桜咲きけり
---
Warsztat pseudofilozofa - Problem nr 8 (Esej 2. Część druga.)
II
Kładę się do łóżka i spoglądam w kierunku książki i DSa. Skończyłem dopiero 4 rozdziały "Tsugumi" Yoshimoto i jestem w połowie "The Picture of Dorian Gray" Wilde'a. Nie na dziś chyba nie jestem na siłach i w nastroju, by przed snem zająć swój umysł jeszcze czymś pożytecznym. Okrywam się kołdrą i wyciągam rękę do wyłącznika lampki. Jakiś owad zderzył się z gorejącą żarówką i dokonał żywota kilkanaście centymetrów niżej. Czas wyłączyć tę maszynę destrukcji. Krótki trzask i już pochłania mnie ciemność. To przymykam powieki na kilka sekund to mozolnie je otwieram, usiłując rozpoznać ścianę półtora metra ode mnie. Nie, to potrwa jeszcze chwilę. Pozostaje tylko wsłuchać się w odgłosy za oknem.
Deszcz. Silny sierpniowy wiatr miota liśćmi i konarami pobliskich drzew, a do spadające krople smagają je burzą. Dokładnie - smaga – deszcz nie może robić nic innego; pada mocno i wulgarnie, zupełnie nie zważając na szkody jakie może uczynić. Jego prosta wulgarność dobiega mnie narastającym szumem - to deszcz przybiera na sile. Wiatr huczy, a krople z całą siłą grawitacji i ziemskiego przyspieszenia uderzają o wszystko co stanie im na drodze ku spotkaniu z ziemią. Gdyby to był deszcz wiosenny, to z taką siłą poniszczyłby już wszystkie kwiaty.
Skąd te kwiaty? To chyba ta niepewność. Jeszcze mnie nie ma w Japonii, ale już czuję pragnienie ujrzenia sakury w rozkwicie - tak dla zasady. Ale czy rok będzie dość ciepły, by przed dwudziestym marca skłonić drzewa do rozłożenia kwiatów? To jakiś taki okres. Jedno nieopaczne skojarzenie podczas lekcji japońskiego na konwencie anime w sali rozgrzanej do przynajmniej 35 stopni i człowiekowi rzuca się na mózg jakaś idea, która z niezrozumiałych przyczyn zostaje na myśli dłużej niż powinna.
Sakura, samuraje, przemijanie w kwiecie wieku. Ćwierć wieku, które przeminęło. Chyba za mało wypiłem - tyle dobrego wermutu, a mnie nadal nachodzą egzystencjalne myśli? Następnym razem trzeba chyba zainwestować w coś, co mocniej tłumi Weltschmerz. Ale jak się tu nad tym nie zastanawiać. Krople wody stukają w okno, roszą trawę i rozbryzgują się o maski zaparkowanych pod blokiem aut. Światło z pobliskiego bloku oświetla kołyszące się gałęzie, które rzucają cień w moje okno. Zwracam wzrok w kierunku okna i przyglądam się ich tańcu.
Bez wątpienia odchodzenie i przemijanie jest warunkiem koniecznym piękna. Gdyby taki deszcz trwał miesiącami nie dość, że powodzie spustoszyłyby ziemię, to jeszcze utraciłby on wtedy swój melancholijny charakter (który najwyraźniej posiada, sądząc po wrażeniu, które na mnie wywiera) i stałby się powszednim kataklizmem. Nie znoszę, gdy Japończycy mają rację, ale w tym aspekcie najwyraźniej tryumfują ze swoją prostą myślą - bushi, kodeksy, honor, piękno, ukiyoe. Tak, w tej chwili świat przepływa przed moimi oczami. Pełen fascynacji chłonę spektakl teatru rozgrywającego się na zasłonach. Pomimo że jestem zmęczony, nadal skupiam wzrok na chwiejących się cieniach i dopiero, gdy trochę się zmęczę, przymykam powieki, by tylko uszami chłonąć przedstawienie nocnej ulewy. A ona wciąż wzbiera na sile i nie ustaje. Ma te kilka chwil swojej świetności, którym nie odpuści. Później nadejdzie dzień i zabierze wszystko, zniweczy całą świetność tej godziny, może dwóch.
Powoli męczy mnie kontemplacja - ileż to można jednego dnia myśleć. Jeszcze pobiję jakiś swój rekord - a to mogłoby być niebezpieczne. Sakura powoli przekwita, płatki korony jej kwiatu niemrawo wzlatują w delikatnym wiosennym zefirze, by odtańczyć swój ostatni taniec na te kilka chwil zanim nie uderzą o grunt. I ja unoszę się z nimi w tym wietrze - to jest ten sam wiatr, który uderza gałęzią o okno i ten sam, który rozprasza płatki wiśniowego kwiatu, ten sam wiatr, który uniesie mnie w krainę, w której nie ma snów, jest tylko jeden głęboki i pusty sen. To jeszcze nie sen przemijania. Przede mną jeszcze jutro, jeszcze tysiąc kolejnych dni - nie zmienia to jednak faktu, że tysiące dni odeszły i przeminęły - zupełnie bezpowrotnie. Nie ma szans na ich powtórzenie, nie ma już ludzi, którzy są niezbędni, by takie powtarzanie się udało. Nie szkodzi, kiedy nic nie da się zrobić można tylko przewrócić się na bok, plecami to teatru cieni, i odpłynąć na kilka sekund w świecie, gdzie sakura dopiero zakwitła, odpłynąć na moment zanim umysł pogrąży się w nic nie znaczącym pustym śnie.
Ktoś odważył się przedstawić deszcz jako istotę wulgarną, nie romantyczną. Szacunek mój. Zastępów tradycjonalistów nienawiść, hehe.
OdpowiedzUsuńNie udało Ci się sakury raczej zobaczyć, nie? Ech, w tym roku ponoć była tak zimna zima, że sporo ptaków nie przetrwało i ponoć Fukuoka cicha tej wiosny (pocieszmy się, że robactwo też pewnie nie przetrwało) (informacje od znajomego, nie wiem do jakiego stopnia potwierdzone).
I prywatnie jakoś zazgrzytał mi przymiotnik "gorejący". Tak, żeby nie było, że miodem zawsze smaruję, hehe.
Mam jedno zdjęcie drzewa przed dworcem w Hagurazaki, które ma szanse być yamazakurą, czy czymś takim, kwitnącym dość wcześnie, które to drzewo poleciła nauczycielka, ale czy to sakura kwalifikująca się do odpowiedniego miana nie wiem. Widziałem za to rozkwitające ume w parku przy zamku w Osace. W mankai pewnie wygląda to cudownie.
OdpowiedzUsuńA to jak nie będzie robactwa to nie zaszkodzi to ptaszkom, które jedzą robale?
Hm, "gorejąca" najlepiej mi pasowało. W każdym razie lepiej niż "żarząca" czy "rozżarzona". Chyba znam za mało poetyckich słów, by wyrazić to, co bym chciał. Jeszcze raz kłania się rada od Rusinka. Dziękuję za niesmarowanie ;)
Wiesz, jak jej teraz przykro, że jej nie chcesz nazwać pełnoprawną sakurą? ;).
OdpowiedzUsuńSkoro jest mniej robactwa i mniej ptaszków, to powiedzmy, że równowaga się dalej utrzymuje (jakaś tam ;))
Archaiczne "gorejąca" niby dobrze powinno kontrastować z nowoczesnym przedmiotem, jakim jest żarówka, jeszcze wywołując skojarzenia z naszą romantyczną literaturą... ale właśnie może te skojarzenia mnie zniechęcają. W każdym razie wiesz, ja się tam nie znam, o czym może świadczyć, że przymiotnik "żarząca" bardzo lubię, hehe.