Nowa metoda – podzielić jeden esej na dwa i udawać, że zwiększyła się liczba postów. Tylko taki geniusz jak mój mógł wpaść na coś równie genialnego. Nieważne. Tym razem o pięknie.
---
Warsztat pseudofilozofa - Problem nr 8 (Esej 2. Część pierwsza.)
あなたの唇に近づいてしまった
あと1ミルにある飽和への入り口
Lily Chou-Chou "Houwa"
I
Gaszę w pokoju górne światło i włączam lampkę. Zimne i odległe światło świetlówki zastępują nieco cieplejsze promienie zwykłej żarówki. Powoli nalewam do kieliszka czerwonego słodkiego wermutu - patrzę na tę czynność zupełnie spokojnie, nawet nie jestem przekonany, że to ta sama osoba nalewa alkohol i ta sama patrzy. Jeszcze inna chyba będzie go pić.
To ma być wena, która popłynie moimi żyłami. Że alkoholizm? Ależ proszę, alkoholik za ojca sprawia, że jestem przekreślony zarówno przez psychologów jak i genetyków. Przynajmniej nie będę miał rodziny - będę co najwyżej wkurzał ludzi pod monopolowym prosząc o złotówkę (albo euro) na bułkę lub papierosa. Dziś jest mi to zupełnie obojętne. Ten płyn przelewający się z butelki do kieliszka - choć obiektywnie zimny - i tak jest cieplejszy niż moja krew. Na kolanach wprawdzie siada mi kot, ale wątpliwe, by był w stanie ogrzać mnie tak mocno, by jego ciepło trafiło do mojej duszy. Przypomina mi co najwyżej jakim cudownym zmysłem jest dotyk - jak jeden ruch dłoni po jakimś przedmiocie potrafi tyle powiedzieć o temperaturze, kształcie i fakturze przedmiotu. Chyba lepiej będzie jak po prostu napiję się i pogłaszczę kota - przecież i tak nie zapowiada się, bym coś mądrego napisał. Jeszcze jedna elukubracja pisana tą samą manierą.
Może by się wreszcie wziąć za tego Arystotelesa? Nie, przecież nie skończyłem jeszcze z "Obroną Sokratesa" - nie mogę zdzierżyć tłumacza. W jego słowach przebija styl z przełomu wieków i te jakieś sto lat czasu tworzy między nami dystans nie do pokonania. Zastanawiam się, czy oryginał jest wobec tego proporcjonalnie bardziej tragiczny. To smutne, że tak niedługi okres tak mocno rzutuje na mój odbiór tego tłumaczenia. Tłumacz przecież najprawdopodobniej starał się jak najciekawiej oddać słowa Platona - takie przecież były czasy: ludzie tłumaczyli z zamiłowania, a nie dla pieniędzy (a przynajmniej nie tylko), i nikt normalny nie rzucałby się na starożytną grekę bez przekonania do tego, co przyjdzie mu przekładać, skoro czynił to dla dobra nauki i sławy własnego imienia, a nie by zapełnić garnek (to być może tylko przy okazji) swoim dzieciom.
Wychylam kieliszek. Czuję jak przepływa przeze mnie odrobina ciepła - ona również nie dotrze do mojej duszy. Skąd w ogóle ten pomysł, żeby ją ogrzać? Niektóre rzeczy przecież powinny pozostać zimne i niewzruszone. Jeszcze raz rzucam okiem na okładkę woluminu z "Dialogami platońskimi".
"Exegi monumentum" - przychodzi mi do głowy z zupełnie innej bajki. Stąd to, jak to, po co to? Alkohol ledwie spłynął do żołądka - jeszcze za wcześnie na bachiczną wenę. Szukam czegoś więcej. Pamiętam tylko, że "trwalszy niż ze spiżu". Jest.
"Exegi monumentum aere perennius,
regalique situ pyramidum altius,
quod non imber edax, non Aquilo impotens
possit diruere aut innumerabilis
annorum series et fuga temporum.
Non omnis moriar, multaque pars mei
vitabit Libitinam."
- Horacy, Horacy. Oda. Doprawdy? A ja tu nie mogę znaleźć ani krztyny dobrego słowa dla bratniej duszy, miłośnika Platona sprzed ledwie jednego wieku. Cóż jest warty jego pomnik? Na cóż jego starania, jego daremny trud - w końcu jak wiele znajdzie się dziś osób, które docenią jego pracę? Ja naprawdę nie umiem tego zrobić, chociaż bardzo bym chciał.
Nic nie trwa wiecznie - nawet sztuka się dezaktualizuje! (A co dopiero jakiś tłumacz z martwego języka.) To, cokolwiek zrobię, napiszę i powiem, wcześniej czy później będzie tylko jednym z nic nie znaczących głosów z przeszłości. Co nawet z tego, jeśli taki głos wisi w muzeum podpisany hasłem "arcydzieło" - czy jest przez to aby cokolwiek ważniejszy? Owszem, głos ten jest silniejszy i szeroko rozpoznawany, ale niewiele jest osób, które są w stanie powiedzieć co ten głos mówi, za czym stoi, do czego zachęca. Śmierć łączy w jedno wszystkie głosy - miesza szaleńców i geniuszy z idiotami i normalnymi ludźmi - wszyscy są równi i wszyscy tak mało ważni. Jakkolwiek Ci najwspanialsi nie zostaliby podpisani przez kolejne pokolenia i umieszczeni na bramach czy wystawach - są tylko symbolem czegoś, co było, a dziś jest już tylko marnym cieniem samego siebie. Wraz ze śmiercią człowieka umiera idea, choć mówi się, że jest inaczej. Ale to, co pozostaje po śmierci wizjonera jest już tylko wypaczaniem jego myśli: "artysta chciał przedstawić, filozof wskazuje tutaj" - czy można być dalej prawdy niż powołując się na umarłych i przypisując sobie umiejętność czytania ich woli zawartej w obrazach, tekstach i czynach, które przeminęły?
Kieliszek jest pusty, a po ściankach ściekają pojedyncze krople wermutu - wena w płynie właśnie się skończyła. Być może dopiero teraz zaczyna szarżować przez tętnice i żyły, ale tego już nie widać - gdy czegoś nie widać, to równie dobrze mogłoby tego nie być. (Ale Bóg patrzy, prawda, Johnie Locke'u?)
cdn.
Łiii, jeszcze jedna elukubracja pisana tą samą manierą, łiii! (piski radości mało intelektualne)
OdpowiedzUsuńSłusznie zauważasz, że po śmierci nasze idee, wizje czy obrazy naszej osoby, nawet jeśli przetrwają i namnażają się drogą mentalną w umysłach innych, to mutują i ewoluują w postaci nijak mające się do pierwotnych. Ale nie tylko po śmierci. Przed śmiercią też. W każdym momencie. Nawet jeśli przedstawiasz swoje dzieło/idee/poglądy wyraźnie i prosto jak obrysy szwedzkich mebli, to i tak ludzie mogą (i będą) widzieć i słyszeć nie do końca to, co mówisz (albo i w ogóle coś innego). Ale wiesz, nie znaczy to, że nie zrodzi się z tego coś dobrego. Nawet jeśli ktoś Cię pojmie inaczej niż jesteś, to może dostrzeże własnie to, czego nie widzisz. Jeśli ktoś przeinaczy Twoje dzieło, to może właśnie to go doprowadzi do czegoś dobrego w życiu. A jak nie jego, to kogoś innego. Może do Ciebie nie trafia tłumaczenie "Obrony", a komuś innemu zmieni życie, kto wie.
No wiem, przykro mi, ale to wszystko z jednego cyklu, więc pisane na tę samą nutę. Pewnie powoli już się nudzi, ale jeśli się przyjrzysz, to zauważysz, że dopiero przyglądam się problemom nr 3 i 8, więc jeszcze sporo taki wynaturzonych tekstów zostało mi do napisania. Jak los pozwoli, to w którymś momencie przerwę, gdy liczba czytelników spadnie do zera, ale mam też nadzieję dla urozmaicenia publikować też stare wiersze i krótkie posty na temat obejrzanych filmów. Wszystko oczywiście, jeśli tylko czasu wystarczy. Poza tym kolega powiedział mi dzisiaj, że nie czyta, bo posty są za długie i aż mi się smutno zrobiło. A mi się zawsze wydawało, że zbyt zwięźle piszę i do pstrokatego wyrażania się a la Nietzsche jeszcze jest mi daleko.
OdpowiedzUsuń>>Może do Ciebie nie trafia tłumaczenie "Obrony", a komuś innemu zmieni życie, kto wie.
Twoja obserwacja jest bardzo ciekawa. Ja natomiast tu strasznie egoistycznie ględziłem tylko o sobie (i jeszcze druga część w zanadrzu) i pominąłem istotny punkt widzenia. Nad "moimi dziełami" zaś zastanawiać się jeszcze mam zamiar - a będzie to proste rozwinięcie jednego z poglądów egzystencjalizm Kierkegaarda (a jeśli kogoś wcześniej przed nim, to moja wiedza już tam nie sięga): X jest X-em dla mnie i tylko dla mnie, tego X-a przeżywam sam i nikt nie zrozumie, czym ten X dla mnie naprawdę jest. Swoją drogą - czytałaś może jego "Journals" (ja w wersji angielskiej)?
Meh, mi się nie nudzi, to był autentyczny entuzjazm :) (zwłaszcza, że w większości wypadków wolę prozę, nawet najbardziej kwiecistą, od poezji, a filmów praktycznie nie oglądam).
OdpowiedzUsuńDobrze, że Bruno Schulz się nie przejmował opiniami kolegów, bo by nie napisał "Sklepów cynamonowych" taką prozą, jaką je napisał.
Niestety, nie przeceniaj mojej papierowej pożywki intelektualnej, rzadko czytam dzieła filozofów, częściej już jakieś ogólne opracowania dotyczące historii filozofii (z których zresztą zazwyczaj niestety nic nie pamiętam. Moja pamięć mnie bardzo frustruje. Uwielbiam tę jakże częstą u mnie świadomość, że czytałam daną rzecz i równocześnie kompletnie nic z niej nie pamiętam, poza faktem, że bardzo mi trafiła do gustu :/). Niemniej nie wątpię, że nie ja pierwsza wpadłam na to, że X nigdy nie będzie tym samym X-em dla kogoś innego, hehe.
Bruno Schulz - przyznam się, że nie czytałem nic. Było tuż przed maturą, gdy miała przyjść na niego pora, a kułem na matematykę. Rozumiem, że polecasz, i że trzeba czym prędzej mi przeczytać. Tylko ostatnio ja tak mało czytam. Ktoś powinien mi zabierać komputer po 22 i dać książkę do czytania do 24, a później luli. Sam nie umiem się dobrze kontrolować.
OdpowiedzUsuńZ tym czytaniem historii filozofii i zapominaniem wszystkiego powiem jedno - gimme high five! ;)
Znam ten ból nieczytania. Odkąd zainteresowałam się grami w liceum przestałam pochłaniać książki jak w podstawówce (choć wciąż przyzwoite ilości czytałam), a jak już poszłam na studia (połączone z dorywczą pracą), tak moje czytanie dla rozrywki spadło do dramatycznej liczby raptem kilku książek na rok. Niestety. Ale しょうがない. Doba ma tylko 24 godziny i trudno w niej zmieścić naukę, pracę, codzienne czynności i wszystkie naraz zainteresowania, eh.
OdpowiedzUsuńYep, high six! :D Ostatnio za Chiny nie mogłam sobie przypomnieć, o czym były książki Tokarczuk, choć kilka z nich czytałam i wiem, że któreś mi przypadły do gustu. No ale od czego recenzje, hehe.