Tekst powstały wieczorem 21 września przy odrobinie piwa Asahi (Boshe, takoyaki jest takie dobre XD). W telewizji leci coverage tajfunu, więc przełączyłem na program, w którym ludzie przebrani za żaby biją się po głowach…
***
Pogrążoną we śnie kabinę cały czas przenika mechaniczne mruczenie silnika. Trzysta sześćdziesiąt osób wsadzonych do metalowej rury z dopiętymi skrzydłami i doklejonymi czterema silnikami Rols-Royce’a albo Lockheeda spokojnie cierpi swoją ciągnącą się, ponad jedenastogodzinną, podróż, już od sześciu godzin starając zignorować odgłosy maszyny, która chwilowo podtrzymuje ich przy życiu mknąc z prędkością ponad dziewięciuset kilometrów w temperaturze, która nie sprzyja nawet jej niewzruszonej stalowej konstrukcji.
Spoglądam na Airshow. Zegar bez pośpiechu odlicza Zeit zum Zielort i obecnie wskazuje 5 godzin i 15 minut – nieco ponad połowa podróży za nami. Mapa wskazuje, że powinniśmy właśnie mijać Nowosybirsk. Ze słuchawek dochodzi mnie dźwięk „Sevastopol” Moby’ego, więc wszystko jakby zostaje w słowiańskiej rodzinie. Wyglądam przez okno. Jakieś miasto (Nowosybirsk?) pod nami rozświetlone jest blaskiem tysięcy żarówek. Kosmonauci naprawdę muszą mieć piękny widok.
5:12. Nasza rura sunie dalej rozrywając powietrze – ciekawe czy jakiemuś człowiekowi poniżej przeszkadza to zasnąć. Chciałbym policzyć, jaki jest lokalny czas, ale gubię się w obliczeniach. Chciałbym zasnąć, ale nie mogę. Przespałem się wprawdzie jakąś godzinę, ale obudziłem nie wiedząc dlaczego ani po co. Trudni mi pozbierać poplątane słowa w jakiekolwiek sensowne myśli. Chyba pora obejrzeć „Mighty Thor”.
5:09. Znów jesteśmy pośrodku ciemności – jak gdyby nasza podróż odbywała się poza granicą orbity Plutona w zupełną nicość kosmosu. Zdecydowanie pora na Anthony’ego Hopkinsa i paru młokosów. Brzmi obiecująco, ale generalnie żenuje już pierwszymi minutami. Mówi się trudno – na Vina Diesla w „Szybkich i wściekłych 5” przełączę sobie później, gdy już oznaki wyższej świadomości zupełnie mnie opuszczą.
Film zupełnie nie może przykuć mojej uwagi. Pauzuję i znów podnoszę zasłonę okna. Całun ciemności przecina teraz wąska kreska czerwonawej poświaty. Pekin? (Nie, to gigantyczne miasto, ale chyba nawet Hu Jintao nie ma pieniędzy, by załatwić sobie taką łunę. Poza tym minęło pewnie dopiero pół godziny filmy, nie możemy być dalej niż nad Mongolią.) To chyba powoli przebijają się pierwsze promienie słońca. Cały czas przecież niestrudzenie dążymy na spotkanie albo raczej zderzenie z linią wschodzącego słońca, przecinając południki jakieś cztery razy wolniej niż czyni to planeta, ale nasza sumaryczna prędkość potrafi oszołomić. Zwłaszcza gdyby któryś z Rols-Royce’ów odmówił posłuszeństwa. Nie – to się nie może zdarzyć. Nie mogą mi odebrać moich trzydziestu milionów jenów ubezpieczenia. Nie będzie już lepszej okazji, by rodzina weszła w posiadanie dwóch domów i samochodu.
Airshow pokazuje, że Pekin jest coraz bliżej. Na mapie pojawia się też Chengde – wszystko wskazuje na to, że będziemy przelatywać między nimi. Przez chwilę pluję sobie w brodę: bardzo chciałem pojechać do Chengde - zwłaszcza, że z Pekinu były to niecałe dwie godziny jazdy pociągiem - i zobaczyć cudowny kompleks-pałac letni cesarza (chyba Qianlonga, no bo któregożby innego) wraz z miniaturą pałacu Pottala z Lhasy – przecież na zdjęciach będzie wyglądać wiarygodnie, myślałem sobie, wycieczka do Tybetu z zaoszczędzeniem tysięcy juanów. No, ale trudno - wolałem wyprawę do Szanghaju i Nankinu. Gdybym wiedział, że zostanie mi po niej prawie tysiąc juanów, to wybrałbym się jeszcze do Chengde, ale po powrocie z Zhejiangu i okolic nie było już czasu – dwa dni do samolotu i kończąca się wiza mi nie sprzyjały. Ciemna kabina klasy ekonomicznej i średniej klasy film zatrzymany na dotykowym ekranie z wypalonym subpikselem skłaniają do jakichś dziwnych retrospekcji.
Żeby było więcej wkurzenia zdaję sobie sprawę, że siedzę po lewe stronie, więc zobaczę co najwyżej wschodnie rubieże daleko od Sihui. Widok po drugiej stronie musi być dużo bardziej ciekawy. Może jakoś dałoby się przecisnąć, ale moja sąsiadka ogląda kolejny żenujący film w dostarczonym nam repertuarze, a przestawiałem ją już raz idąc do toalety, więc mój lęk przed ludźmi nie pozwala mi zakłócać jej spokoju po raz kolejny w takim krótkim okresie. Przeżyję. Następnym razem znów siądę po tej stronie zobaczę wszystko, co będę chciał.
W Pekinie, jak wreszcie jestem w stanie obliczyć jest 5:05, a nam zostały jeszcze ponad trzy godziny lotu. Thor skończył się bez happy endu – trudno – Natalie Portman będzie musiała znaleźć sobie innego wybranka niż Chris Hemsworth. Tymczasem za oknem spektakl ścierania się z naturą trwa nadal. Dotychczas ciemność dzieliła jedynie wąska kreska czerwonawej łuny. Teraz poszerza się ona z każdą chwilą i pojawiają kolejne kolory widma znajdujące się między czerwienią i ciemnym fioletem. To jeden z najpiękniejszych widoków nieba, jakie kiedykolwiek widziałem (czy lecąc do Pekinu też podniecałem się tak gdzieś nad stepami Mongolii? – być może, ale co z tego – jedna z niewielu pięknych rzeczy w beznadziejnej pamięci: możliwość wielokrotnego przeżywania tego samego i zachwyt nad tym, jak gdyby był to pierwszy raz) – niebo powoli nabiera odcieni niebieskiego i jeszcze tylko ziemia pod nami zalana jest nieprzeniknionym mrokiem.
Gdy ostrożnie skręcamy minąwszy Pekin, by przeciąć Morze Żółte równolegle do granic linii demarkacyjnej między Koreami – w końcu jedną z nich trzeba bezpiecznie ominąć – obsługa zaczyna podawać śniadanie. Nie wiem, co oni do tego wsadzają, ale wczorajszy yakitori don i dzisiejszy zapiekany cheddar są cudowne. Wygląda na to, że Niemcy chcą zanudzić pasażerów amerykańskim „superprodukcjami”, ale przynajmniej nakarmią nas przyzwoicie.
Gdy kończę wylizywać plastikowe pudełeczko po cheddarze mając przed sobą prężącego się Vina Diesela rozbijającego samochody odzywa się pierwszy oficer informując, że mamy kolejne dziesięć minut opóźnienia związane z tym, że kontrola lotów zmieniła nam nieco pierwotną trasę. Przez Japonię przesuwa się tajfun, ale w Osace kulminacja prognozowana jest dopiero na 15., więc wylądujemy spokojnie, ale z turbulencjami.
Wywabiona tajfunem z wszelkiego koloru Zatoka Osaki robi na mnie imponujące wrażenie – widzę co najmniej kilkanaście statków prujących przez burzące się może w kierunku portu. Szarość, szarość, pustka, nicość i wreszcie kawałek zieleni – to sztuczna wyspa, na której znajduje się lotnisko. Jeszcze tylko jedno łup i jesteśmy w Imperium. Ciekawe czy cesarz śledzi prognozę pogody.
(Część II jutro o tej samej porze.)
"Nie mogą mi odebrać moich trzydziestu milionów jenów ubezpieczenia. Nie będzie już lepszej okazji, by rodzina weszła w posiadanie dwóch domów i samochodu." oraz "jedna z niewielu pięknych rzeczy w beznadziejnej pamięci: możliwość wielokrotnego przeżywania tego samego i zachwyt nad tym, jak gdyby był to pierwszy raz" - hmm, nigdy nie spojrzałam na to w ten sposób :>
OdpowiedzUsuńNajwidoczniej nie jesteś materialistką ani sklerotyczką ;)
OdpowiedzUsuńNo właśnie jestem sklerotyczką, ale nie pomyślałam, że ma to swój dobry aspekt :>
OdpowiedzUsuńTakoyaki pyszne! Jedz, póki jesteś w Osace, bo w innych częściach kraju smakują podobnie, ale są droższe o jakieś 25% ;)
OdpowiedzUsuńA tekst przypomina jakoś Lema...