“Gdzie miałbym trzymać swoją przeszłość? Nie można jej włożyć do kieszeni; trzeba mieć dom, żeby ją tam ułożyć. Ja posiadam tylko ciało, samotny człowiek ze swoim samotnym ciałem nie może zatrzymać wspomnień, przepływają przez niego.”
Jean-Paul Sartre „Mdłości”
(Przy lekturze polecam „Sleep Alone” by Moby)
H. zdecydowanym krokiem przedzierał się chodnikiem przez zatęchły lipcowy wieczór jednego z najgorętszych dni w roku. Zaduch miejskiej ciszy przerywany był tylko dźwiękami napływającymi z przyległych do ulicy bloków: z jednego okna huczał telewizor podając podsumowanie wiadomości bieżącego dnia, kilkanaście metrów dalej zapity męski głos kurwował na swoją żonę, która odpowiadała mu w nie mniej wybredny sposób. Gdzieś z prostopadłej, niedoświetlonej ulicy nadciągało nierówne zawodzenie grupki młodych osób, sugerujące ich powrót z jakiegoś meczu, a gdy przeszedł przez ulicę i minął jeszcze jeden blok, natrafił na kolejną grupkę w podobnie bachicznym nastroju przeciągającą się między jedną a drugą imprezą. To, co krzyczeli czy też usiłowali odśpiewać tonęło w potoku przekleństw. Forma podekscytowanego wulgarnego uniesienia pochłaniała całą niewyraźną treść szczęścia, które prowadziło ich teraz ulicą.
„Jeszcze jedno skrzyżowanie i będę na miejscu.” – pomyślał jednocześnie zastanawiając się, czy byłoby mu raźniej, gdyby też wcześniej wprowadził się w dionizyjski nastrój otępiając nieco swoje zmysły.
Gdy tylko skręcił z ulicy E. w ulicę C. nad jego głową rozległo się głośne „O chyba idą te zajebane skurwysyny!” Momentalnie odwrócił głowę w stronę krzyczącego z balkonu mężczyzny. Może gdyby nie bełkoczący głos krzyczącego, H. pomyślałby, że patrzą w niego złowrogie oczy jednego z mieszkańców P. Był jednak pewien, że sposób, w jaki nieznajomy krzyknął gwarantował, że jego stan nie pozwoliłby mu skupić wzroku w jednym punkcie ani wyróżnić sylwetki H. wśród drzew przysłaniających światło lamp. Dla pewności przeszedł jednak ulicę trochę wcześniej niż było to konieczne i nie odwracając wzroku starał się zignorować ostatnie minuty – te wszystkie krzyki, te wszystkie dźwięki niepotrzebnie rozsadzające mrok zalegający między płytami chodnika.
*
Drzwi do klatki skrzypnęły niespodziewanie głośno, gdy tylko je otworzył. Przeklął cicho zastanawiając się, czy zbudził któregoś z sąsiadów. Na parterze doszły go odgłosy kolejnej małżeńskiej kłótni, które powoli zlewały się z tłem, gdy wspinał się po schodach na coraz to wyższe piętra.
Stanął wreszcie zlany potem wyciśniętym wśród dusznego wieczoru przed drzwiami mieszkania nr Z, zarysowanymi wielkim kredowym numerem. To było mieszkanie L., w którym miał spędzić tę jedną noc swojego pobytu w P. W lewym dolnym rogu drzwi spostrzegł małą karteczkę. Nie zauważył jej wcześniej – a był tu wcześniej tylko jeden raz, prawie rok temu, więc nie mógł przypomnieć sobie, czy i wtedy była już tu powieszona. Kucnął i przyjrzał się jej dokładnie. Nieco sarkastycznie zauważała, że czytający musi być spostrzegawczym człowiekiem i przestrzegała zarazem, by nie dać zauważyć się sąsiadom w dziwnej pozie u dołu drzwi na minuty przed nadejściem nowego dnia.
*
Zamknął za sobą drzwi i zdjął buty ruszył do kuchni, a kiedy załączył światło, pomieszczenie natychmiast nasączyło się ciepłym jasnym światłem. Nalewając sobie zimnej wody z czajnika rozejrzał się wokół. Na półce nad zlewem stało ponad tuzin różnych rodzajów herbaty, za półprzezroczystymi drzwiczkami szafki widać było tyleż kolorowych kubków, z szafki obok wyglądały pootwierane opakowania przypraw i dodatków do ciast. H. wydało się, że cała kuchnia wypełniona była setkami przedmiotów. Trochę jakby porzucone przez L., który udał się na wakacje, zdawały się zerkać na H. nieco złowrogo, jakby pytały z pełnymi wyrzutu pretensjami, gdzie znajduje się ich prawowity właściciel.
Z kubkiem wody H. wrócił do pokoju. Tu również rozejrzał się po setkach różnych przedmiotów: zdjęciach i lusterkach zdobiących ściany, książkach i segregatorach na półkach, obrusie przykrywającym mały stolik do kawy… Nagle – nie wiedzieć kiedy – wszystko zaczęło się mu wydawać nieznośnie ciepłe. Dopiero chwilę temu brodził przez obrzydliwie zimną swoją głośnością noc ulicy, by teraz zostać osaczonym przejmującym ciepłem tego domowego ogniska, które nadal tliło się, mimo nieobecności domowników. To ciepło w trudny do zrozumienia sposób przygniatało jego świadomość – odnosił wrażenie, że stan mieszkania odwzorowuje życie i stan umysłu L., stan, którego sam nigdy najprawdopodobniej nie będzie w stanie osiągnąć. Stan równowagi, w którym planuje się przyszłość, snuje myśli o starości, odkłada na emeryturę, marzy o przytuleniu się do tej drugiej osoby przy spokojnie tańczącym ogniu w kominku w zimowy wieczór.
Rozświetlone mieszkanie L. wzorowo świadczyło za niego odcinając się ostro od dusznie ciążącej na zewnątrz nocy. H. zaś nie mógł odnaleźć się ani pośród światła ani mroku. Znajdował się gdzieś między nimi. Tkwił od wielu lat nieruchomo w trudnej do opisania szarości. Gdziekolwiek nie znalazł się w ostatnich miesiącach, było to zawsze w trudnym do opisania odcieniu szarości, choć równie dobrze można powiedzieć, że był to stan zupełnej bezbarwności. Mieszkanie L. było jasne, dobre i ciepłe dokładnie wtedy, kiedy ulice P. trawił nieznośny letni gorąc rozpuszczając je w przepastny, pijany mrok.
H. odstawił kubek na stoliku, zgasił światło i położył się na łóżku. Naciągnąwszy na siebie cienki kocyk spoglądał spod niego tępo raz w kierunku tykającego na ścianie zegara, a raz ku światłu lampy wdzierającemu się przez okno. Czekając kolejnego dnia swojego życia zastanawiał się, czy będzie w nim trochę więcej sensu niż dziś. Czy wydarzy się coś więcej, co zmieni tę szarość codzienności, czy uda mu się pchnąć siebie w kierunku światła albo ciemności; zrobić coś, cokolwiek, co zepchnęłoby go na bardziej jednoznaczny kurs w bezkresnym morzu bezsilności.
Zegar, jednostajnie odmierzający czas do końca tygodnia, do końca życia H. i do końca Układu Słonecznego, powoli tulił go do snu. Objęty tym dźwiękiem i przykryty bezładem wydarzeń mijającego dnia rozścielonym kolejną warstwą na fioletowym kocyku, którym się nakrył, przemierzał jeszcze raz tę samą niezrozumiałą granicę pomiędzy jawą i snem. Nie pragnął już nic i nie miał w tej chwili żadnych nadziei. Bezładnie osunął się na poduszce i miarowym oddechem towarzyszył zegarowi w oczekiwaniu na nadejście poranka. Gdzieś w jego głowie światło lampy i dźwięk zegara przeobrażały się w kolorowe, ruchome obrazy osób i miejsc w zupełnie innym mieście daleko poza czasem.
Przyszły czasy, że nie trzeba domu, żeby mieć przeszłość. Wystarczy komputer ;). Bez komputera, to już rzeczywiście źle... ^^.
OdpowiedzUsuńCieszę się, że najwyraźniej popchnięto Cię w kierunku światła i mam nadzieję, że się doczekasz swojego ciepłego mieszkania, a przynajmniej pokoju :).
Ale ja mam najważniejsze pamiątki po miejscach i o ludziach w dwóch pudłach po butach! (Co chyba stanowi początki hoardingu XD)
OdpowiedzUsuńStare pokolenie po prostu jeszcze jesteśmy ;)
OdpowiedzUsuń