Warsztat pseudofilozofa – Wstęp
"Ohne Musik wäre das Leben ein Irrtum." Friedrich Nietzsche
Dzwoni budzik. Sięgam ręką po komórkę i przełączam, by zadzwonił za 20 minut. Jest przecież dopiero 10.42, czyli jak na moje standardy - ranek. Półprzytomnym wzrokiem spoglądam w kierunku okna. Odchylam lekko zasłonę i zauważam siedzącego na parapecie kota. On też rzuca mi przelotne spojrzenie, ale zaraz odwraca głowę i wraca do swojego wcześniejszego zajęcia - wpatrywania się przez okno w siną dal. Gdy tak patrzy - jego źrenice zwężone i czujne, ale też jakieś nieobecne i rozmarzone - zastanawiam się przede wszystkim czego wygląda. Może to ptaki za oknem, na które chciałby zapolować, a może to łaknienie wolności - przecież wszak to kot domowy i nie wolno mu wychodzić. Nie wiem, ale jego spojrzenie wydaje się przejmująco smutne. Nie utkwił wzroku w żadnym oddalonym obiekcie, po prostu spogląda w dal i kontempluje świat, do którego nie może należeć. Tam, za szybą, tańczą stadka głupich gołębi czekających tylko, by je upolować, ale czyha też mnóstwo niebezpieczeństw: ludzie, psy, samochody. Kot zauważa chyba jakiś ruch, gdyż nagle jego spojrzenie zastyga w jednym punkcie, a ciało wydaje się lekko naprężyć. Może to jeden z gołębi przeleciał bliżej szyby? Z pyszczka kota dobiega żałosne miauknięcie z pogranicza skargi i zdenerwowania. Cały czas przyglądam mu się uważnie i dociera do mnie, jak to stworzenie musi być nieszczęśliwe. Owszem ma ciepłe, przytulne lokum, wyborowe jedzenie w jednej miseczce, w miseczce obok wodę; wieczorami są ludzie, do których może się przytulić, by było mu cieplej, ale tkwi w nim tęsknota jego prawdziwej natury – tęsknota za wolnością i za polowaniem – jego prawdziwe oblicze tkwi w nim i wzywa go przede wszystkim w takich chwilach jak ta.
Kotu jest niezmiernie wszystko jedno, czy ktoś go obserwuje: ja bacznie przyglądam mu się od chwili i czuję jak przechodzi mi senność. Zazdroszczę mu trochę tej umiejętności - chciałbym, żeby po mnie też bezmyślnie spływały ludzkie spojrzenia.
Kocie nieszczęście wzrusza mnie oczywiście bardziej niż powinno. Natychmiast w mojej głowie ścieram się ze swoją świadomością. Ona jest tam, już gotowa, by podjąć moje wyzwanie – ja zaś przytomnieję z chwili na chwilę i powoli przejmuję kontrolę nad strumieniem myśli. Z wolna rusza potężna maszyna skojarzeń i wyobrażeń. Biorę we władanie zmysły i potęguję w jednej chwili wszystkie impulsy, jakie docierają do mnie z zewnątrz – wszystko to, co widzę, słyszę i czuję zostanie mozolnie i wielokrotnie przemielone przez zaprzęgniętą do syzyfowej pracy świadomość. Każda, nawet najmniejsza, informacja, która przekroczy próg świadomości, zostanie wpleciona w strumień niekończących się przemyśleń, których jest i zawsze było więcej niż dostarczonych informacji sensorycznych – zawsze więcej niż sugerowałby to rozsądek. Zresztą rozsądek przełączymy w tryb czuwania: niech sobie będzie, niech podpowiada, że tak nie powinno być, ale niech mówi cicho, szeptem, by nie przeszkadzać strumieniowi świadomości.
Ja zaś reaktywuję swój wewnętrzny świat – jest w nim za dużo wyobrażeń – ilościowo dużo więcej niż rzeczywistości, która mnie otacza. Poza tym rzeczywistość nie jest taka istotna. Owszem jest, nie zamierzam zostać solipsystą i jej zaprzeczać – jestem całkowicie jej świadom – i z całą mocą tej świadomości odrzucam ją na rzecz tego świata, który wyobrażam sobie, odkąd pamiętam, we własnej głowie. Wszystko, co mnie dotyczy będzie się rozgrywać właśnie na tym polu rozpostartym pomiędzy rzeczywistością, a wyobraźnią. Każdy fakt zostanie poddany wątpliwości i zbagatelizowany lub wyolbrzymiony – cóż przecież byłby za pożytek z postrzegania rzeczywistości taką jaką jest naprawdę? Nie, nie mogę sobie pozwolić na takie niebezpieczeństwo – wydarzenia muszą rozgrywać się tam, gdzie ja tego chcę. Oczywiście najpierw będą mieć miejsce w rzeczywistości, ja zaś wezmę w nich udział, percypuję je i włączę w strumień świadomości, by jeszcze raz odegrać wszystko we wnętrzu mojej głowy.
Boshe, gdybym tylko umiał odpowiednio skierować te wszystkie cicho szemrzące wątki mojego umysłu ku jakieś konstruktywnej pracy – pewnie wówczas byłbym już dobrze prosperującym magistrem informatykiem, zarabiającym przynajmniej trochę ponad średnią krajową. Ale nie, to by nie było w moim stylu – ja jestem leniwy, a taka kontrola umysłu byłaby ponad moje chęci, toteż – nie do końca dobrowolnie, ale jednak –zrezygnowałem z prób zdobycia władzy nad strumieniem. Niech płynie sobie dokąd chce – i tak zmierza na raz we wszystkie strony, głównie te, dokąd ja pójść bym nie chciał. Przecież i tak nie istnieje prawda. Gdyby istniała, to czym by była?
Myślę, więc jestem. Jestem, który jestem. Nie, po prostu jestem. Ja jestem i świat jest. Nie przeszkadzamy sobie – tylko czasem wpadamy na siebie i musimy jakoś sobie poradzić z wzajemnymi animozjami. Kot po raz kolejny wydaje z siebie rzewne miauknięcie i przywraca mnie z lotu pomiędzy fantazmatami luźnych skojarzeń, w które, jak zwykle, pobiegłem nawet nie zdając sobie z tego sprawy (najważniejsze jest, by biec – kto by się więc przejmował biegnięciem?).
Robi mi się smutno. Zawsze gdy widzę, że komuś jest smutno, to mnie też robi się smutno – to takie przekleństwo wybiórczej empatii – gdyby tylko jeszcze wraz z czyjąś radością i mnie zbierało się na odczuwanie szczęścia. Nie można mieć za wiele. Trzeba się cieszyć z tej chorobliwej wrażliwości na smutek. Dzięki niej przecież dane jest mi przeżyć tyle różnych rzeczy - wszystkie odbędą się tylko w wyobraźni, ale przecież nie jest powiedziane, że fantazja jest mniej prawdziwa niż rzeczywistość. Nie wiem czym jest prawda, więc nie muszę się tym jeszcze martwić. To odkrycie jest dopiero przede mną.
Zastanawiam się, czy kot jest bytem rozumnym. Czy spoglądając w to okno naprawdę czuje jakąś tęsknotę, czy to tylko ja nadałem mu umiejętność odczuwania? Nauka mówi, że potrafi on odczuwać ciepło, zimno, dotyk i ból. Ale czy coś jeszcze? Czy czuje podniecenie lub tęsknotę? Albo radość lub samotność? Czy spoglądając przez tę szybę zdaję sobie sprawę, że jest w więzieniu, które jest stworzone dla jego dobra, ale nadal czyni go więźniem? Chciałbym rzec, korzystając z antropomorfizmu, że oblicze kota przepełnione jest teraz rozpaczą i głębokim pragnieniem wolności. Tylko czy jest to pragnienie prawdziwe, czy tylko zew krwi? Znów wszystko rozbija się o prawdę. Jak gdyby do czegokolwiek była potrzebna! (Niemniej w głębi siebie wiem, że muszę się kiedyś dowiedzieć czym ona jest.)
Może ja mam podobnie jak ten kot? Jestem w miejscu, w którym jest mi dobrze, nie brakuje mi niczego – dobrzy, wyobrażeni ludzie dostarczają mi miłości i akceptacji, karmią moją zdechłą duszę nadzieją na to, że fikcję można zrealizować w świecie na zewnątrz i tam przeżywać to wszystko, co wewnątrz. Tylko po co mnożyć byty ponad potrzebę – przecież wszystko jest już we mnie. Czasem wydaje mi się, jak gdybym poszukiwał czegoś, co już dawno stworzyłem. A przecież tak robić nie wolno: to co wewnątrz musi zostać w krainie wyobraźni – nie wolno przenosić marzeń w świat rzeczywisty, bo głębia rozczarowania wywołanego brakiem spełnienia może być zbyt absorbująca i nie będzie się dało z niej uwolnić. A przecież trzeba dożyć rozsądnego wieku, odrobić tyle długów wdzięczności.
Jest już późne lato. Tkwię uwięziony razem z kotem. On jest więźniem tych czterech ścian, ja zbudowałem sobie więzienie z wyobraźni i nadziei. Oboje chcielibyśmy wyjść na zewnątrz, a jednak nie stracić niczego, co mamy tutaj i teraz. Tak nas korci, by wybiec przed siebie, by zostawić to wszystko, co jest wokół nas i bez pamięci biec przed siebie. Bez celu, tylko po to, by być wolnym.
Wolność jest równie nieuchwytna jak prawda. Wyrywa się próbom wysłowienia i wszelkiej wyobraźni (bo przecież wszystko to, co wydaje się wolnością, może w rzeczywistości być kolejnym zniewoleniem – nie ma żadnej gwarancji). Prawda, wolność, miłość, przyjaźń i śmierć oraz tuziny innych słów oszukują mnie każdego dnia. Ale czy to one kłamią, czy ja nie mam odwagi przyznać się przed sobą do życia w kłamstwie? Mówię i mówię, i słucham siebie – ale czasem nie słyszę. A czasem słyszę i tak nie rozumiem. A nawet jeśli rozumiem to nie zawsze chcę pojąć. I jeśli już czasami pojmę to i tak nie chcę się z tym pogodzić. Nieustanny korowód semantycznych uwag. Płynę pomiędzy słowami, zachłystuję się wolnością wyrażania się, topię się w dowolności konstrukcji i ich ambiwalencji. Mój świat nie został stworzony po to, by być, ale po to, by o nim mówić, by o nim myśleć.
Strumień świadomości ucieka coraz dalej od rzeczywistości siedzącego na parapecie kota. Nie chcę, żeby wracał, ja sam nie chcę wracać. Zostańmy tam gdzieś pomiędzy światłem a nicością.
Wybacz, że nie wzniosę się na żadne wyżyny pięknej polszczyzny tutaj, ale tekst jest po prostu awesome *_*. Paralela z kotem i jego zamknięciem jest tak trafna i udana i głębokoznaczna, że masz moje wielkie uznanie (swoją drogą powiem Ci, że znam dwa koty, które po latach spędzonych w domu, gdy wreszcie zaczęły wychodzić na zewnątrz, stały się kupkami pełnego zadowolenia. Może i kiedyś te kupki zadowolenia staną się kupkami materii organicznej pod kołami samochodu, ale czy nie piękne będą miały życie ze sobą? Oczywiście nie namawiam do niczego, zwłaszcza jeśli okolica jest wybitnie antykocia ;) ). Plus "Poza tym rzeczywistość nie jest taka istotna. Owszem jest, nie zamierzam zostać solipsystą i jej zaprzeczać – jestem całkowicie jej świadom – i z całą mocą tej świadomości odrzucam ją na rzecz tego świata, który wyobrażam sobie, odkąd pamiętam, we własnej głowie." Kocham ten fragment i wielbię. Co prawda nie uważam, że rzeczywistość nie jest zbyt istotna, ale uważam, że świat wyobrażony nie jest absolutnie w niczym od niej niższy. Ważne jest to, co daje szczęście, a dla mózgu wsio jedno czy impulsy sami sobie tworzymy czy przychodzą z zewnątrz. Nawet i lepiej dla mózgu, gdy go pokarmimy pozytywnymi wymyślonymi tworami niż gdy go będziemy cały czas dręczyć tylko "rzeczywiście istniejącymi" (a kto tam w sumie wie, co istnieje naprawdę ;) ) stworami, które sobie łażą po tym świecie tylko z racji tego, że człowiek dorosły ma się nurzać w tym, co "rzeczywiście istnieje" (bynajmniej nie propaguję całkowitej ucieczki w świat wyobraźni, gdyż zwykle jest to niestety gest egoistyczny, przynajmniej jeśli nie mamy stosów pieniędzy na utrzymanie naszej fizycznej formy bez pracy). Jeśli świat nie oferuje niczego rzeczywiście dobrego niektórym ludziom (bo w końcu nie wszyscy ludzie mają te same potrzeby i nie dla wszystkich to samo jest dobrem czy szczęściem), to nie widzę potrzeby kpienia czy potępiania (co się zdarza) ich za to, że żyją za pan brat ze swoim prywatnym światem i nim się cieszą ^^
OdpowiedzUsuńA tu coś rzadkiego, pozytywnego: http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/reportaze/1518418,1,jedyny-gej-w-wiosce.read
OdpowiedzUsuńCieszę się bardzo, że post Ci się spodobał, Asiu. Twój długi komentarz potraktuję jako +10 punktów do własnej estymy ;)
OdpowiedzUsuńA to z impulsami nerwowymi jest bardzo ciekawe. Takie trochę matriksowe. Muszę się zająć tym kiedyś w swoich rozważaniach.
A o geju w wiosce czytałem - jestem z tym na bieżąco dzieki innastrona.pl ;)
A mogą się tam rejestrować bi btw? :>
OdpowiedzUsuńMogą, mogą - serdecznie ich tam wyczekujemy ;)
OdpowiedzUsuń