie w taki sposób - nagle i bez fanfarów. Kota wyniesiono, a ja dziwnie smutny spoglądałem w okno - tak jak miał to w zwyczaju kot. Nie obserwowałem niczego, po prostu gapiłem się w przestrzeń, od czasu do czasu zmieniając punkt, w którym ogniskowało się moje spojrzenie. Robiłem jedyne co umiem robić w życiu - myślałem.

Dziś, znów myśląc, gdy przypominam sobie kota, trudno mi odróżnić to, co wydarzyło się naprawdę, od tego, co wydawało mi się, że widziałem reprezentowane bytem kota, i co mogło się wydarzyć, ale nie miało miejsca. Tak jest ze wszystkimi zdarzeniami z mojej przeszłości - zwłaszcza tymi, które dotyczą ludzi, których przy mnie już nie ma. Nieważne, czy byli to ludzie, którzy umarli, czy po prostu odeszli - z różnych przyczyn - ale definitywnie zakończyli swój udział w moim życiu. Patrzę przez pryzmat wspomnień i uczuć, i trudno mi odróżnić zdarzenia. Wszystkie są płowe, proporcjonalnie do czasu, jaki dzieli mnie od ostatniego spotkania z tymi ludźmi. Głosy są coraz bardziej ciche, a ich tembr zniekształcony, kolory blakną, a kształty wypaczają się. Czy ona miała chrypiący głos? Czy gdy on śmiał się to jego kąciki ust robiły taki dziwny grymas, który wyrył mi się w pamięci? A może to tylko ja - może to ciągłe odtwarzanie tego samego filmu sprawiło, że celuloidowa klisza powyginała się od ciepła emitowanego przez projektor, czyli namiętności z jaką zwykłem pogrążać się we wspomnieniach?

Zresztą czy to ważne? Nie, dzięki temu, że tych ludzi już przy mnie nie ma, wszystkie wspomnienia są moje i mogę je dobrowolnie pamiętać, mogę pozwalać czasowi je przeinaczać: zacierać złe wrażenia i potęgować to, co było najprzyjemniejsze - bez tych ludzi to, co mnie z nimi łączyło jest dużo silniejsze, bo tak naprawdę łączy mnie ze mną, a siła spajająca psychikę własnej osobowości potrafi być jedną z najsilniejszych sił, które na co dzień zwykło się ignorować. Najcenniejsze i najważniejsze jest (i będzie) to, co już utraciłem. Najlepiej będę wspominać i najmocniej kochać tych, którzy ode mnie odeszli. Do tych, którzy są przy mnie nie jest mi spieszno - przecież chyba zawsze (ha!) przy mnie będą. Nie potrafię przewidzieć momentu, w którym odejdą. Jeśli stanie się to nagle, w chwili, kiedy najbardziej ich kochałem, nie zdając sobie z tego sprawy, to poczucie braku, które mnie przygniecie, dopiero swoim ciężarem uzmysłowi mi to, co mnie z nimi łączyło. To smutne, ale nie umiem naprawdę docenić ludzi, którzy są tu, w zasięgu ręki. Gdy mam ich na wyciągnięcie dłoni często ignoruję to, że za chwilę może ich przy mnie nie być. I tak musi zostać. Gdybym musiał każdego kochać z taką siłą, jak gdyby wkrótce miało go zabraknąć, to musiałbym wciąż na nowo wzbudzać w sobie wrażenie, że jego czy jej za jakiś czas już przy mnie nie będzie, a to zupełnie wypaczałoby moje spojrzenie na te osoby i diametralnie zmieniało mój stosunek do nich, tym samym uniemożliwiając kontakty z nimi, psując relacje. Może ludzi należy kochać mocno, ale nigdy za mocno? Nie wiem przecież jeszcze (czy kiedyś się dowiem?), czy miłość się kończy, a więc nie mogę sobie pozwolić na możliwość, by przedwcześnie ją wyczerpać. Wiem już przecież, że można kochać za mocno.

Zaś wszyscy ci, którzy odeszli są świadectwem. Dowodem na to, co było między mną a nimi, i na to, że kochać umiałem albo przynajmniej się tego uczyłem albo przynajmniej starałem się uczyć albo przynajmniej wydawało mi się, że się starałem. (Ale czy są dowodem prawdziwym czy tylko wyimaginowanym?) Niestety jestem zarówno instancją przechowującą i dostarczającą dowód do oceny, a jednocześnie to ja zarządzam standardami prawdziwości dowodu i zgodnie z nimi wydaję sąd. To, co się zdarzyło jest już poza mocą tych, którzy odeszli, ale i oni mają nade mną pewną władzę - są pewne zdarzenia, których nigdy nie wymażę, zdarzenia, które na zawsze zostaną w ich posiadaniu. Mogę wspominać ich dowolnie - zazwyczaj lepiej niż powinienem - ale istotą jest to, że kogoś wspominam, to dlatego, że ten czy ta ktoś był dla mnie ważny. Zapewne niedostatkiem mojej osoby jest to, że nie umiem odpowiednio docenić tych, którzy przy mnie są (dokładniej pokazać, że ich doceniam), ale to problem do rozważenia w przyszłości. Będzie to problem człowieka, który tkwi w przeszłości i odkłada całą teraźniejszość do przemyślenia w bliżej nieokreślonej przyszłości - zaspokajając się pozornie spójnymi tekstami o nieco lirycznym brzmieniu.

Samo odchodzenie okazuje się być w życiu niezbędne - ludzie muszą odchodzić i muszą pojawiać się inni. Tylko naprawdę niewielka garstka będzie przy mnie przez większe fragmenty mojego życia. Będą wchodzić w niektórych scenach a znikać w innych. Ci, którzy wydawali się być bratnimi duszami zejdą ze sceny nagle i w popłochu, a niektórzy z tych, co nic nie znaczyli, urosną w swoim czasie, przez swój czas i dla swojego czasu - w jednostki niezastąpione, które też kiedyś przeminą - ale zasłonięte tymże czasem będą trwać w moich wspomnieniach aż do momentu, w którym przestanę umieć wspominać - czy to z ostatnim tchnieniem czy ostatnią rozpadającą mielinową osłonką neuronu.

Naprawdę ważne jest tylko to, co człowiek utraci - to właśnie bowiem konstytuuje system wartości, od tego wywodzi się uczucie braku, z którym porównywane jest wszystko nowe. Bez rozczarowań niemożliwe byłyby zauroczenia, bez gniewu nie istniałaby miłość - dokładnie tak jak u Sartre'a byt może być rozumiany tylko w obliczu nicości; gdyby nie było jej, nie byłoby (!) i bytu. Tym samym właściwą wartość możemy nadać dopiero temu, co raz mieliśmy, ale zaprzepaściliśmy - człowiek ma niemiłą cechą niedoceniania tego, co znajduje się w jego posiadaniu. Dopiero, gdy czegoś pragnie, czegoś co utracił, jest w stanie włożyć wiele wysiłku, by to coś odzyskać. Bez świadomości o wielkości braku nie dałoby się ocenić ogromu konieczności zmuszającej do powrotu do status quo stanu posiadania. Bez wielkiej rozpaczy nie można przygotować się na wielkie szczęście i jedynie prawdziwie szczęśliwi ludzie są w stanie kiedykolwiek odkryć głębię tragedii życia. A przynajmniej tak, jako człowiek żyjący we własnoręcznie skonstruowanej (w dużej części) tragedii, po części wyimaginowanej i wyolbrzymionej, powtarzam sobie do znudzenia, w nadziei, że w to uwierzę. Nawet nie wiem, po co chcę wierzyć akurat w to. Może dlatego, że jestem leniwy, a może dlatego, że trudno nie wierzyć w nic.

2 komentarze:

  1. Dzięki za tekst, idealnie się wpasował w moją sytuację z ludźmi ostatnimi czasy, którzy to ludzie (przynajmniej ci, których uważałam za bliskich lub dość bliskich) w zdecydowanej poodchodzili ode mnie, zostawiając mnie z koniecznością ułożenia sobie na nowo mojego stosunku do nich i do ludzi w ogólności. Myślę, że warto pójść ścieżką zasugerowaną przez Ciebie i potraktować to jako okazję do większego doceniania kolejnych ludzi, zamiast zniechęcania się i okazję do cieszenia się dobrymi wspomnieniami... Myślę, że na pewno warto też wykorzystać ten okres do zahartowania się do samowystarczalności emocjonalnej, nierównoznacznej bynajmniej z izolacją, bo takowa samowystarczalność to niestety skarb w dzisiejszym świecie... nad czym pracuję z bólem :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Podobno samowystarczalność emocjonalna jest warunkiem osiągnięcia szczęścia. Ale sam muszę przyznać, że dla zwykłej codziennej równowagi niezmiernie by się przydała. Podejrzewam, że Problem nr 3 będzie miał jeszcze swoją kontynuację...

    OdpowiedzUsuń