Warsztat pseudofilozofa - Problem nr 8 (Esej 1.)
"Nihil sub sole novum nec valet quisquam dicere ecce hoc recens est iam enim praecessit in saeculis quae fuerunt ante nos."
Koh 1, 10 [Vulgata]
"Heaven or Las Vegas" - Cocteau Twins
Wszystko, co warte powiedzenia zostało już wypowiedziane. Pozostaje nam już tylko mówienie - przetwarzanie, bo nie można stworzyć już (prawie) nic nowego. Zakres uczuć, choć zróżnicowany, jest skończony. I nawet o miłości, która jest jednym najbardziej indywidualnych przeżyć (i płodnych tematów), przelano już tyle słów w tylu różnych kombinacjach, że wszelkie próby powiedzenia czegoś nowego kończą się niepowodzeniem. Choć może się wydawać, że odkrywam coś nowego, opowiadamy zupełnie nową historię, to w rzeczywistości jedynie bawimy się tymi samymi klockami tych samych idei, które zabawiały naszych przodków i co najwyżej zmieniamy ich porządek, co wcale jednak nie czyni nowej konstrukcji unikalną - w historii wypróbowano już bowiem wszystkie możliwe kombinacje. Możemy zabiegać o ciekawy styl, ale będzie to jedynie przekład starych słów na nowe, bliższe naszym czasom, ale treść pozostanie wciąż ta sama (więc po co udawać, że tworzymy ją od nowa? Nie wystarczyłoby uznać, że stwarzamy na nowo, ale tylko dla siebie?), samo zaś przetworzenie z czasem się zdezaktualizuje, zachęcając naszych potomków do dalszego daremnego poszukiwania nowych tekstów do wypowiedzenia.
Można zatem powiedzieć, że żyjemy w smutnych czasach, gdzie literatura (i humanizm!) wyczerpała swoje możliwości i nie da się już w żaden sposób wzbogacić ich esencji. Pozostaje tylko estetyka tekstu, którą chcemy sprawiać wrażenie, że mówimy coś nowego, podczas gdy jedynie bawimy się słowami, które ktoś już w podobnym kontekście wypowiedział. A nawet jeśli zdarzy się jednostka, kótra dochodzi do swoich wniosków bez ugruntowania w systemie literatury, to nawet ona jest nadal tylko przetwórcą, gdyż ograniczona liczba kombinacji sprawia, że nawet będąc nieświadomymi systemu, przez jego powszechność i skończoność, wymyślając coś "nowego" przetwarzamy lub odtwarzamy strukturę utworzoną przez kogoś wcześniej, gruntując tym jedynie system, ale bynajmniej niczego nie stwarzając. Bóg umarł ponad sto lat temu, autor kilkadziesiąt - co sprawia, że nadal wmawiamy sobie, że literatura jeszcze żyje?
Również ten tekst jest przetworzeniem, reakcją całkowicie niepotrzebną (ale autora nie udało się powstrzymać przed jego popełnieniem, skoro Barthes go uśmiercił, to przecież byłaby to walka z zombie), bo przecież podobne jemu powstały już dawno temu. Jednak choć nie jesteśmy zdolni zdefiniować nowych treści, to nie przeszkadza nam to poszukiwać nowej formy, bezustannie przeżuwając słowa poprzedników i spajając je w byty nowe, ale nie wnoszące żadnej nowe wartości. System jest zbyt silny - nawet to, co powstaje poza nim, również ku niemu zmierza.
Poststrukturalizm proponuje ucieczkę od autora i czytania do czytelnika i pisania, ale to również niczego nie zmienia w systemie tekstu. Wszelkie przeżycia, jakkolwiek są one dla nas jednostkowe i oryginalne, już kiedyś zostały przez kogoś przeżyte. Nie da się zrobić nic więcej ze strachem, zazdrością czy pożądaniem - nawet jeśli dostawić dodatkowe epitety podkreślające nasilenie uczuć, to będzie to jedynie działanie na bycie o nieprzekazywalnej istocie. Uczucia zaś wcale od tego nowego opisu się nie wzbogacą - igranie ze skalą nasilenia czy głębi nie tworzy niczego nowego, a jedynie operuje na tym co dane, rozciągając czy nawet rozrywając materię tekstu, ale nie zmieniając jej ilościowo ani jakościowo. To, że nasze klocki są teraz postrzępionym tekstem nie zmienia ich charakteru - nie da się przy ich pomocy osiągnąć niczego nowego niż to, co ktoś kiedyś zbudował. Nie możemy powiedzieć nic, czego nie byłoby już wcześniej - nawet jeśli dziś leży to zawalone zwałami piasku i czeka na archeologów.
W tym wieku, gdzie jedynie estetyka i forma mają jeszcze moc urozmaicić jakoś tekst (a i to nie zawsze, bo przecież i z wymyślaniem formy jesteśmy bliscy wyczerpania - jeśli ktoś może wnieść coś więcej niż Apollinaire i dadaiści niech pierwszy rzuci urynałem); pozostaje tylko skupić się na nich i próbować wyciągnąć jak najwięcej się da, póki jakieś nowe opcje jeszcze istnieją nieodkryte. Misją autora i czytelnika, bo nie różnicuję tu niczego wobec teorii postmodernistycznych, jest więc tak przetwarzać, by uzyskać jak najlepszy efekt estetyczny.
Też kiedyś doszłam do takiego wniosku, co się stało jedną z głównych przyczyn tego, że przestałam pisać cokolwiek ^^ (inne przyczyny to - uwaga, spoiler - np. japonistyka ;) ). Ale teraz olewam to zawartością nadmienionego przez Ciebie urynału (piękne słówko) i odczuwam ulgę, że skoro napisano już wszystko, to nie muszę się czuć w obowiązku pisać niczego wybitnego, bo i tak wszystko, co możliwe wybitne już się skończyło i piszę teraz dla czystej hedonistycznej przyjemności, hłehłe :D. I przyznam, że jest to dość miłe :D
OdpowiedzUsuńA, i jeszcze "ale autora nie udało się powstrzymać przed jego popełnieniem, skoro Barthes go uśmiercił, to przecież byłaby to walka z zombie" XDDD
Skoro coś piszesz, to może jest jakiś blog, do którego mógłbym dostać linka? ;)
OdpowiedzUsuńMueh, ja na razie tam pisze wprawki, bo dopiero niedawno powróciłam do pisania. A nie ma nic lepszego na wprawki niiiiż... fanfiki :P I to bezsensowne fanfiki, mwaha :D
OdpowiedzUsuń