“There's a club, if you'd like to go
You could meet someone who really loves you
So you go, and you stand on your own
And you leave on your own
And you go home
And you cry
And you want to die”
Już jakiś czas temu poseł Węgrzyn uraczył świat słowami: „Z gejami to dajmy sobie spokój, ale z lesbijkami, to chętnie bym popatrzył”. Trudno odmówić mu pewnej racji – w panującym systemie estetycznym naszego społeczeństwa (a może żadnego systemu nie ma, a tylko go sobie ubzdurałem, ale wytrwajcie proszę ze mną kilka minut przy tym założeniu) oczywistym jest, że najsłuszniejsza rodzina składa się z kobiety i mężczyzny, którą łączą się ze sobą na kilka lub więcej lat i płodzą śliczne dzieci równo dziedziczące z ich genotypu. Przy tym, jeśli zamiast mężczyzny wstawimy drugą kobietę i otrzymamy parę homogeniczną dwóch niewiast, to możemy ją rozważyć w dwóch kategoriach.
Pierwsza, statystycznie bardziej prawdopodobna, to erotyczne marzenie zdrowo rozwiniętego heteroseksualnego mężczyzny, który chętnie wcisnąłby się w między dwie takie kobiety, a nawet jeśli nie byłoby to możliwe, to chętnie popatrzyłby na takie zjawisko. Sam przyznaję, że jest to estetycznie gratyfikujące doznanie – dwie nagie kobiety baraszkujące razem. Nie odmawiam zatem panu posłowi części jego racji – ciało kobiet przez większość świata uznawane było od dawna za piękniejsze i choćbym chciał (a nie mam zamiaru czy nawet chęci) nie podważę panujących standardów. Nie czuję zresztą potrzeby – ciało ludzkie wydaje mi się zasadniczo tworem pociągającym (abstrahując i wyprzedzając jednocześnie komentarze o seksie grubasów, ludzi brzydkich, czy kto co tam uzna za jemu/jej nie pasujące – nie wnoszę tu jednak, że grubasy muszą być odpychające), by nie musieć się wzdrygać na jego widok, niezależnie od płci ciała, jeśli nie jest mi ono narzucone w sposób mi uwłaczający. Innymi słowy, czy pójdę na film, na którym widać cienie dwóch mężczyzn na tle namiotu, uprawiających seks analny (vide „Brokeback Mountain”), dwie nagie kobiety przytulające się do siebie („Mulholand Drive” – gorąco polecam), czy standardowy film hollywodzki z przyzwoitą 20-sekundową sceną łóżkową, to nie będę wymiotował, nawet jeśli w danej chwili jadłem. Może to brak pruderii, ale dla mnie to po prostu coś oczywistego – dwoje ludzi (jakiejkolwiek płci, z trudności tematu pomijam milczeniem tzw. kazirodztwo) okazuje sobie miłość i nie mam na temat takiej sceny żadnych głębszych myśli. Oczywistość tego faktu nie skłania mnie do zastanowień głębszych niż nad samą fabułą filmu.
Naturalnie w rzeczywistym świecie nie jestem fanem obściskujących i obcałowujących się publicznie (zazwyczaj heteroseksualnych) par, ale to głównie dlatego, że sam nie mam warunków pozwalających mi na podobne zachowanie – to przede wszystkim czysta zazdrość, a nie poczucie, że takie zachowanie jest nieprzyzwoite. Nie oznacza to również, że wyczekuję z radością par kopulujących w dziennym świetle na Plantach – powiedzmy, że tu już wytyczyłbym granicę prywatności pewnych zachowań psychofizjologicznych. No ale zbyt daleką już robię dygresję.
Druga, statystycznie mniej prawdopodobna, a jednak częściej w rzeczywistości spotykana para to dwie lesbijki, które stanowią parę w prognostycznym rozumieniu związku. Obecność mężczyzny naprawdę nie jest im potrzebna. No chyba, że to para naprawdę przygodowa i rozważamy zachowania rozrywkowe – ja jednak chciałbym skupić się tylko na tych zachowaniach par, które wiążą się z monogamią i domniemanym związkiem na czas dłuższy niż jedna noc (chociaż wówczas fuck buddies nadal included). Takie lesbijki mają szczęście – są marzeniem prawie połowy populacji ludzkiej, a na dodatek mają dużo wyższy współczynnik społecznej akceptacji i dużo chętniej powierzylibyśmy im opiekę nad dzieckiem. (Dlaczego heteroseksualna para ćpunów ma prawo do potomstwa i jest to bardziej akceptowalne niż dwie przyzwoicie prowadzące się lesbijki trudno powiedzieć – to temat na osobne wspomnienie.)
A dwóch gejów? No cóż, „dajmy sobie spokój”? Dwóch mężczyzn – wszyscy wiedzą – mało przyjemny widok. Jak wiemy jestem mało pruderyjny, więc opiszę to też mało oględnie – różne otwory ciała i różne części ciała, które można tam włożyć. Ale to jest be: penis w kobiecych ustach wygląda dużo ładniej – mamy na niego osobne działy w pornografii. Penis w ustach mężczyzny to zupełne bezeceństwo, sposób by doprowadzić drużynę bokserską do niekontrolowanych wymiotów (temat tej czynności fizjologicznej przejawiać się będzie w dalszej części wywodu). O stosunku analnym nie wspomnę.
Poseł posłem, ale dziś od swojej koleżanki (przyznam, niech będzie, że branżowej) usłyszałem, że dwóch gejów to nie jest estetyczny widok. A zatem? Skoro nie jest estetyczny to nie powinien być akceptowany? Dwóch mężczyzn pragnących doznać ze sobą fizycznej rozkoszy powinno siedzieć cicho w domu i broń Boże, Buddo, Allahu, Amaterasu, by pokazywali się całując na widoku publicznym, a nie daj Boże, Buddo, Allahu, Amaterasu pokazywali się w łóżkowych scenach w filmach bez wyraźnego ostrzeżenia na samym początku filmu? A nawet jeśli będą to sale kinowe, to powinny być zaopatrzone w papierowe torebki na wymiociny opróżniane interea, jeśli scen będzie więcej niż jedna?
Jak powiedziałem wyżej nie jest to zarzut – sam przyznaję, że opcja estetyczna w naszej kulturze jest taka, a nie inna; że przyzwyczajeni jesteśmy do tego i nie innego, i bynajmniej nie postuluję, by na wspomnianych już Plantach ustawić podia, na których nadzy geje będę tańczyć go go na rurze, ku uciesze ludu.
Dzisiejszego dnia zasmuciło mnie to, że żyję w wirtualnym świecie, w którym sam jedynie (albo grupie ludzi z marginesu na miarę błędu statystycznego albo nawet mniej) toleruję dowolne, wyżej zdefiniowane, monogamiczne związki i gdy film rzuca we mnie dwoma nagimi kobietami, nagimi mężczyznami, nagą heteroseksualną parą - to nie komentuję tego, nie wymiotuję, nie oburzam się, ale toleruję, ba, nawet akceptuję i podoba mi się to. Dwie osoby okazują sobie miłość i mam na to kurwa ochotę popatrzeć, jeśli jest część filmu, w którym dzieje się coś głębszego niż tylko akt fizycznego spółkowania.
Jest to smutne odkrycie, ale chyba jednak bardziej boli, że jakoś udawałem przed sobą naiwnie, że brać LGBTQ w dużej części czuje podobnie – że powinniśmy być dumni z tego kim jesteśmy, i to że nie oburzamy się na widok heteroseksualnych par jest oczywiste, i że nie oburzamy się na wzajemne zachowania seksualne też jest czymś oczywistym. I tu znów pokonała mnie semantyka słów tolerancja i akceptacja. I pokonała mnie też naiwność – moje przekonanie, że opresja środowiskowa (lub jak kto woli jedyne słuszne relacje zdrowego społeczeństwa nastawionego na prokreację i rozwój) łączy ludzi we wspólnej sprawie. Mylnie wydawało mi się, że dzielimy wspólny sen o tym, że za kilkaset lat - jeśli nie nastąpi koniec świata zgodnie z proroctwem Inków/Majów/Azteków (bo takie różne kalendarze mają to wróżyć) lub nuklearna zagłada („Jeśli nie rozjadą nas czołgi” by Happysad) albo też koniec kapitalizmu związany z wyczerpaniem zasobów ropy naftowej – to osoba idąca do kina nie będzie dumać, czy pójść, bo film jest o gejach, więc a nuż będą pieprzyć się na ekranie i trzeba będzie wyjść pełnym dystyngowanego oburzenia, lecz spokojnie spojrzy na cokolwiek tam będzie podane – czy to para homo, hetero, czy co tam jeszcze czas wymyśli – i spokojnie obejrzy film i oceni go po wartościach „nowej” estetyki. Za to, czy przekazane uczucia i emocje były poruszające, a kunszt pracujących nad filmem niespotykany, a nie pod kątem tego, czy zarost wokół ust jest estetyczny czy nie.
Tak, wiem, rozmarzyłem się. Świata, w którym pieprzący się mężczyźni są estetyczni i nie muszą ze wstydu zdychać ukryci pod swoimi kołdrami nie ma. Odruch wymiotny jest zjawiskiem fizjologicznym, nie pomoże nań edukacja, zmiana poglądów, nowe standardy życia i postrzegania odmienności. Facet przebrany za kobietę i głoszący, że jest trans, mnie nie bawi. Nie jestem w stu procentach tolerancyjny i coś we mnie zdaje się odmawiać takiemu zachowaniu słuszności, choć świadomy jestem tego, że by domagać się tolerancji dla siebie, muszę też pamiętać o nim. Bo on nie jest błędem Boga, Buddy, Allaha, Amaterasu i ode mnie należy mu się zrozumienie, ba, należy się akceptacja, bo on, najprawdopodobniej na samym dole łańcucha pokarmowego, żyje w nadziei, że jego szpilki i szminka kiedyś zostaną zaakceptowane, że nie będzie musiał tylko bawić się na swoich paradach i mieszkać w San Francisco, by mieć pewność, że nikt mu nie wpieprzy w jakiejś ciemnej uliczce. Tak, należy mu się moja pamięć i solidarność – bo jeśli nie będę umiał wywalczyć akceptacji dla niego, to i nie wart jestem akceptacji dla siebie. (Choć z drugiej strony, czy mogę mieć pewność, że dwóch pedałów jest lepiej postrzeganych niż gość, który chce przebrać się za kobietę i dopiero wtedy odbywać stosunek homoseksualny?)
A dla siebie chciałbym wiedzieć, że nie muszę chować się po klubach i zakamarkach nocy, ukrywać przed światłem dnia w obawie, że jestem nieestetyczny i mogę wzbudzać negatywne emocje, bo nie pasuję do stereotypu, bo nie przedłużam gatunku, bo fakt posiadania penisa sprawia, że jestem mało wiarygodnym ojcem zastępczym, że pedał i pedofil dzielą wspólne półtorej sylaby, że chciałbym wsadzić coś tam, gdzie nie powinienem, że godzę się na więcej niż byłoby przyzwoitym się godzić.
To za dużo wyobraźni, za mało rzeczywistości, za dużo adolescencji, za mało dorosłości, za dużo marzeń, za mało faktów. Liczby mówią więcej niż słowa, przekleństwa więcej niż wiersze, groźby mają większa moc niż obietnice, a sny nie są tyle warte ile najdrobniejszy bilon. Mężczyźni hetero zawsze będą zwracać treść żołądka na widok prącia w otoczeniu przez nich nie zaakceptowanym. Nieznane nie jest akceptowane, a nawet tolerowane, chociażby miało służyć temu samemu celowi, co te rzeczy, które znane są na co dzień (cytowaną na początku piosenkę naprawdę polecam wysłuchać, jeśli nie żal Czytelnikowi czasu).
I po co ta walka? Po co w ogóle publicznie (lub na wpół publicznie) twierdzić, że może być inne rozwiązanie? Już Księga Rodzaju (a nie Wyjścia, jak mylnie twierdziłem) rozporządza kiedy penis wyjąć należy z pochwy, i że nie wolno marnować nasienia, więc dlaczego w ogóle wznoszę jakiś rwetes? Rozmarzyłem się, drogi Czytelniku, rozmarzyłem się. Już odkąd pamiętam byłem Marzycielem. Nawet koleżanka, która znała mnie kilka miesięcy, była w stanie, przy pomocy słownika, stworzyć frazę, którą do dziś posługuję się jako mój pseudonim.
Ja, drogi Czytelniku, cały czas marzę. Widzę wizje świata, gdzie nikogo nie obchodzi co i gdzie chcesz wsadzić, by nazwać to estetycznym, gdzie równość jest aż nazbyt bolesna, gdzie fleksja przestaje urągać feministkom, a sędziowie nie skazują osób deklarujących do oclenia swój geniusz na 2 lata więzienia i ciężkich robót.
Korzystając z przyczynku tej niezobowiązującej rozmowy, która miała miejsce na wspomnianych już dwukrotnie, w różnym kontekście, krakowskich Plantach, pragnę wyrazić swój skromny sprzeciw. Jestem człowiekiem i pragnę tego samego, co wszyscy ludzie. Nie chcę być mniej estetyczny niż reszta świata, nawet jeśli uznaję, że to, kim jestem, nie jest naturalnym biegiem materii wszechrzeczy (choć osobiście chciałbym, by taka opcja była równouprawniona). Chcę, by ten tekst świadczył o miernej determinacji, z którą protestuję przeciwko tolerancji, która zamyka mnie w estetycznym pudełku mieszkania. Bo jeśli mam już w nim siedzieć zamknięty ze swoim brakiem estetyki w domu i cieszyć się, że świat mnie toleruje, to chyba jednak wolę pałowanie. (Oczywiście, gdy będą pałować z powodu bólu będę wolał, że chcę tę pierwszą opcję.)
Choć ja uznaję seksualność za sferę wolną i otwartą, to przede mną byli ludzie, którzy nawet zza grobu chcą mnie ograniczać („Up to a felony charge can be levied for promoting the use of, or owning more than six dildos.” – Z praw teksańskich). Protestuję przeciwko wartościowaniu zachowań na podstawie biologicznych określników, które mają korzenie w tradycji społecznej, która nie ma żadnego pokrycia, a jedynie w sobie samej. No chyba że jednak estetyka znajduje się ponad czasem i społeczeństwem, ale znów dla jednych kiciusie są słodkie a dla innych smaczne, więc chyba nie można mówić o estetyce uniwersalnej? Stąd i „estetyczny” znaczy w różnych kontekstach kulturowych coś zupełnie innego.
Zacytuję Milana Kunderę (w przekładzie Agnieszki Holland), bo wszak przeczytałem aż jedną książkę, więc któż mi wzbroni cytować?
„Niezgoda na gówno ma charakter metafizyczny. Chwila defekowania jest codziennym dowodem na to, że Akt Stworzenia jest nie do przyjęcia. Albo - albo: albo możemy zgodzić się na gówno (a wtedy nie zamykajmy drzwi do ubikacji!), albo zostaliśmy stworzeni w sposób nie do przyjęcia. Wynika z tego, że estetycznym ideałem kategorycznej zgody na gówno jest świat, w którym gówno jest zanegowane i wszyscy się zachowują, jakby nie istniało. Ten estetyczny ideał nazywa się kiczem. […] kicz jest absolutną negacją gówna w dosłownym i przenośnym tego słowa znaczeniu, kicz eliminuje ze swego pola widzenia wszystko, co w ludzkiej egzystencji jest z zasady nie do przyjęcia. Jest to protest daremny.”
Właśnie – to – jest protest daremny. Nie roszczę sobie praw (choć pewnie tak to wygląda), a jedynie chcę zwrócić uwagę, że wszyscy jesteśmy tacy sami i wartościowanie nas po naszym zachowaniu (o ile nie gwałcimy owiec ani ośmioletnich kuzynek) jest bezcelowe, że każdemu z nas należy się szacunek, cokolwiek miałoby stanowić naszą drogę ku szczęściu, i czy stanowiłoby to estetyczny materiał na film w odbiorze większości obecnej publiki, czy też nie. Każdy z nas może stworzyć lekarstwo na raka i położyć świat u swoich stóp, a póki tego nie zrobi jest równie bezwartościowy jak wszyscy inni. I to, że wkłada swoje przyrodzenie tam, a nie gdzie indziej, jest tylko historycznie uwarunkowanym akceptowanym zachowaniem, które naturalnie warunkuje trwanie gatunku, ale nie ma jednak charakteru powszechnej prawdy, która miałaby zachowania przeciwne negować i dezaprobować z pewnością inną niż słuszność wiary w bogów deszczu i słońca, a więc tak samo słuszną jak wszystko na tym świecie, jeśli tylko abstrahować od liczby wyznawców.
Mam nadzieję, że jest nas więcej, że jest choć jedna inna taka jednostka jak ja, że nie jestem sam wierząc, że można pokazać w kinie dwóch pieprzących się facetów i nie liczyć z mechaniką grzbietowej części tworu siatkowatego w rdzeniu przedłużonym, która prowokuje nudności żołądka w obawie przed zatruciem. Ja, i byty mnie podobne, nie chcemy zniszczyć gatunku, nadwątlić możliwości rozwojowych, zahamować postępu czy upośledzić społeczeństwo. Nie pragniemy się narzucać bardziej niż dowolne dwie jednostki, które w związku z mechaniką biologii potrafią same stworzyć nowy organizm i przez to traktowane są jako jedyne naturalne. Pragniemy być bytem podobnym i podobnie traktowanym, co każda zdrowa tkanka organizmu – chodzić z głową dumnie podniesioną i nie musieć tłumaczyć się, że to, co robimy nocą, nie nadaje się na ilustracje do podręcznika dla gimnazjum, bo mierzi społeczeństwo.
Ale nie ma się co przejmować tym czczym gadaniem – choć na parady równości nie chodzę, to jednak jeśli za kilka lat nie podetnę sobie żył z powodu problemów ze swoją niezrównoważoną psychiką, to paru łysych panów wjebie mi tak mocno, że nie pozbieram się na OIOM-ie. I nie będzie już wariata, któremu się wydaje, że dwóch mężczyzn może wyglądać estetycznie na kinowym ekranie, a także poza nim. Słuszny koniec dla idei sprzecznej z darwinizmem. Większość męskiej części świata spokojnie będzie oglądać panie przebrane za pielęgniarki zabawiającej się radośnie z sobą i zapraszające ich do zabawy. Dwie kobiety mieszkające razem z dzieckiem będą budzić uśmiech sąsiadów, a dwóch mężczyzn, którzy odważyli się mieszkać razem, pokornie zeskrobią gówno, które ktoś nasrał im na wycieraczkę.
Przeczytałam. I dało mi do myślenia. Nie koniecznie na tej płaszczyźnie na której miało, ale zawsze.
OdpowiedzUsuńTrzy słowa: nie.przejmuj.się.
OdpowiedzUsuńSzkoda nerwów. Ja kapituluję. Mogą mi possać. Przyjemność po mojej stronie.
No ja śmiem twierdzić, że nie jesteś sam i że ten margines ludzi, którzy uczyli się historii/historii filozofii/historii sztuki wysilając przy tym odrobinę mózg (pomijam tych, którzy nie zastosowali swojego mózgu) i doszli w związku z powyższą edukacją do wniosku, że nie ma czegoś takiego jak uniwersalna estetyka, jest stosunkowo szeroki (wciąż raczej nie dwucyfrowy /w procentach rzecz ujmując/, ale jakaś tam liczba osób się w nim mieści ;). Moją osobę obejmując. Aczkolwiek nie wiem, czy moja obecność w nim Cię pocieszy, albowiem nie jestem heteroseksualnym mężczyzną, który to wcisnął nam aktualne normy i który to jest zwykle źródłem problemów, a kobietą i to w dodatku bi, więc w genach mam cieszenie się estetyką zarówno kobiecego, jak i męskiego ciała. Niemniej zawsze lepsze takie pocieszenie niż żadne.
OdpowiedzUsuńA koleżanka lesbijką jest może? Z ciekawości sobie pytam, bo jeśli nie, to zawsze możesz próbować ją przekonać w ten sposób: http://www.youtube.com/watch?v=ko2IIvE34WY&feature=player_embedded Jeżeli Ci panowie nie są estetyczni dla heteroseksualnej/biseksualnej kobiety, to nie wiem, kto jest (oczywiście to tylko moja prywatna opinia i zdaję sobie sprawę, że powielają oni schemat mężczyzny estetycznego, tzn. z piękną strukturą muskułów i wygolonego do jednego włoska, co też nie musi być schematem obowiązującym, ale wydaje mi się, że nieźle podważają założenie, że dwóch takich panów w czasie kopulacji nie będzie stanowić estetycznego widoku dla kobiet. Oczywiście heteroseksualni mężczyźni to problem ciężki do zgryzienia wynikający z ich troski o własną męskość).
A dresi owszem, chętnie spiorą geja, ale niewiele mniej chętnie spiorą kogokolwiek innego płci męskiej, kto akurat jest pod ręką ;).
Generalnie jest dupnie, ale marzmy dalej, że stanie się cud i będzie lepiej i dyskutujmy z tymi, którzy się nie zgadzają (istnieje sporo szansa, że przekonamy jedną, dwie osoby na sto, a czasem może pięć? :3). Lepsze marzenie niż zgorzkniała egzystencja :3 Jakby człowiek nie marzył o skrzydłach, to byśmy się nie rozbijali w samolotach, że tak pojadę frazesem :3.
A tak w ogóle, to możesz mi polecić jakieś sceny erotyczne dowolnej płci, skoro już o tym mowa? :>> (obczaję film, o którym wspomniałeś) Ale upraszam o coś niebrutalnego i niewyzywającego od szmat nikogo, bynajmniej nie z powodu jakiegoś nieakceptowania takich scen, które w sensownych filmach mają sensowne znaczenie i odwołują się do naszej brutalnej rzeczywistości, tylko ino z powodu mojego nastroju aktualnego, który potrzebuje czegoś łagodzącego ducha ;)
OdpowiedzUsuń